Swissman 2015 – swim time

Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Mimo buforu czasu który sobie przyjęliśmy, praktycznie wszystko obywało się na „styk”. Człowiek wciśnięty o 3:00 nad ranem w strój triathlonowy i piankę  przestaje logicznie myśleć. Wszystkie czynności zabierają mu dwa razy więcej czasu, najprostsze decyzje wydają się być nie do rozwiązania a rozmowy ograniczają się do prostych zwrotów.

– Gdzie kask ?
– Nie wiem
– Chcesz batona ?
– Może
– Zimno Ci ?
– Hyyyyy…

T1 inne niż wszystkie na których do tej pory byłem, chodź pierwsze miejsce zawsze należeć będzie do Karkonoszman-a. Wszystko jak w zwolnionym tempie, nikt się nie spieszy , nikt nie goni. Garstka zawodników rozstawia sprzęt. Wiedząc o temperaturze jaka czeka na zawodników na pierwszej przełęczy nikomu nie przychodzi do głowy aby jechać w mokrym stroju. Wszyscy przygotowani są na przebieranie – jak się okazało pierwsze ale nie ostatnie tego dnia.

Kilometrowy spacer do przystani podnosi spokojne do tej pory tętno.  Gdy ostatni zawodnik wsiada na prom, a kapitan rozpoczyna odcumowywanie zapada cisza. Wszyscy wpatrzeni w mrok dopijają resztki izotoników zjadając przy tym energetyczne przekąski.

– Czy my naprawdę będziemy tak daleko płynąć?

Cztery kilometry z pokładu promy wydają się nie lada wyzwaniem. Mimo świadomości ile czasu powinno mi to zająć ogarnia mnie coraz większy strach. Pierwszy raz będę startował w kompletnych ciemnościach!

Nie ma odliczania do startu ani tłumu kibiców. Wchodzimy do wody i BBBOOOOOMMMMM!!!!!

Olbrzymia raca rozpoczyna ten długi dzień.

Pierwsze 200 metrów to walka o dobrą pozycję i typowa”pralka”. Po kilku minutach wypływamy za wyspę i sytuacja diametralnie się zmienia. Z każdą chwilą ilość osób wokół mnie maleje, aż po kilkudziesięciu metrach jestem zupełnie sam.

– Czy to ja tak źle nawiguje , czy może ludzie tak się rozpłynęli ?

Strach, strach i jeszcze raz strach – tylko po co tu się bać. Płynąłem, z każdym pociągnięciem ręki zbliżałem się do brzegu. Trzeba było zacząc myśleć o jednym – machać rękoma i płynąć jak najszybciej się da – a nawet jeśli z nawigacją mi nie pójdzie, stracę kilka minut – ale co to jest w stosunku do 16 godzin które planowałem zrobić. W oddali szczyty powoli rozświetlane są przez wschodzące słońce. Ten widok zmienia  strach w euforie. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że naprawdę się zaczęło…

Na horyzoncie powoli zarysowuje się czekający na nas tłum. Ostatnia korekta kierunku i po chwili moje stopy dotykają piasku. Wokół mnie nie ma nikogo. Kilka czepków zbliża się z lewej strony ale nadal mają ponad 200 metrów do brzegu. Już po plaży biegnie za mną Kuba, który w T1 pomaga mi się przebrać a następnie pakuje moje rzeczy i rusza do punktu na 30 km .

Nie mija 5 minut i wsiadam na rower.

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu w którym możliwe będzie spotkanie się ze mną.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami …

cdn.

Michał Kuczyński


Grupa Triathlonowa RAT

TriathlonCAMP

Swissman 2015 – How stories began

Ostatnie metry  postanowiłem spokojnie iść , za mną nie było widać nikogo, przede mną ostatnie 100 metrów podejścia do linie mety

– Lecimy dawaj Michał!
– Jeśli mam na ta metę wbiec to teraz muszę iść.

Jeszcze nigdy zadowolenie nie narastało we mnie tak szybko. Każdy krok w stronę mety rozszerzał mój uśmiech – te mięśnie muszą być jakoś połączone.  Po chwili nastąpił niesamowity przypływ energii. Z marszu przeszedłem w równy bieg, który nie sprawiał mi najmniejszego problemu. W tej jednej chwili , w tej jednej sekundzie czułem, że byłbym w stanie przenosić góry.

Nim organizator zdążył do mnie podejść byłem otoczony przez mój support. Chłopaki chyba tak samo jak ja nie do końca wierzyli w to co się stało.

– Michał coś ty narobił!
– Człowieku ale urwałeś!
– Przecież nikt nam nie uwierzy! – przekrzykiwali się nawzajem.
– Panowie przestańcie, to chyba nic takiego… Jestem na mecie, udało się ukończyć – to najważniejsze.

7 miesięcy wcześniej.

W dniu moich urodzin opublikowano listę uczestników Swissman Extreme Triathlon 2015. Marzenie, które do tej pory wydawało się być bardzo odległe a nawet nieosiągalne stało się celem, który przy pomocy ciężkiej pracy może uda mi się zrealizować.

Po rozmowie z trenerem postanowiliśmy, iż przez większość czasu będę  realizował plan przewidziany dla grupy zaawansowanej GT RAT i dopiero na kilka tygodni przed startem zwiększę objętość aby przyzwyczaić organizm do specyfikacji zawodów.

Decyzja ta szybko przyniosła pozytywny rezultat w postaci nieocenionej motywacji! Na treningach nie byłem sam! Za każdym razem towarzyszyli mi przyjaciele z grupy.

Swissman to kosztowna przyjemność dlatego inwestycja w sprzęt nie wchodziła w grę. Na szczęście dzięki pomocy Olimpius.pl dotarła paczka z Garmin VectorS.

Pomiar mocy napisał nowy rozdział w moich treningach pokazując ułomność treningów opierających się na tętnie. Oczywiście na pewnym poziomie tętno jest równie dobre a nawet w 100% wystarczające, jednak balansując na granicy możliwości pomiar mocy pozwala ją delikatnie przesunąć.

Przygotowanie fizyczne to jedna strona medalu. Seria AllXtri charakteryzuje się tym, iż każdy zawodnik w dniu zawodów musi sam zadbać o zorganizowanie sobie transportu rzeczy z T1 do T2 , bufetów oraz supportu który obowiązkowo towarzyszy mu podczas ostatnich 10 km biegu.

Decyzja kto jedzie była dokładnie przemyślana. Każdy z czteroosobowej ekipy miał inne cele do zrealizowania.

Rafał był odpowiedzialny za logistykę.
Olimpia i Kuba jako główny support to odżywianie i motywacja
Michał przygotowanie relacji foto i rozładowywanie atmosfery.

Jeśli ktokolwiek z Was będzie startował w jednej z imprez  Xtri– życzę abyście mieli tak zgrany i profesjonalnie przygotowany support jak mój :).

W listopadzie dokonałem rezerwacji noclegów. Od tego czasu można było skoncentrować się już tylko na trenowaniu.

Tygodnie mijały jak dni, długie weekendowe treningi dodatkowo je przyśpieszały. Nim się obejrzałem nadszedł testowy start w Sierakowie a zaraz po nim wyjazd do Szwajcarii.

Już nie było odwrotu. Na dwa dni przed startem o 4:00 nad ranem ruszyliśmy w drogę. 10 godzin później byliśmy w Szwajcarii. Mijając ostatnią przełęcz pogoda diametralnie się zmieniła. Z padającego całą drogę deszczu wjechaliśmy w 30 stopniowy upał. Ascona to piękne miasteczko z klimatem bardziej śródziemnomorskim niż alpejskim – na skwerach rosną palmy, a w przydomowych ogródkach bananowce i mandarynki.  Wakacje(!) – tylko ta myśl przychodziła mi do głowy – właśnie tak się czułem.

Na kilka godzin przed startem wszyscy uczestnicy zawodów oraz ich support stawili się na obowiązkowej odprawie . W małej sali gimnastycznej poddenerwowanie sięgnęło zenitu z chwilą gdy organizator pokazał nam slajd z pogodą.  Całodniowe opady deszczu , silny wiatr, a na przełęczach możliwy śnieg i minusowa temperatura. To zupełnie nie pasowało do naszych wyobrażeń.

21:00 ostatni posiłek i znów pizza –  chyba dziesiąta w tym tygodniu 😉

Zanim dotarliśmy do campingu prognoza pogody powoli zaczynała się sprawdzać. W dolinie ciężko o temperatury oscylujące w okolicach zera, ale silny i porywisty wiatr oraz wzburzone jezioro zwiększały i tak już wysoki poziom stresu.

Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Mimo buforu …

cdn.

https://www.facebook.com/pages/Love-What-You-Do

https://www.facebook.com/GrupaTriathlonowaRAT