Woda… gdzie jest woda

Miało być testowo… miało być sprawdzenie przed Vichy a wyszło jak wyszło.

Challenge Poznań bo o tych zawodach mowa – nie chce rozpisywać się na temat organizacji, każdy kto brał udział musi takiej oceny dokonać samodzielnie. Dla mnie nie są to pierwsze ani ostatnie zawody, dlatego wydaje mi się, że szkoda energii i nerwów – lepieje poświęcić ją na trening.

Start o 12:00 – to dla mnie coś nowego , co zjeść ? jak się nawadniać ? kiedy iść spaść ? – to wszystko przetestowałem w ten weekend. Wnioski – Dobrze że nie był to mój start docelowy 🙂

Malta położona w niecce nagrzała się do iście hawajskich temperatur – mimo że jeszcze tam nie byłem to właśnie tak wyobrażam sobie start na Konie.
W połowie dystansu pływackiego miałem już przeczucia że nie jest dobrze, płynęło się wolno, jak w zupie, co jakiś czas docierała do twarzy fala zimnej – no nie przesadzajmy – chłodnej wody, jednak to było za mało aby ochłodzić przegrzany organizm.
Pianka do torby, kaska na głowę i po rower. Tak wygląda T1… a przynajmniej tak powinno wyglądać. Po raz pierwszy trudność sprawiło mi sprawne zdjęcie a może nawet spakowanie pianki. Byłem jak w amoku albo po dobrej imprezie w akademiku. Wszystko wydawało dziać się w zwolnionym tempie.

To nie dało mi jeszcze do myślenia … a powinno 🙂

Plan na te zawody był jeden. Nie ma Michał Podsiadłowskiego – to jest szansa aby spróbować mieć najszybszy czas rowerowy wśród amatorów. Niestety taki sam plan mieli również inni 🙂

90 kilometrów przez mękę … inaczej bym tego nie nazwał. Odżywianie i nawadnianie położyłem po całości. Na tak pięknej trasie mój wykres mocy przypomina raczej morze podczas sztormu a nie idealną linie prostą ( co w konsekwencji odbiło sie na moich średnich watach które były mniejsze aż o 20 od planowanych). To wszystko przyćmiewa moje wejście do T2, tu oficjalnie otrzymałem odznakę “Janusza części rowerowej”. Na belce zaczepiłem nogą o bidon, zrobiłem uślizg na blokach a następnie wywaliłem się na niebieskim dywanie  – BRAWO dla tego Pana.

Bawimy się dalej ?

Trochę czasu zajęła mi odpowiedz na to pytanie. Z obitym biodrem i  odwodnieniem nie było mowy na bieg w granicach planowanego 4:15, na początku nie było nawet mowy o 6:00  🙂
Skoro już nie mogę potrenować mięśni nóg, to może warto sprawdzić jak działa moja głowa w obliczy nieubłaganej porażki.
“Poczuj ten luz i baw się tym sportem”  – czasem warto przypomnieć sobie kilka trenerskich rad.

Po drodze spotkałem wielu znajomych, przybiłem niezliczoną ilość łapek i nareszcie wypiłem kilkanaście butelek wody.
Czas na mecie nie powala, miejsce też dalekie od założonego – to po prostu nie był mój dzień. Za to był to dzień dla wielu lepszych ode mnie.

Gratulacje należą się wszystkim którzy tego dnia startowali bo warunki nie rozpieszczały. Po raz pierwszy w grupie spadłem na drugie miejsce więc nie pozostaje mi nic innego jak wyczyścić rower nowemu liderowi – Mateusz gratulacje występu.
Ten start dał mi wiele cennych lekcji, miejmy tylko nadzieję, że wyciągnę poprawne wnioski.

Więcej na stronie  Grupa Triathlonowa RAT oraz na profilu FB

 

W pogodni za czarownicą

image

Od mojego startu w IM mija ponad miesiąc. W tym czasie sportowo  nie działo się za wiele. Zmiana pozycji na rowerze ( ma być szybciej), praca nad techniką biegu ( ma być lżej ) oraz co najważniejsze – regeneracja i sprawdzenie w jakim stanie jest mój organizm i czy w tym roku będzie można jeszcze o coś powalczyć. Po szczegółowym

sprawdzeniu cyferek z Nicei wynika, że dysponuje pewnym buforem z którego mógłbym jeszcze coś uszczknąć podczas kolejnego startu – coś co przy idealnym dniu doprowadzić by mnie mogło do slota – bo jeśli mam startować to z wysoko postawioną poprzeczką

Pierwszym testem na drodze do kolejnego IM był start  na dystansie Olimpijskim w Triathlonie Świętokrzyskim. W tym roku odbyła się pierwsza edycja tych naprawdę wartych polecenia zawodów. Widać, że organizatorzy nie nabierali doświadczenia na swoich zawodach a raczej wdrożyli najlepsze rozwiązania wykorzystywane u innych organizatorów.

image

Etap pływacki to jedna pętla po bardzo przyjemnym akwenie, strefa zmian ulokowana na zaporze, trasa rowerowa z trzema zakrętami (  w tym dwie nawrotki) i idealnym asfaltem oraz 10 km trasa biegowa w większości prowadzona ścieżkami leśnymi osłonięta od bezpośredniego działania słońca.

W tym wypadku więcej chyba nie trzeba pisać – te zawdy na pewno trafiają na moją listę startów w sezonie 2017

Wynik może nie do końca spełnił moje oczekiwania – 2:12 , powinno być trochę lepiej – ale co zrobić jak zapomina się numeru ze strefy i trzeba nadrobić 400m , a podczas etapu rowerowego sam zafundowałem sobie dwa razy stop and go a to wystarczyło aby z planowanych 290W wyszła realizacja na poziomie 275W (awaria – dobrze, że wynikła teraz a nie na IM). Liczyłem na 2:09 które było w zasięgu – ale to przy najbliższej okazji.

 

Kalendarz startów na www.gtrat.pl

Ironman Nicea “30-34 “

Ciekawe co by było gdybym ten sport poznał kilka lat wcześniej  – tego nigdy się nie dowiem. Za to dziś wiem jedno – rywalizuje w jednej z najmocniejszych grup wiekowych, w której pierwsza dziesiątka osiąga lepsze wyniki niż połowa zawodników PRO.

Tak było i tym razem podczas kolejnych zawodów Ironman, w których brałem udział – Ironman Nicea.

image

Pomysł na ten start nie urodził się w mojej głowie. Był częścią wielkiego planu przejęcia władzy nad światem, który ciągle tli się w głowie SuperMario. Na początku startować miał tylko Mariusz,  ostatecznie aż  czwórka zawodników GT RAT ( Michał Wojtyło, Mariusz Chrobot, Arek Janiszewski, Artur Chojnacki) odebrała pakiety i stanęła do rywalizacji na najtrudniejszej trasie w europejskim cyklu zawodów Ironman.

Zawody w Nicei nie słyną z kosmicznie wyżyłowanych czasów.  Tu wygrywają zawodnicy z czasem w granicach 8:30, a o zbliżeniu się do 8 godzin można zapomnieć. Tu trasa rowerowa pokrywa się z jednym z etapów Tour de France i  wymaga pokonania 2400 m przewyższeń oraz 60 km niesamowicie wąskich i technicznych zjazdów. Gwoździem do trumny jest maraton poprowadzony nadmorskim deptakiem pozbawionym odrobiny cienia ( historycznie w Nicei temperatura na maratonie nie spada poniżej 30 stopni).

Będąc po raz pierwszy na zawodach tej rangi wszystko potrafi zaskoczyć. Począwszy od lokalizacji i wyglądu mety, skończywszy na procedurach wprowadzania rowerów do strefy zmian. Wszystkie te procesy mają swój olbrzymi plus – na każdych kolejnych zawodach wszystko  będzie wyglądało tak samo – wystarczy przeżyć te pierwsze.

I tak pod względem organizacji Nicea wyprzedziła Barcelonę …  o lata świetlne. Począwszy od zaangażowania organizatorów, skończywszy na pasta party ( może z wyjątkiem bufetu po samych zawodach, którego wole sobie nie przypominać – chodź nie było tam zbyt wiele do zapamiętania). Największym zaskoczeniem było ściganie się przy ruchu otwartym z naprzeciwka . Nie brakowało sytuacji w których zza zakręty pokonywanego z prędkością 70 km/h wyskakiwał samochód – takie sytuacje niestety bardzo mocno działają na psychikę – trzeba zwolnić, w końcu jest dla kogo żyć.

Dla mnie sam start był czymś w rodzaju wakacji. 5 dni poza domem na Lazurowym Wybrzeżu – czego chcieć więcej. Jazda samochodem nie byłaby najlepszym pomysłem w końcu to 15h za kółkiem Na szczęście na ratunek przyszedł EasyJet z Berlina, którego koszty były porównywalne – nie wspominając o tym, że po 6 godzinach byliśmy w Nicei.
Tu z osobistym dietetykiem w postaci SuperMario zaczęło się ładowanie węglami – on akceptował plan żywieniowy ja zajmowałem się realizacją. Tym razem nie było pięciu pizz dziennie a tylko jedna na 3 dni przed startem. Za to nie brakowało zdrowych węgli i Jegera 🙂

image

Tym razem nie miałem zamiaru popełnić błędu w odżywianiu, zrobiłem to w Klagenfurcie i Barcelonie – do trzech razy sztuka. Na sam start z kalkulatorem wyliczona została odpowiednia ilość węgli – Enervit poszedł w ruch. Jak wszędzie tak i ty są gorsze, lepsze i kosmiczne produkty. Do tych kosmicznych  zaliczam izotonik i żele Competition.

Sam kiedyś czytałem wpisy licząc na to, że ktoś poda mi receptę na sukces. Na próżno, każdy z nas jest inny , różnie przyswajamy produkty sportowe  i inaczej na nie reagujemy. Dlatego zamiast szukać co jest najlepsze dla innych, zacznijcie sprawdzać na sobie. Tylko nie w dniu zawodów, a na kilka miesięcy przed. Ja dopiero po kilku latach znalazłem swój żywieniowy złoty środek, które i tak będę jeszcze udoskonalał.

W pełni gotowy o 6:20 czekałem na start zawodników PRO, 10 minut po nich ruszył rolling start ( nowy pomysł IM aby uniknąć niepotrzebnej pralki w wodzie – według mnie coś prostego a zarazem skutecznego w szczególności dla osób początkujących). 

Woda jak to woda, mokra i słona. Tu chyba za wiele więcej nie da się powiedzieć. Czy mogłem szybciej – pewnie tak ale była by to kwestia 1-2 minut

Strefy  mogły by być krótsze, jednak z uwagi na wąski deptak, na którym usytuowane były rowery w T1, miałem około 1km biegu, T2 to już tylko 400m

image

Rower to jazda epicką trasą, która śnić będzie mi się po nocach. Piękne widoki, kibice w każdym miasteczku a do tego przepiękny techniczny zjazd. Dla tej trasy warto tam pojechać.

Bieganie przypominał spacer po rozgrzanych węglach. Asfalcie który wprost parzył, do tego brak cienia, gąbek z wodą oraz lodu.

Jadąc do Nicei. nie jechałem po slota. Nie czuje się jeszcze na siłach aby tego dokonać, natomiast po zejściu z roweru, biegnąc przez strefę naliczyłem nie więcej niż 40 rowerów, co oznaczało że jestem w ścisłej czołówce ( startowało ponad 40 zawodników PRO z których już na trasie rowerowej sporo zostawiłem za sobą) –

postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę.
Medal zdobędę na pewno, teraz tylko kwestia czy będzie do niego ładny “żeton z palemką – idealny do wózka w markecie”. Tempo jakie sobie narzuciłem – 4:20 – udało mi się utrzymać przez około 30 km , ostatnie 12 km było już ciężką walką którą niestety przegrałem tracąc na tym odcinku około 10 minut do czasu który założyłem sobie na początku biegu.

 

Nicea jest pierwszym startem z którego jestem bardzo zadowolony – tu nie było przypadku, wszystko zostało zaplanowane a plan został zrealizowany w 110%. Kony nie ma, ale też jest zajebiś…….

Po raz pierwszy w historii jestem w pierwszej dziesiątce swojej kategorii oraz pierwszej pięćdziesiątce open będąc wyprzedzonym tylko przez 16 zawodników PRO.

Dodatkowo z tych zawodów przywiozłem olbrzymi plecak doświadczeń których nie zawaham się użyć na kolejnym pełnym dystansie. A tam będzie już walka o slota 🙂

image

 

image

 

image

Miękinia jak bumerang.

Jeszcze pięć lat temu po założeniu garmina każdy trening kończył się rekordem.
– pierwszy kilometr poniżej 6min/km
– pierwsze 10 km ( ooo to po kilku tygodniach )
– pierwsze 21 km ( to nawet po roku )

Obecnie wracając z treningu cieżko jest zaskoczyć samego siebie, nie wspominając już  o olbrzymiej bazie danych garmin connect – bo kto jak nie garmin i google wie o mnie najwięcej.

Coraz częściej do głowy przychodzą mi najdziwniejsze pomysły realizowania treningów ( trochę za sprawą trenara – a jak wiadomo trener ma zawsze racje 🙂 ) , trochę chcąc urozmaicić rutynę codziennego trenowania na tych samych trasach.
W ten weekend okazji ku urozmaiceniom było aż nadto. Najpierw Bike Maraton Miękinia przenoszący mnie z asfaltu  do krainy błota, a dzień póżniej zakładka w której główną cześć miał odegrać półmaraton rozgrywany również w Miękini.

Wraz z Mario – kolegą od upodleń – umówiliśmy się na poranny trening rowerowy tak aby prosto po zrobieniu pętli podjechać na start , zrobić szybkie T2 i ruszyć na 21 kilometrową trasę biegową.

Rower jak wiadomo to mój konik – jednak po starcie w maratonie MTB z tego konika wyszła raczej szkapa. Kręciło się bardzo ciężko a do tego te liczby na garminie –  załamywały !!!. Moc jak sprzed kilku lat ( nie wiem z jaką mocą wtedy jeździłem ale zapewne był to taki poziom) i bardzo wysokie tętno

to będzie ciężki dzień

Jaka szkoda, że nie wpadłem na pomysł aby skalibrować moc po wymianie baterii – zapewne nie załamywał bym się tak bardzo – tu człowiek uczy się całe życie.

Po 60 km w nogach przyszedł czas na szybkie T2, z tym szybkie to bym nie

przesadzał, ja byłem w totalnej rozsypce , gdy Mario już biegł na start ja sznurowałem nowe buty, w końcu na to w domu nigdy nie było czasu.

Na starcie spędziliśmy 30 sekund, udało mi się spotkać Olimpie , pomachać do Stacha i strzał.

Taka zakładka to zupełnie nowe doświadczenie, jeśli na rowerze tętno trzymałem w ryzach, tak teraz poszybowało ono w kosmos, a musiało bo trzeba było łapać Mateusza który wyrwał jak poparzony.
Od 2 kilometra – bo tyle zajęła mi pogoń za tym hartem, pracowaliśmy jak zgrany duet, częste zmiany, podciąganie się i motywacja a do tego równe trzymanie tempa.
Na 18 km spotkałem go , siedział sobie w rowie i czekał, tylko dlaczego właśnie na mnie  – Kryzys Kowalski.

Chwile z nim podyskutowałem o sensie dalszego biegu – każdy z nas miał inne zdanie na ten temat dlatego po kilkuset metrach rozstaliśmy się w gniewie…a niech sobie z kim innym pogada.

Te kilka chwil wystarczyło aby Mateusz odskoczył na 200 metrów. I znów czekała mnie mordercza pogoń. Jeśli ktoś uważa że 200 metrów to nic wielkiego , niech postara się po 19 kilometrach przyspieszyć o 15 sekund.

Tylko  dzięki uprzejmości Mateusza na 300 metrów przed metą biegliśmy już razem. Metry uciekały,  a my rozpoczęliśmy dyskusje jak przekroczyć metę. Pomysłów było kilka , każdy chciał być dżentelmen przepuszczając tego drugiego, ktoś ( dobrze wiemy kto ) krzykiem zasugerował aby złapać się za rączki.

Zamiast tego postawiliśmy na los – los szczęści – starając się przekroczyć metę razem. Tu szczęście uśmiechało się do mnie – do biegu wystartowałem sekundę za Mateuszem i to właśnie ta sekunda zaważyła – chodź i tak uważam że tego dnia pierwszeństwo należało się właśnie jemu 🙂

Po takiej zakładce nie mogę mieć sobie nic do zarzucenia.
Tempo biegu w granicach 3:50 daje dużo nadziei przed zbliżającym się startem w Ironamn Nicea. Dodatkowo nowa życiówka na półmaratonie – może tylko kilka sekund ale to zawsze coś 🙂 ( trasa o wiele łatwiejsza niż Ślężańska jednak w tym wypadku zmęczenie po zawodach i porannym rowerze nie pozwoliło na więcej mimo że głowa już widziała na zegarku te 1:19:59)

Miękinia w błocie

Czy trenowanie triathlony sprawia mi przyjemność?  – oczywiście że tak, inaczej bym tego nie robił.
Minęły te czasy kiedy robiłem coś na pokaz i dla innych, kiedy to szło się za szkołę na papierosa , tylko po to by być częścią tej “fajniejszej” grupy.
Teraz wszystko co robię, musie mniej lub bardziej sprawiać mi przyjemność- tylko w taki sposób jestem w stanie ciągle przeć do przodu.

Przychodzą jednak takie dni kiedy ilość i monotonność treningów potrafi przytłoczyć. Ciężko stwierdzić kiedy to się zaczyna, bardzo łatwo jednak zauważyć kiedy dochodzimy do granicy możliwości. Jeszcze kilka dni temu spod stosu, który mnie przygniatała wystawały już tylko koniuszki moich palców, gdy na ratunek przyszedł Bike Maraton Miękinia.

Czemu Bike Maraton ? – bo to nie triathlon (a  bycie członkiem Grupy Triathlonowej RAT nie ogranicza mnie tylko do triathlonu ):) może i jest tam rower ale przy okazji dużo błota , znacznie więcej adrenaliny i zupełnie inny poziom rywalizacji. Dodatkowo  dla mnie taki start to bardziej zabawa niż zacięta walka o każdą pozycje.

Tym startem żyłem ponad tydzień – na samą myśl o sobocie wewnętrzne sam do siebie się uśmiechałem.
Mój profesjonalizm zawodnika szybko dał o sobie znać. Nie sprawdziłem trasy ( do tego stopnia, że rano pojechałem na miejsce starty sprzed 2 lat :), nie sprawdziłem czy w rowerze wszystko mi działa ( i oczywiście nie działało), zgubiłem wcześniej odebrany numer i po raz pierwszy stałem na końcu swojego sektora.
To wszystko jednak nie miało znaczenia – liczyło się tylko ponowne naładowanie baterii, które wymagały szybkiego zastrzyku energii

W tym MTB coś jednak jest – gdy pierwsze krople błota spadają na twarz od razu człowiek wie, że żyje. Pod tym względem I edycja Bike Maratonu nigdy nie zawodzi – tu błoto jest zawsze i pod dostatkiem. Po 300 metrach byłem już mokry, po kolejnych kilkuset było mi już wszystko jedno czy omijam czy też jadę środkiem przez największe bagna ( PS – środek bardzo często był znacznie szybszy)

Zabawa zabawą, jednak po przeanalizowaniu wykresów stwierdzam, że nie było lekko. Cały dystans pokonany w stylu interwałowym w tętnie z 4 strefy . Start na 400 pozycji a meta już na 50,.  ilość TSS jakie daje mi 3 godziny ciężkiego pedałowania na szosie – należała mi się regeneracja 🙂

-Kochanie chyba sobie dzisiaj odpocznę bo trochę się zajechałem na tych zawodach a jutro mam półmaraton.
– Ale mówiłeś, że to dla przyjemności i nie będzie ścigania
– No tak mówiłem
– To po czym ty chcesz odpoczywać, przecież to trwało 2 godziny

Tak to właśnie jest jak się ma żonę która trenuje – w ramach regeneracji kopanie oczka wodnego – ważne że na świeżym powietrzu.

Zając na wyłączność

Najważniejsze to mieć zająca

Pamiętaj że gdy ty gonisz jednych , drudzy gonią Ciebie.

W sporcie chyba to to już być musi 🙂

W tym sezonie do naszej grupy dołączył Michał, który już od samego początku ciągle mnie zaskakiwał. Na treningach biegowych jego przewaga była miażdżąca. Na treningach rowerowych nie potrafiłem zerwać go z koła, Na pływaniu  – ufff tu jeszcze musi się wypływać

Mistrzostwem było gdy na treningu kolarskim w Sobótce podczas podjazdy na Tąpadła wzięło mu się na opowiadanie historii – WTF – ja tu ledwo powietrze łapie. Gdy po delikatnej sugestii z mojej strony, że spokojnie może mnie wyprzedzić bo w końcu naszywka najszybszego kolarza w grupie to nie zakaz wyprzedzania. Wyjechał , odjechał i znikł …. nie czekał aż powtórzę mu to drugi raz.

To dało mi do myślenia – wnioski – nigdy nie biec na zawodach za Michałem. U mnie jednak świadomość i działanie to dwa zupełnie odrębne działy w mózgu które za bardzo nie lubią z sobą współpracować.
Całe szczęście że na dyszce nie widziałem Michała – a pewnie nawet gdybym go widział to spalił bym się po pierwszym kilometrze.

W Sobótce było już inaczej, po kilkuset metrach poczułem takie koleżeńskie poklepanie po lewym pośladku – niby przyjemne ale to było jak przepowiedzenie początku mojego końca.

O nie – utrzymam go za wszelką cenę – i przystąpiłem do działania ( świadomość chyba jeszcze spała) . Kilka pierwszych kilometrów mam go dosłownie na kilkanaście metrów przed sobą, potem kilkadziesiąt , kilkaset … no i na Tąpadłach już go nie widzę.

Teraz do akcji wkroczyła świadomość, świadomość, że jestem w połowie trasy i może pora pomyśleć jak tu przebiec drugą połowę.

Tu jednak zaczyna się ta przyjemniejsza część z górki, można było trochę nogi rozkręcić i wejść we własny rytm. W tym roku zbieg okazał się o wiele wiele przyjemniejszy niż w latach ubiegłych bo to na nim udało mi się dogonić wszystkich którzy odbiegli ode mnie na podbiegu.

Jak Basetk od 15 km starałem się kontrolować sytuacje – tylko po co skoro biegnie tu kilka tysięcy osób a pierwsze miejsca już są na mecie 😀

Po raz pierwszy po przekroczeniu linii mety nie chciałem więcej…czas mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Oczywiście Mario obstawiał go prawidłowo, a ja w obliczeniach dałem sobie zbyt dużą strefę komfortu.

Teraz nie pozostaje mi nic innego niż zakończyć tą startową piramidę z przytupem. Była dyszka , była połówka – to gdzie w weekend jest maraton ?

Wczoraj wiele osób pytało się jak to możliwe że po narodzinach dziecka przy 4 godzinnych nocach, można jeszcze tak biegać…sekret jest tylko jeden – codziennie świeże mleko 😀 Stach pije i rośnie – to co, mi ma nie pomóc.

 

www.gtrat.pl

Nadchodzi nowe

Miniony sezon powinienem i na pewno uznam za jeden z najlepszych w moim życiu. Spełniłem wiele z marzeń a na dodatek nie jednej osobie wysoko zawiesiłem poprzeczkę 😉 pewnie to tylko kwestia czasu aby ktoś z Polski pokonał mój wynik … jednak ta świadomość bycia gonionym a nie goniącym jest naprawdę fajna (chodź nie będzie trwać wiecznie).

To by było na tyle jeśli chodzi o miniony rok…
Ten rok sportowo nie będzie walka o miejsca a jedynie radością ze startów.
Po raz pierwszy start w IM nie będzie obarczony presją wyniki.
Po raz pieszy przedkłada olimpijki nad połówki.
Po raz pierwszy triathlon schodzi na dalszy plan.
Po raz pierwszy kibicować będzie mi Stach….

IRONMAN Barcelona oczyma “weterana”

Zawody na długim dystansie niosą za sobą zawsze olbrzymie emocje. Niezależnie od tego czy jest to pierwszy czy setny start atmosfera jaka panuje wokół czerwonego M jest magiczna. Na kilka dni przed zawodami spora grupa osób chodzi jak na szpilkach, na innych działa to jak zegarek hipnotyzera – jedno jest pewne – nie da się przejąć obok tej imprezy obojętnie .

Przed pierwszym IM strach był tak ogromny, że nie mogłem w nocy spać, przed drugim ( na którym byłem tylko jako kibic) stresowałem się jeszcze bardziej niż Mariusz a na trzecim – na trzecim stało się coś dziwnego – byłem spokojny, dziwnie spokojny.

Przespałem wszystkie noce, sprzęt przygotowałem dużo wcześniej, sprawdziłem plan żywienia. Byłem spokojny do tego stopnia, że w dniu zawodów nie miałem konieczności korzystania z Toi-Toi , co w moim przypadku było naprawdę nie lada wyczynem.

Nie mam przepisu na spokój, w moim przypadku złożyło się na to wiele składowych:

– po pierwsze obecność przyjaciół z Grupy  Triathlonowej RAT
– brak nakręcania się na kilka dni przed startem
– odpowiednie podejście – jesteśmy na wakacjach, a start odbywa się przy okazji
– i to co chyba najważniejsze – dla mnie ten sezon był zrealizowany już w 100% a start w IM miał być tylko wisienką na torcie podzielonym na dwanaście kawałków między wszystkich IRON-RAT-owców

Swissman dał mi olbrzymią pewność siebie ale nie zrozumcie mnie źle. Nie biegam w koło opowiadając jaki to jestem najlepszy, bo tak się nie czuje. Nie opowiadam o tym  na każdym kroku, bo jeśli ktoś ma ochotę posłuchać, zapyta albo napisze do mnie bezpośrednio. Ta pewność siebie o której pisze przekłada się tylko w odniesieniu do zawodów. Na te kilka chwil przed wystrzałem. Po raz pierwszy w życiu nie bałem się wystrzału, byłem bardzo skupiony, każda kolejna minuta była zaplanowana, wiedziałem w czym jestem dobry, a na co muszę uważać.

O samych zawodach napisano już wiele dlatego skoncentruje się bezpośrednio na moim starcie.

Pływanie w morzu było wymagające – jeśli wcześniej nie pływało się w słonej wodzie i przy takich falach. Dla mnie to był szok, jednak nie tak straszny jak wcześniej o tym czytałem. Woda była słona – ale do przeżycia, język po godzinie spuchł – ale opuchlizna szybko zniknęła, były fale – ale trasa pływacka prowadziła po pętli, więc raz pomagały raz przeszkadzały. Podczas tego startu na uprzywilejowanej pozycji byli szybcy pływacy, gdyż z każda minuta wiatr wiał coraz silniej, dlatego ogromny szacunek dla osób z końca stawki.

Rower to moja mocna strona. Wiedziałem, że na tej trasie mogę ugrać bardzo wiele. Zaryzykowałem z doborem kół a dzięki Olimpius.pl miałem możliwość pojechać na dysku i to ryzyko się opłaciło. Dysk daje nie tylko 100 punktów do wyglądu PRO 😉 ale jest też “kartą przetargową” jeśli walczy się o wysokie pozycje. Sama trasa była ekstremalnie szybka, co na 177 km dało mi średnią prędkość 40km/h, która na innej trasie byłaby dla mnie nieosiągalna.  Dlaczego średnia ze 177? Gdyż właśnie na tym kilometrze trasy musiałem odstać swoje 5 min kary. Czy kara była słuszna, czy też nie to temat na innego posta. Jeśli spytacie więźniów za co siedzą – wszyscy odpowiedzą, że za niewinność, dlatego właśnie tłumaczenie mija się z celem. Swoje odsiedziałem i pojechałem dalej, kończąc część kolarską ze średnią 38,9 km/h (niby mała różnica a jednak) ;).

Bieganie w moim wykonaniu to była walka z motywacją a raczej jej brakiem. Próbowałem sobie też wmówić, że nie zniszczyłem nóg na ostatnich 30 km roweru kiedy usiłowałem odrobić 5 min straty… Nigdy tego nie róbcie 🙂 – nie da się odrobić tylu minut bez konsekwencji dla swojego organizmu.

Ostatecznie zrealizowałem 80% założonego planu – złamałem barierę 9:30 . Ten start dał mi  niesamowitą wiedzę z której teraz muszę wyciągnąć wnioski… i wdrożyć plan naprawczy 😉

Swissman 2015 – RatRide

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu, w którym możliwe będzie spotkanie.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami. Mimo moich obaw wynikających z lęku przed źle oznakowaną trasą  na każdym skrzyżowaniu stał policjant wskazujący drogę oraz dający mi pierwszeństwo przejazdu.

Skupiony na kadencji i mocy nawet nie zauważam pierwszego punktu, na który dosłownie sekundy przed moim przejazdem przyjechał mój support car. Całe szczęście, że był to dopiero 30 km trasy więc wody i jedzenia miałem jeszcze pod dostatkiem.

Zgodnie z profilem trasa przez pierwsze 50 km powinna być bardzo prosta , z dosłownie 2%-4% średnim wzniesieniem na całej długości – okazało się jednak że na profilu nie było widać dziesiątek hopek, które wypączkowały dosłownie  znikąd – ale jak miało być je widać skoro tyż obok nich na papierze  znajdował sie 40 km podjazd . Przy takim kolosie te hopki wydawały się być jedynie małymi zmarszczkami –na pierwszych kilometrach to  nie wysokość ale ilość dała się we znaki.

Na takich zawodach zawsze musi wiać – ale dlaczego zawsze w twarz ?

Do 30 km trasa rowerowa wiodła u południowego podnóża Alp – mimo czołowego wiatru temperatura była wprost idealna na poranne ściganie – szczególnie, że miałem na sobie suchy strój rowerowy co dawało mi dodatkowy komfort termiczny.

Wystarczył jeden zakręt aby ta sielanka dobiegła końca. Zimne podmuch wiatru, krople wody dosłownie znikąd a do tego ciemne niebo w oddali uświadamiało mi że już niebawem czeka mnie mocna wspinaczka.

Po 50 km zapala mi się rezerwa – w bidonach widać dno a ostatni baton zostaje właśnie pochłonięty. To wszystko należało przewidzieć kilka dni wcześniej. Na szczęście to wszystko było częścią naszego planu . Po kilku minutach widzę w oddali setki ludzi czekających na swoje zespoły – a wśród nich mój support team. Poczułem się jak zawodnik F1. Bez zbędnych słów oraz mojego zaangażowania bidony zostały wymienione, batony wylądowały w kieszeniach a od trenera otrzymałem niezbędne uwagi.

Jeszcze klocki hamulcowe nie wystygły a ja już mogłem pędzić dalej.

Jak ważny był ten punkt świadczyć może fakt , że od tego momentu praktycznie aż do szczytu pierwszej przełęczy byłem zdany sam na siebie.

Z każdym pokonywanym kilometrem spadała temperatura , słońce powoli ustępowało miejsca chmurom a przypadkowe do tej pory krople deszczu przeradzały się w deszcz. Na domiar złego gdy wjechałem na 5 kilometrowy odcinek z kostki brukowej o średnim nachyleniu 13% silny  wiatr postanowił utrudnić mi zadanie.

Do szczytu jeszcze około 40 min, mimo mocnego kręcenia moje ciało coraz szybciej się wychładza, chwilami deszcze przechodzi w śnieg z deszczem oraz grad.  W tym momencie w moje głowie była pustka przestałem odczuwać przeszywający chłód, przestałem zastanawiać się ile jeszcze mam do pokonania, przestałem dodawać czas i liczyć minuty, cały cukier trafiał do pieca aby zasilić moje nogi – głowa została wyłączona.

Wiedziałem jedno , gdzieś tam na 2200m są oni – gdzieś tam w chmurach. 

Przełęcz to nic innego jak strefa zmian  która była mistrzostwem w wykonaniu   Kuby i Rafała. Nim się obejrzałem jedzenie i picie było na miejscu ja dopinałem ostatni zamek mogąc  ruszać w drogę.
Na zjeździe we mgle i padającym deszczu ze śniegiem doceniłem mój nowy nabytek – kask Casco z Olimpius.PL z pomarańczową szybką – przyznaje ze dał mi on olbrzymią przewagę na zjazdach nad osobami używającymi standardowych okularów. Teraz już widziałem jak czują się kierowcy F1 jadący w deszczu 🙂 Szybka nie parowała , idealnie odprowadzała wodę, zwiększała widoczność a dodatkowo dawała mi ochronę przed gradem, którego uderzenia były bardzo odczuwalne.

Strach na szybkim zjeździe szybko ustąpił miejsca uczucie przeszywającego zimna, to właśnie zimno pchało mnie aby nie zwalniać jechać jeszcze szybciej wypatrując kolejnego podjazdy na którym będę mógł się choć trochę ugrzać.

Kolejna przełęcz to dodatkowe 300m wysokości i 3 stopnie mniej na termometrze. Chciałbym napisać jak piękne były widoki , jak wspaniale się czułem i jak bardzo polecam to miejsce – i pewnie bym tak napisał gdyby nie brak widoczności , bolące nogi i własne palce na  które  musiałem patrzeć hamując bo nie do końca byłem pewien czy klamki się zaciskają czy nie.

Trzecia a zarazem ostania przełęcz mimo swojego stromego podjazdu wyryła się w mojej pamięci jako ta najlżejsza. Może świadomość zbliżającego się końca części rowerowej, 30 kilometrowego zjazdu, albo co ważniejsze wysokiej 25 stopniowej temperatury jaka czekała na mnie w T2 zmazała wszystkie negatywne myśli.

Support GT RAT i TriathlonCamp jak zawsze w pełnej gotowości czekał nam nie na górze. I tak samo szybko jak ostatnio byłem znów na rowerze.

To uczycie gdy wchodzi się przemarzniętym do domu , wkładając ręce do letniej wody a one szczypią – tak strasznie szczypią. Dla mnie to szczypanie oznaczało tylko jedno – robi się cieplej.  Po około 20 min, zjeżdżając ubrany na cebulkę zaczynam rozpinać kolejne warstwy. Na 5 km przed T2 wyglądam jak powiewająca flaga – zatrzymanie się nie wchodzi w grę – a nawet jeśli, to co ja bym zrobił z taka ilością ubrań : )

T2 to strefa jakich mało – jedna toaleta , mały namiot oraz parking dla support …

 

Foto:

Michał Kuczyński

Swissman 2015 – swim time

Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Mimo buforu czasu który sobie przyjęliśmy, praktycznie wszystko obywało się na „styk”. Człowiek wciśnięty o 3:00 nad ranem w strój triathlonowy i piankę  przestaje logicznie myśleć. Wszystkie czynności zabierają mu dwa razy więcej czasu, najprostsze decyzje wydają się być nie do rozwiązania a rozmowy ograniczają się do prostych zwrotów.

– Gdzie kask ?
– Nie wiem
– Chcesz batona ?
– Może
– Zimno Ci ?
– Hyyyyy…

T1 inne niż wszystkie na których do tej pory byłem, chodź pierwsze miejsce zawsze należeć będzie do Karkonoszman-a. Wszystko jak w zwolnionym tempie, nikt się nie spieszy , nikt nie goni. Garstka zawodników rozstawia sprzęt. Wiedząc o temperaturze jaka czeka na zawodników na pierwszej przełęczy nikomu nie przychodzi do głowy aby jechać w mokrym stroju. Wszyscy przygotowani są na przebieranie – jak się okazało pierwsze ale nie ostatnie tego dnia.

Kilometrowy spacer do przystani podnosi spokojne do tej pory tętno.  Gdy ostatni zawodnik wsiada na prom, a kapitan rozpoczyna odcumowywanie zapada cisza. Wszyscy wpatrzeni w mrok dopijają resztki izotoników zjadając przy tym energetyczne przekąski.

– Czy my naprawdę będziemy tak daleko płynąć?

Cztery kilometry z pokładu promy wydają się nie lada wyzwaniem. Mimo świadomości ile czasu powinno mi to zająć ogarnia mnie coraz większy strach. Pierwszy raz będę startował w kompletnych ciemnościach!

Nie ma odliczania do startu ani tłumu kibiców. Wchodzimy do wody i BBBOOOOOMMMMM!!!!!

Olbrzymia raca rozpoczyna ten długi dzień.

Pierwsze 200 metrów to walka o dobrą pozycję i typowa”pralka”. Po kilku minutach wypływamy za wyspę i sytuacja diametralnie się zmienia. Z każdą chwilą ilość osób wokół mnie maleje, aż po kilkudziesięciu metrach jestem zupełnie sam.

– Czy to ja tak źle nawiguje , czy może ludzie tak się rozpłynęli ?

Strach, strach i jeszcze raz strach – tylko po co tu się bać. Płynąłem, z każdym pociągnięciem ręki zbliżałem się do brzegu. Trzeba było zacząc myśleć o jednym – machać rękoma i płynąć jak najszybciej się da – a nawet jeśli z nawigacją mi nie pójdzie, stracę kilka minut – ale co to jest w stosunku do 16 godzin które planowałem zrobić. W oddali szczyty powoli rozświetlane są przez wschodzące słońce. Ten widok zmienia  strach w euforie. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że naprawdę się zaczęło…

Na horyzoncie powoli zarysowuje się czekający na nas tłum. Ostatnia korekta kierunku i po chwili moje stopy dotykają piasku. Wokół mnie nie ma nikogo. Kilka czepków zbliża się z lewej strony ale nadal mają ponad 200 metrów do brzegu. Już po plaży biegnie za mną Kuba, który w T1 pomaga mi się przebrać a następnie pakuje moje rzeczy i rusza do punktu na 30 km .

Nie mija 5 minut i wsiadam na rower.

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu w którym możliwe będzie spotkanie się ze mną.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami …

cdn.

Michał Kuczyński


Grupa Triathlonowa RAT

TriathlonCAMP