Zwift – taki mamy klimat

Taki mamy klimat

Niestety nic z tym nie zrobimy ( co też nie do końca jest prawdą bo na chwilę obecną robimy wszystko aby doprowadzić do jeszcze większego globalnego ocieplenia – a wtedy może będziemy mieli jak w Australii , albo chociaż w Hiszpanii … a może jak na lodowcu – kto wie )

Każdym kto planuje przetrwać okres zimy, a przy okazji zbudować rowerową formę musi odpowiedzieć sobie na pytanie – “ Jak tego dokonać aby nie oszaleć”

Do dyspozycji mamy kilka możliwości

  • zajęcia grupowe “spinning” – tylko czy to tak naprawdę jest trening, są to bardzo cenne zajęcia dla osób zaczynających zabawę z kolarstwem jednak mają pewne ograniczenia – zajęcia trwają przeważnie 50 min, osoba prowadząca często ma misję do spełnienia więc realizacja własnego treningu jest niemożliwa a do tego ta urywająca głowę muzyka. Tu na ratunek przyszło kilka klubów takich jak PumaGym w których odbywają się 2 godzinne zajęcia nastawione na triathlonistów i kolarzy.
  • MTB, przełaj – bo w końcu po to jest zima aby poszaleć na MTB, tylko jak tu zrobić trening interwałowy przy -10 stopniach.
  • trenażer – najczęściej spotykane rozwiązanie wśród amatoro-zawodowców oraz osób które chcą przepracować  zimę zgodnie z planem treningowym

Osobiście należę do tej ostatniej grupy, mam świadomość jak ważna jest realizacja plany, jednak mam też słabość – ciężko mi zmobilizować się do wysiedzenia 90 minut na tej przytłaczającej maszynie.

Moja głowa po 60 minutach mówi dość, po 75 zaczyna się migotanie przedsionków a po 90 ostatnie resztki motywacji znikają. (Oczywiście Świat udowadnia, że między nami zwykłymi śmiertelnikami znajdują się jednostki które potrafią wytrwać w tej pozycji nawet 6 godzin – co dla mnie jest wyjątkiem od reguły).

Testowałem już wszystko co tylko przyszło mi do głowy

  • muzyka
  • filmy
  • seriale
  • szkolenia techniczne
  • nauka języka
  • Sufferfest
  • Filmy Elite i Tacx

i to wszystko nie pomagało. Najbliższy sukcesu był Tacx – jednak powtarzalność filmów powodowała że po jakimś czasie dokładnie wiedziałem jaki samochód teraz mnie minie

W GT RAT pojawili się nowi zapaleńcy i nowe pomysły – rozpoczęła się era Zwift-a. Tak jak i w przypadku filmów elite i tacx aby aplikacja działała poprawnie należy posiadać “inteligentny” trenażer – czyli taki z pomiarem mocy lub pomiar mocy w rowerze ( wtedy opór na trenażerze się nie zmienia, jednak aplikacja przelicza generowaną moc na prędkość dostosowując ją w zależności od nachylenia trasy)

Mój zestaw to :

– pomiar mocy Vector 2S
– trenażer Elite TurboMunt
– Komputer z Ant+ i aplikacją Zwift *
– Smartfon z aplikacją Zwift *
*Komputer i smartfon powinny znajdować się w tej samej sieci WiFi.

Ciepło ubrany i przygotowany na godziny kalibrowania zabrałem cały sprzęt i udałem się do piwnicy. Ku mojemu zaskoczeniu po włączeniu aplikacji na telefonie i komputerze już po 5 sekundach wszystko było sparowane a mój avatar siedział na rowerze czekając na moja akcje – pierwszy plus

No to jazda. Mija kilka sekund a tu przemyka koło mnie kolejny 50 osobowy peleton – łałł – to robi wrażenie – mimo że grafika woła o pomstę do nieba, to chyba nie to jest tu najważniejsze. Ma być grywalność i to moim zdaniem zostało osiągnięte.

Wielu polskich blogerów ocenia aplikację negatywnie z dwóch powodów

  • posiada ograniczoną liczbę lokacji ( jeśli się nie myle obecnie są 3 ) – może i tak , ale każda z nich posiada kilka wariantów pętli co powoduje że po dwóch godzinach nie jest się znudzonym, szczególnie że w każdej z lokacji praktycznie cały czas jest około 1500 – 2000 zawodników z którymi można się ścigać , bądź też jechać na wspólną wycieczkę
  • miesięczny koszt abonamentu to 40 PLN ( 10 USD) – czyli w przeliczeniu na nasze to 3 piwa na rynku , dobry burger + piwo albo też 1,5 h zajęć na spinningu – tu już musicie odpowiedzieć sobie sami na pytanie –  czy to mało czy dużo? Osobiście uważam, że ta kwota to jest adekwatna do tego co można otrzymać w zamian, nie zapominając, że aplikacja ciągle się rozwija. Dodatkowo w każdej chwili można zawiesić opłaty, gdy tylko przyjdzie wiosna i wrócić do nich w kolejnym zimowym sezonie.

Na razie to tyle na gorąco z frontu, pokręcę jeszcze kilka godzin i zobaczymy czy to miłość czy tylko chwilowa fascynacja.

P.S.

Spotkanie kolegi z grupy gdzieś na wysypach Vanuatu – bezcenne

 

Veni Vidi Vichy – Ironman 2016

Vichy położone jest w centralnej Francji około 1400 km od Wrocławia. Dotarcie do tego urokliwego miasta jest dla przeciętnego śmiertelnika z Polski nie lada
wyzwaniem. Do wyboru mamy tylko dwie możliwości:

– lot z przesiadkami z Wrocławia i Warszawy bądź bezpośredni z Berlina – bezpośredni ale tylko do Lyonu , tam czeka nas wynajęcie samochodu i 70 km podróż.
– 15 godzinna podróż samochodem ( na szczęście w 90% jedziemy autostradą )

Zbliżając się na miejsce ( po wybraniu drugiej opcji ) zaskoczeni jesteśmy jakością dróg które przecinają niezliczoną ilość pastwisk i winnic. Wszystkie mijane wioski przywodzą w pamięci sceny z filmów wojennych gdy Alianci wkraczali do Normandii – z tym wyjątkiem , że tu nie spadła nawet jedna bomba.

Na zwiedzanie samego Vichy (do centrum którego mieliśmy około 30 km z miejscowości Souint-Parsainw której spaliśmy) nie było za wiele czasu. Szczególnie, że robiliśmy to po w poniedziałek po starcie gdzie nogi nadal nie bardzo chciały współpracować, pomysł chodzenia pięknymi ulicami zupełnie nie przypadł im do gustu. Połączenie w jeden weekend dwóch imprez Ironman 70,3 w sobotę  oraz 140,6 w niedziele wiązało się z brakiem miejsc noclegowych w obrębie 50 km od Vichy. Jednak dla organizatora jest to podwójna korzyść przy rozstawieniu tej samej ilości barierek, namiotów itp.

Udało nam się zwiedzić na rowerach kawałek okolicy i wniosek był jeden – będąc Francuzem trzeba być dobrym kolarzem. Idealne asfalty, ciągle interwałowe trasy, piękne widoki i brak ruchy na bocznych drogach – marzenie. Och jak bardzo mieliśmy się zdziwić już za kilka dni.

Pogoda to loteria, historycznie powinno być około 24 stopni a było 37 w cieniu do tego woda w rzece nagrzała sie do 27 stopni – brak pianek – wniosek : warto na
treningach popływać czasem tylko w spodenkach.

No ale na pogodę nie ma co narzekać – każdy miał taką samą

W Vichy z uwagi na brak możliwość typowego rolling-start z brzegu wprowadzono rozwiązanie trójkowe. Co trzy sekundy do wody wskakiwały 3 osoby. Takie rozwiązanie daje maksymalny komfort przy starcie, jednak zmniejsza  możliwość złapania draftu. Na trasie pływackiej znajdują się boje z oznaczeniem dystansu co ułatwia prawidłowe rozłożenie sił – to jest olbrzymi plus szczególnie dla osób początkujących. O takim rozwiązaniu powinny pomyśleć wszystkie edycje.

Strefa zmian zlokalizowana jest bardzo blisko wyjścia z wody i wejścia na rower dlatego czas w niej spędzony jest bardzo krótki.

Trasa rowerowa to dwie pętle poprowadzone po  najbardziej dziurawych drogach  na jakich było dane mi jeździć podczas tej wyprawy. Długo zastanawiałem się jakim cudem przy takiej ilości ładnych dróg organizator był w stanie wybrać takie „dziadostwo”.  Ilość urwanych koszyków , zgubionych bidonów i innych doklejonych do rowerów elementów była zadziwiająca. Paradoksalnie na poboczach nie było zbyt wiele osób z przebitymi oponami. Bufety rozlokowane co 20-25km umożliwiają spokojną jazdę bez obawy o braki w nawodnieniu. Ulokowane są w miejscach gdzie wszyscy zawodnicy muszą zwolnić co minimalizuje prawdopodobieństwo nie złapania bidony. Dla mnie jednak strefy były bardzo krótkie co uniemożliwiało wymianę dwóch bidonów ( jeśli jednym chciałbyś sie polać lub dolać do przedniej torpedy)

Trasa biegowa to 4 pętle po 10 km. Na każdej pętli dwa podbiegi na most i 5 bufetów. Charakterystyka trasy powoduje że na całej jej długości znajduje się  niezliczona rzesza kibiców. Dodatkowo przy każdej pętli przebiega się tuż ( dosłownie tuż ) koło mety co dodatkowo daje niesamowitego motywacyjnego kopa. Nie wiem jak to jest kiedy przebiegając obok mety widzi się jak na metę wbiegają inni – taka sytuacja zamiast motywować chyba demotywuje.

Regeneracyjny bufet po starcie… ocena tego punktu zależy w wielkiej mierze od oczekiwań. Jeśli dla kogoś wystarczy zimne piwo , zimna pizza i naleśniki – to będzie
naprawdę uradowany. Ja po cyklu IM oczekuję czegoś więcej. Przede wszystkim sam dystans powoduje, że niezależnie od temperatury ma się ochotę na coś ciepłego i
nie koniecznie słodkiego. W Vichy brakowało wszystkiego co było mi potrzebne dlatego ten element zawodów oceniam chyba najgorzej.

W poniedziałek odbywa się ceremonia wręczenia nagród ( nagród w rozumieniu statuetki IM oraz wpłaty 1000 USD za slot na Kone) połączona z “uroczystym” obiadem

dla zawodników oraz ich rodzin ( jeśli wykupisz bilet za 20 EUR dla członka rodziny ) . Tu po raz kolejny spotkało mnie kartkowe zaskoczenie. Jedna woda , jeden
deser i tym razem ryż z owocami morza ( na pasta party był makaron z czymś co przypominało wyglądem dobry sos ) – było naprawdę uroczyście.

To mój czwarty start i tym samym trafia na czwarte miejsce ( Klagenfurt , Nicea, Barcelona, Vichy ) w mojej ocenie. Vichy jak do tej pory jest miejscem do którego raczej nie wrócę – czego na pewno nie mogę powiedzieć o Klagenfurcie i Nicei. Ten start dla mnie to nowa życiówka i kolejna porcja doświadczeń.

image

Ironman Nicea “30-34 “

Ciekawe co by było gdybym ten sport poznał kilka lat wcześniej  – tego nigdy się nie dowiem. Za to dziś wiem jedno – rywalizuje w jednej z najmocniejszych grup wiekowych, w której pierwsza dziesiątka osiąga lepsze wyniki niż połowa zawodników PRO.

Tak było i tym razem podczas kolejnych zawodów Ironman, w których brałem udział – Ironman Nicea.

image

Pomysł na ten start nie urodził się w mojej głowie. Był częścią wielkiego planu przejęcia władzy nad światem, który ciągle tli się w głowie SuperMario. Na początku startować miał tylko Mariusz,  ostatecznie aż  czwórka zawodników GT RAT ( Michał Wojtyło, Mariusz Chrobot, Arek Janiszewski, Artur Chojnacki) odebrała pakiety i stanęła do rywalizacji na najtrudniejszej trasie w europejskim cyklu zawodów Ironman.

Zawody w Nicei nie słyną z kosmicznie wyżyłowanych czasów.  Tu wygrywają zawodnicy z czasem w granicach 8:30, a o zbliżeniu się do 8 godzin można zapomnieć. Tu trasa rowerowa pokrywa się z jednym z etapów Tour de France i  wymaga pokonania 2400 m przewyższeń oraz 60 km niesamowicie wąskich i technicznych zjazdów. Gwoździem do trumny jest maraton poprowadzony nadmorskim deptakiem pozbawionym odrobiny cienia ( historycznie w Nicei temperatura na maratonie nie spada poniżej 30 stopni).

Będąc po raz pierwszy na zawodach tej rangi wszystko potrafi zaskoczyć. Począwszy od lokalizacji i wyglądu mety, skończywszy na procedurach wprowadzania rowerów do strefy zmian. Wszystkie te procesy mają swój olbrzymi plus – na każdych kolejnych zawodach wszystko  będzie wyglądało tak samo – wystarczy przeżyć te pierwsze.

I tak pod względem organizacji Nicea wyprzedziła Barcelonę …  o lata świetlne. Począwszy od zaangażowania organizatorów, skończywszy na pasta party ( może z wyjątkiem bufetu po samych zawodach, którego wole sobie nie przypominać – chodź nie było tam zbyt wiele do zapamiętania). Największym zaskoczeniem było ściganie się przy ruchu otwartym z naprzeciwka . Nie brakowało sytuacji w których zza zakręty pokonywanego z prędkością 70 km/h wyskakiwał samochód – takie sytuacje niestety bardzo mocno działają na psychikę – trzeba zwolnić, w końcu jest dla kogo żyć.

Dla mnie sam start był czymś w rodzaju wakacji. 5 dni poza domem na Lazurowym Wybrzeżu – czego chcieć więcej. Jazda samochodem nie byłaby najlepszym pomysłem w końcu to 15h za kółkiem Na szczęście na ratunek przyszedł EasyJet z Berlina, którego koszty były porównywalne – nie wspominając o tym, że po 6 godzinach byliśmy w Nicei.
Tu z osobistym dietetykiem w postaci SuperMario zaczęło się ładowanie węglami – on akceptował plan żywieniowy ja zajmowałem się realizacją. Tym razem nie było pięciu pizz dziennie a tylko jedna na 3 dni przed startem. Za to nie brakowało zdrowych węgli i Jegera 🙂

image

Tym razem nie miałem zamiaru popełnić błędu w odżywianiu, zrobiłem to w Klagenfurcie i Barcelonie – do trzech razy sztuka. Na sam start z kalkulatorem wyliczona została odpowiednia ilość węgli – Enervit poszedł w ruch. Jak wszędzie tak i ty są gorsze, lepsze i kosmiczne produkty. Do tych kosmicznych  zaliczam izotonik i żele Competition.

Sam kiedyś czytałem wpisy licząc na to, że ktoś poda mi receptę na sukces. Na próżno, każdy z nas jest inny , różnie przyswajamy produkty sportowe  i inaczej na nie reagujemy. Dlatego zamiast szukać co jest najlepsze dla innych, zacznijcie sprawdzać na sobie. Tylko nie w dniu zawodów, a na kilka miesięcy przed. Ja dopiero po kilku latach znalazłem swój żywieniowy złoty środek, które i tak będę jeszcze udoskonalał.

W pełni gotowy o 6:20 czekałem na start zawodników PRO, 10 minut po nich ruszył rolling start ( nowy pomysł IM aby uniknąć niepotrzebnej pralki w wodzie – według mnie coś prostego a zarazem skutecznego w szczególności dla osób początkujących). 

Woda jak to woda, mokra i słona. Tu chyba za wiele więcej nie da się powiedzieć. Czy mogłem szybciej – pewnie tak ale była by to kwestia 1-2 minut

Strefy  mogły by być krótsze, jednak z uwagi na wąski deptak, na którym usytuowane były rowery w T1, miałem około 1km biegu, T2 to już tylko 400m

image

Rower to jazda epicką trasą, która śnić będzie mi się po nocach. Piękne widoki, kibice w każdym miasteczku a do tego przepiękny techniczny zjazd. Dla tej trasy warto tam pojechać.

Bieganie przypominał spacer po rozgrzanych węglach. Asfalcie który wprost parzył, do tego brak cienia, gąbek z wodą oraz lodu.

Jadąc do Nicei. nie jechałem po slota. Nie czuje się jeszcze na siłach aby tego dokonać, natomiast po zejściu z roweru, biegnąc przez strefę naliczyłem nie więcej niż 40 rowerów, co oznaczało że jestem w ścisłej czołówce ( startowało ponad 40 zawodników PRO z których już na trasie rowerowej sporo zostawiłem za sobą) –

postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę.
Medal zdobędę na pewno, teraz tylko kwestia czy będzie do niego ładny “żeton z palemką – idealny do wózka w markecie”. Tempo jakie sobie narzuciłem – 4:20 – udało mi się utrzymać przez około 30 km , ostatnie 12 km było już ciężką walką którą niestety przegrałem tracąc na tym odcinku około 10 minut do czasu który założyłem sobie na początku biegu.

 

Nicea jest pierwszym startem z którego jestem bardzo zadowolony – tu nie było przypadku, wszystko zostało zaplanowane a plan został zrealizowany w 110%. Kony nie ma, ale też jest zajebiś…….

Po raz pierwszy w historii jestem w pierwszej dziesiątce swojej kategorii oraz pierwszej pięćdziesiątce open będąc wyprzedzonym tylko przez 16 zawodników PRO.

Dodatkowo z tych zawodów przywiozłem olbrzymi plecak doświadczeń których nie zawaham się użyć na kolejnym pełnym dystansie. A tam będzie już walka o slota 🙂

image

 

image

 

image

Miękinia jak bumerang.

Jeszcze pięć lat temu po założeniu garmina każdy trening kończył się rekordem.
– pierwszy kilometr poniżej 6min/km
– pierwsze 10 km ( ooo to po kilku tygodniach )
– pierwsze 21 km ( to nawet po roku )

Obecnie wracając z treningu cieżko jest zaskoczyć samego siebie, nie wspominając już  o olbrzymiej bazie danych garmin connect – bo kto jak nie garmin i google wie o mnie najwięcej.

Coraz częściej do głowy przychodzą mi najdziwniejsze pomysły realizowania treningów ( trochę za sprawą trenara – a jak wiadomo trener ma zawsze racje 🙂 ) , trochę chcąc urozmaicić rutynę codziennego trenowania na tych samych trasach.
W ten weekend okazji ku urozmaiceniom było aż nadto. Najpierw Bike Maraton Miękinia przenoszący mnie z asfaltu  do krainy błota, a dzień póżniej zakładka w której główną cześć miał odegrać półmaraton rozgrywany również w Miękini.

Wraz z Mario – kolegą od upodleń – umówiliśmy się na poranny trening rowerowy tak aby prosto po zrobieniu pętli podjechać na start , zrobić szybkie T2 i ruszyć na 21 kilometrową trasę biegową.

Rower jak wiadomo to mój konik – jednak po starcie w maratonie MTB z tego konika wyszła raczej szkapa. Kręciło się bardzo ciężko a do tego te liczby na garminie –  załamywały !!!. Moc jak sprzed kilku lat ( nie wiem z jaką mocą wtedy jeździłem ale zapewne był to taki poziom) i bardzo wysokie tętno

to będzie ciężki dzień

Jaka szkoda, że nie wpadłem na pomysł aby skalibrować moc po wymianie baterii – zapewne nie załamywał bym się tak bardzo – tu człowiek uczy się całe życie.

Po 60 km w nogach przyszedł czas na szybkie T2, z tym szybkie to bym nie

przesadzał, ja byłem w totalnej rozsypce , gdy Mario już biegł na start ja sznurowałem nowe buty, w końcu na to w domu nigdy nie było czasu.

Na starcie spędziliśmy 30 sekund, udało mi się spotkać Olimpie , pomachać do Stacha i strzał.

Taka zakładka to zupełnie nowe doświadczenie, jeśli na rowerze tętno trzymałem w ryzach, tak teraz poszybowało ono w kosmos, a musiało bo trzeba było łapać Mateusza który wyrwał jak poparzony.
Od 2 kilometra – bo tyle zajęła mi pogoń za tym hartem, pracowaliśmy jak zgrany duet, częste zmiany, podciąganie się i motywacja a do tego równe trzymanie tempa.
Na 18 km spotkałem go , siedział sobie w rowie i czekał, tylko dlaczego właśnie na mnie  – Kryzys Kowalski.

Chwile z nim podyskutowałem o sensie dalszego biegu – każdy z nas miał inne zdanie na ten temat dlatego po kilkuset metrach rozstaliśmy się w gniewie…a niech sobie z kim innym pogada.

Te kilka chwil wystarczyło aby Mateusz odskoczył na 200 metrów. I znów czekała mnie mordercza pogoń. Jeśli ktoś uważa że 200 metrów to nic wielkiego , niech postara się po 19 kilometrach przyspieszyć o 15 sekund.

Tylko  dzięki uprzejmości Mateusza na 300 metrów przed metą biegliśmy już razem. Metry uciekały,  a my rozpoczęliśmy dyskusje jak przekroczyć metę. Pomysłów było kilka , każdy chciał być dżentelmen przepuszczając tego drugiego, ktoś ( dobrze wiemy kto ) krzykiem zasugerował aby złapać się za rączki.

Zamiast tego postawiliśmy na los – los szczęści – starając się przekroczyć metę razem. Tu szczęście uśmiechało się do mnie – do biegu wystartowałem sekundę za Mateuszem i to właśnie ta sekunda zaważyła – chodź i tak uważam że tego dnia pierwszeństwo należało się właśnie jemu 🙂

Po takiej zakładce nie mogę mieć sobie nic do zarzucenia.
Tempo biegu w granicach 3:50 daje dużo nadziei przed zbliżającym się startem w Ironamn Nicea. Dodatkowo nowa życiówka na półmaratonie – może tylko kilka sekund ale to zawsze coś 🙂 ( trasa o wiele łatwiejsza niż Ślężańska jednak w tym wypadku zmęczenie po zawodach i porannym rowerze nie pozwoliło na więcej mimo że głowa już widziała na zegarku te 1:19:59)

Święta święta i po … wadze

Święta mają to do siebie , że bardzo ciężko jest utrzymać jakikolwiek reżim.

image

Zmiana otoczenia, zmiana planu dnia a do tego przysmaki na stole. O ile łatwo było zapanować nad sobą przez pierwsze “postne” dni … o tyle po święceniu sprawa była już jasna  – FAT RAT Challenge należy odwołać lub przynajmniej wstrzymać na jakiś czas.

Rozleniwiony organizm zamiast trenować chciał spać, a od tego wietrzna pogoda nie zachęcała do wyjścia na rower. Całe szczęście, że ostatnie dni zrobiły się pogodne i słonecznie, umożliwiło to odebranie kilku KOM-ów lokalnym ścigaczom 🙂 w końcu to mój teren .. 🙂

 

 

 

image

Może to zabrzmi dla niektórych bardzo dziwnie ale przez prawie tydzień czułem zmęczenie po Półmaratonie Ślężańskim, czułem albo chciałem czuć bo było to idealne wytłumaczenie z jakiego powodu nie chce mi się iść na trening 🙂

 

Teraz najgorsze kila dni – ponowne wejście w rytm – całe szczęście, że powoli za oknem widać wiosnę, na początku jak to zawsze bywa będzie wietrznie, ale najważniejsze że za oknem już cieplej i jaśniej 🙂

Zając na wyłączność

Najważniejsze to mieć zająca

Pamiętaj że gdy ty gonisz jednych , drudzy gonią Ciebie.

W sporcie chyba to to już być musi 🙂

W tym sezonie do naszej grupy dołączył Michał, który już od samego początku ciągle mnie zaskakiwał. Na treningach biegowych jego przewaga była miażdżąca. Na treningach rowerowych nie potrafiłem zerwać go z koła, Na pływaniu  – ufff tu jeszcze musi się wypływać

Mistrzostwem było gdy na treningu kolarskim w Sobótce podczas podjazdy na Tąpadła wzięło mu się na opowiadanie historii – WTF – ja tu ledwo powietrze łapie. Gdy po delikatnej sugestii z mojej strony, że spokojnie może mnie wyprzedzić bo w końcu naszywka najszybszego kolarza w grupie to nie zakaz wyprzedzania. Wyjechał , odjechał i znikł …. nie czekał aż powtórzę mu to drugi raz.

To dało mi do myślenia – wnioski – nigdy nie biec na zawodach za Michałem. U mnie jednak świadomość i działanie to dwa zupełnie odrębne działy w mózgu które za bardzo nie lubią z sobą współpracować.
Całe szczęście że na dyszce nie widziałem Michała – a pewnie nawet gdybym go widział to spalił bym się po pierwszym kilometrze.

W Sobótce było już inaczej, po kilkuset metrach poczułem takie koleżeńskie poklepanie po lewym pośladku – niby przyjemne ale to było jak przepowiedzenie początku mojego końca.

O nie – utrzymam go za wszelką cenę – i przystąpiłem do działania ( świadomość chyba jeszcze spała) . Kilka pierwszych kilometrów mam go dosłownie na kilkanaście metrów przed sobą, potem kilkadziesiąt , kilkaset … no i na Tąpadłach już go nie widzę.

Teraz do akcji wkroczyła świadomość, świadomość, że jestem w połowie trasy i może pora pomyśleć jak tu przebiec drugą połowę.

Tu jednak zaczyna się ta przyjemniejsza część z górki, można było trochę nogi rozkręcić i wejść we własny rytm. W tym roku zbieg okazał się o wiele wiele przyjemniejszy niż w latach ubiegłych bo to na nim udało mi się dogonić wszystkich którzy odbiegli ode mnie na podbiegu.

Jak Basetk od 15 km starałem się kontrolować sytuacje – tylko po co skoro biegnie tu kilka tysięcy osób a pierwsze miejsca już są na mecie 😀

Po raz pierwszy po przekroczeniu linii mety nie chciałem więcej…czas mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Oczywiście Mario obstawiał go prawidłowo, a ja w obliczeniach dałem sobie zbyt dużą strefę komfortu.

Teraz nie pozostaje mi nic innego niż zakończyć tą startową piramidę z przytupem. Była dyszka , była połówka – to gdzie w weekend jest maraton ?

Wczoraj wiele osób pytało się jak to możliwe że po narodzinach dziecka przy 4 godzinnych nocach, można jeszcze tak biegać…sekret jest tylko jeden – codziennie świeże mleko 😀 Stach pije i rośnie – to co, mi ma nie pomóc.

 

www.gtrat.pl

10 -tylko czy aż?

Tradycją w GT RAT jest sprawdzenie się na początku sezony na dystansie 10km. Ten dystans jest idealnym testem biegowym pozwalającym bardzo dobrze ocenić w jakim stopniu przepracowaliśmy zimę. Tu już nic nie da się ukryć przed trenerami, a przede wszystkim innymi RAT-owcami 🙂

Na szczęście w naszej okolicy zwiększa się wybór imprez na tym dystansie. W odstępie tygodnia mieliśmy Wrocławską Dychę oraz Dziesiątkę WroActive.

Imprezy, które poza dystansem i fajną atmosferą są zupełnie od siebie różne.

Wrocławska Dycha mimo swojej wielkości jest imprezą nadal “rodzinną” i lokalną ( co jest jej olbrzymim plusem) a jej trasa biegnie po szutrowych ścieżkach.

Diesiątka WroActive to bieg na licencjonowanej 10 km bardzo szybkiej trasie biegnącej w okolicach Stadiony Miejskiego.

Nas jako biegaczy powinno to tylko cieszyć – w końcu dla każdego coś dobrego.

image

Dla mnie ten 10 kilometrowy  bieg to nie walka o wynik a sprawdzenie “parametrów” przed zbliżającymi się startami głównymi – oczywiście nie mam nic przeciwko jeśli wpada nowy rekord, jednak to nie jest głównym  założeniem tego biegu.

image

Jest już tradycją, że podczas WroActive wieje – dlatego nikt nie zwraca na to uwagi, w końcu trasa biegnie po odcinku więc tyle samo czasu wiatr przeszkadza co pomaga. Trasa należy raczej do płaskich i szybkich, występuje kilka wzniesień – no może przesadziłem to nie wzniesienia a zmarszczki na czole żony, której właśnie powiedzieliśmy ile kosztowały nasze nowe buty biegowe. Jedyną trudnością jest delikatny i krótki podbieg na 9 kilometrze – wytrawny biegacz pewnie nawet go nie odnotuje w swojej głowie.

Po przekroczeniu linii mety jak zawsze byłem zadowolony …. przez dobre 10 sekund. Chwile później zaczęło się analizowanie czy możliwe było złamanie 36 min … już wiem – TAK – ale nie w tym roku. Mimo, że biegłem z małym buforem bezpieczeństwa, to nie na tyle dużym aby wycisnąć z niego dodatkowe 39 sekund.

Dystans : 10 km
Czas 00:36:39

image

 

P.S.
Oczywiście nie ustrzegłem się błędów – teraz już wiem że chcąc robić takie czasy trzeba się ubrać na krótko 🙂 – człowiek uczy się całe życie.

 

image

IRONMAN Barcelona oczyma “weterana”

Zawody na długim dystansie niosą za sobą zawsze olbrzymie emocje. Niezależnie od tego czy jest to pierwszy czy setny start atmosfera jaka panuje wokół czerwonego M jest magiczna. Na kilka dni przed zawodami spora grupa osób chodzi jak na szpilkach, na innych działa to jak zegarek hipnotyzera – jedno jest pewne – nie da się przejąć obok tej imprezy obojętnie .

Przed pierwszym IM strach był tak ogromny, że nie mogłem w nocy spać, przed drugim ( na którym byłem tylko jako kibic) stresowałem się jeszcze bardziej niż Mariusz a na trzecim – na trzecim stało się coś dziwnego – byłem spokojny, dziwnie spokojny.

Przespałem wszystkie noce, sprzęt przygotowałem dużo wcześniej, sprawdziłem plan żywienia. Byłem spokojny do tego stopnia, że w dniu zawodów nie miałem konieczności korzystania z Toi-Toi , co w moim przypadku było naprawdę nie lada wyczynem.

Nie mam przepisu na spokój, w moim przypadku złożyło się na to wiele składowych:

– po pierwsze obecność przyjaciół z Grupy  Triathlonowej RAT
– brak nakręcania się na kilka dni przed startem
– odpowiednie podejście – jesteśmy na wakacjach, a start odbywa się przy okazji
– i to co chyba najważniejsze – dla mnie ten sezon był zrealizowany już w 100% a start w IM miał być tylko wisienką na torcie podzielonym na dwanaście kawałków między wszystkich IRON-RAT-owców

Swissman dał mi olbrzymią pewność siebie ale nie zrozumcie mnie źle. Nie biegam w koło opowiadając jaki to jestem najlepszy, bo tak się nie czuje. Nie opowiadam o tym  na każdym kroku, bo jeśli ktoś ma ochotę posłuchać, zapyta albo napisze do mnie bezpośrednio. Ta pewność siebie o której pisze przekłada się tylko w odniesieniu do zawodów. Na te kilka chwil przed wystrzałem. Po raz pierwszy w życiu nie bałem się wystrzału, byłem bardzo skupiony, każda kolejna minuta była zaplanowana, wiedziałem w czym jestem dobry, a na co muszę uważać.

O samych zawodach napisano już wiele dlatego skoncentruje się bezpośrednio na moim starcie.

Pływanie w morzu było wymagające – jeśli wcześniej nie pływało się w słonej wodzie i przy takich falach. Dla mnie to był szok, jednak nie tak straszny jak wcześniej o tym czytałem. Woda była słona – ale do przeżycia, język po godzinie spuchł – ale opuchlizna szybko zniknęła, były fale – ale trasa pływacka prowadziła po pętli, więc raz pomagały raz przeszkadzały. Podczas tego startu na uprzywilejowanej pozycji byli szybcy pływacy, gdyż z każda minuta wiatr wiał coraz silniej, dlatego ogromny szacunek dla osób z końca stawki.

Rower to moja mocna strona. Wiedziałem, że na tej trasie mogę ugrać bardzo wiele. Zaryzykowałem z doborem kół a dzięki Olimpius.pl miałem możliwość pojechać na dysku i to ryzyko się opłaciło. Dysk daje nie tylko 100 punktów do wyglądu PRO 😉 ale jest też “kartą przetargową” jeśli walczy się o wysokie pozycje. Sama trasa była ekstremalnie szybka, co na 177 km dało mi średnią prędkość 40km/h, która na innej trasie byłaby dla mnie nieosiągalna.  Dlaczego średnia ze 177? Gdyż właśnie na tym kilometrze trasy musiałem odstać swoje 5 min kary. Czy kara była słuszna, czy też nie to temat na innego posta. Jeśli spytacie więźniów za co siedzą – wszyscy odpowiedzą, że za niewinność, dlatego właśnie tłumaczenie mija się z celem. Swoje odsiedziałem i pojechałem dalej, kończąc część kolarską ze średnią 38,9 km/h (niby mała różnica a jednak) ;).

Bieganie w moim wykonaniu to była walka z motywacją a raczej jej brakiem. Próbowałem sobie też wmówić, że nie zniszczyłem nóg na ostatnich 30 km roweru kiedy usiłowałem odrobić 5 min straty… Nigdy tego nie róbcie 🙂 – nie da się odrobić tylu minut bez konsekwencji dla swojego organizmu.

Ostatecznie zrealizowałem 80% założonego planu – złamałem barierę 9:30 . Ten start dał mi  niesamowitą wiedzę z której teraz muszę wyciągnąć wnioski… i wdrożyć plan naprawczy 😉

Swissman 2015 – swim time

Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Mimo buforu czasu który sobie przyjęliśmy, praktycznie wszystko obywało się na „styk”. Człowiek wciśnięty o 3:00 nad ranem w strój triathlonowy i piankę  przestaje logicznie myśleć. Wszystkie czynności zabierają mu dwa razy więcej czasu, najprostsze decyzje wydają się być nie do rozwiązania a rozmowy ograniczają się do prostych zwrotów.

– Gdzie kask ?
– Nie wiem
– Chcesz batona ?
– Może
– Zimno Ci ?
– Hyyyyy…

T1 inne niż wszystkie na których do tej pory byłem, chodź pierwsze miejsce zawsze należeć będzie do Karkonoszman-a. Wszystko jak w zwolnionym tempie, nikt się nie spieszy , nikt nie goni. Garstka zawodników rozstawia sprzęt. Wiedząc o temperaturze jaka czeka na zawodników na pierwszej przełęczy nikomu nie przychodzi do głowy aby jechać w mokrym stroju. Wszyscy przygotowani są na przebieranie – jak się okazało pierwsze ale nie ostatnie tego dnia.

Kilometrowy spacer do przystani podnosi spokojne do tej pory tętno.  Gdy ostatni zawodnik wsiada na prom, a kapitan rozpoczyna odcumowywanie zapada cisza. Wszyscy wpatrzeni w mrok dopijają resztki izotoników zjadając przy tym energetyczne przekąski.

– Czy my naprawdę będziemy tak daleko płynąć?

Cztery kilometry z pokładu promy wydają się nie lada wyzwaniem. Mimo świadomości ile czasu powinno mi to zająć ogarnia mnie coraz większy strach. Pierwszy raz będę startował w kompletnych ciemnościach!

Nie ma odliczania do startu ani tłumu kibiców. Wchodzimy do wody i BBBOOOOOMMMMM!!!!!

Olbrzymia raca rozpoczyna ten długi dzień.

Pierwsze 200 metrów to walka o dobrą pozycję i typowa”pralka”. Po kilku minutach wypływamy za wyspę i sytuacja diametralnie się zmienia. Z każdą chwilą ilość osób wokół mnie maleje, aż po kilkudziesięciu metrach jestem zupełnie sam.

– Czy to ja tak źle nawiguje , czy może ludzie tak się rozpłynęli ?

Strach, strach i jeszcze raz strach – tylko po co tu się bać. Płynąłem, z każdym pociągnięciem ręki zbliżałem się do brzegu. Trzeba było zacząc myśleć o jednym – machać rękoma i płynąć jak najszybciej się da – a nawet jeśli z nawigacją mi nie pójdzie, stracę kilka minut – ale co to jest w stosunku do 16 godzin które planowałem zrobić. W oddali szczyty powoli rozświetlane są przez wschodzące słońce. Ten widok zmienia  strach w euforie. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że naprawdę się zaczęło…

Na horyzoncie powoli zarysowuje się czekający na nas tłum. Ostatnia korekta kierunku i po chwili moje stopy dotykają piasku. Wokół mnie nie ma nikogo. Kilka czepków zbliża się z lewej strony ale nadal mają ponad 200 metrów do brzegu. Już po plaży biegnie za mną Kuba, który w T1 pomaga mi się przebrać a następnie pakuje moje rzeczy i rusza do punktu na 30 km .

Nie mija 5 minut i wsiadam na rower.

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu w którym możliwe będzie spotkanie się ze mną.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami …

cdn.

Michał Kuczyński


Grupa Triathlonowa RAT

TriathlonCAMP