Sieraków powraca

Sieraków to kultowe miejsce do którego wracam już od kilku lat. Ta trasa, jest jedyną w sowim rodzaju – piękne i czyste jezioro , pagórkowata trasa rowerowa oraz bardzo ciężka leśna trasa biegowa – to tworzy klimat tego miejsca i tych zawodów. Może właśnie z tego powodu wielu zawodników wybiera to miejsce na swój debiut – i wcale im się nie dziwie.

Dla mnie to był dosłownie start z doskoku. W czwartek otrzymałem nowy rower, na którym będę startował w tym sezonie Kross Vento TR , więc skoro jest sprzęt to czemu by go tak nie przetestować w boju – uwaga jeśli to jest wasz pierwszy start i macie wobec niego oczekiwania i plany czasowe –  nie róbcie tak, jest to bardzo nieodpowiedzialne :).

Dzięki uprzejmości organizatora w ostatniej chwili udało mi się wpisać na listę startową i już w sobotę stanąć na linii startu dystansu 1/2 Ironman.

Przeniesienie startu 1/2 na sobotę to chyba jedna z najlepszych zmian jaką wprowadził organizator (po takim dystansie połówkowicze mieli  jeden dodatkowy dzień na regenerację przed powrotem do pracy), no może zaraz po wprowadzeniu rolowanego startu (rolowanego nie tylko sektorami startowymi ustawionymi według przewidywanego czasu ukończenia ale również ilością zawodników, których wpuszczano w odstępach co też w konsekwencji praktycznie wyeliminowało drafting – przynajmniej na moim dystansie.

W całych zawodach największą niewiadomą był rower – składany na dzień przed startem, pozycja ustawiana jeszcze w strefie zmian w sobotę rano,   nowe siodełko i łączna ilość kilometrów które na nim przejechałem to 3 ( słownie trzy) – to nie mogło zadziałać.
I tu największe zaskoczenie – zadziałało  – to był mój najszybszy Sieraków. Mogło by być chyba jeszcze lepiej ale z w tej całej euforii położyłem po całości odżywianie i mój SiS szejk nie został dopity do końca.
Zbyt wcześniej aby doszukać się sukcesu w nowej maszynie bo tu warto przejeździć jeszcze trochę aby zbudować sobie opinie ale chyba jesteśmy na dobrej drodze aby zostać przyjaciółmi :)) Na razie z cyferek wynika że przy 260W utrzymałem średnią prędkość 39,4 km/h – jak na mnie i brak dysku to bardzo ale to bardzo przyzwoicie.

Bieganie jak to bieganie – nigdy go nie polubię, ale tylko w ten sposób mogę znaleźć się na mecie. Było gorąco i nie chcąc doprowadzić do odwodnienia – bo miłośnikiem kroplówek nie jest – biegłem bardzo zapobiegawczo.  Niestety ta taktyka pozbawiła mnie podium bo do 3 miejsca straciłem tylko 20 sekund – jednak cel wyższy osiągnięty – odwodnienia nie było 🙂

Teraz czas na prawdziwe górskie ściganie podczas Triathlon Karkonoski, który już w ten weekend – trzymajcie kciuki.

P.S.
Maratomania dziękuje za wspaniałe fotograficzne wspomnienia