Kona dla każdego ?

Pisanie tego bloga przychodzi mi chyba najciężej ze wszystkich dotychczasowych wpisów. Zawsze gdy robię podsumowanie jakiegoś okresu lub startu kończę je słowami – “przechodzi do historii”.

W tym wypadku wypowiedzenie tej sentencji nie jest takie proste. Niby walczymy o realizację marzeń jednak gdy do tego dochodzi zaczynamy czuć ogromne zakłopotanie – w końcu co tu teraz robić.

 

Tak jest właśnie w moim przypadku. Zrealizowałem jak do tej pory moje najśmielsze marzenie. Po 7 latach od rozpoczęcia przygody z jakimkolwiek sportem, po zrzuceniu 20 kilogramów, założeniu rodziny, powiększeniu jej o Stacha – wystartowałem i ukończyłem Mistrzostwa Świata Ironman, a gdy tego było mało to zrobiliśmy to wspólnie z Olimpią.

Był to jeden z moich najdłuższych projektów które przyszło mi prowadzić – ciekawe czy mogę dopisać to do swojego CV ? 🙂

Jeśli udało Ci się przebrnąć przez ten filozoficzny początek to teraz będzie już z górki, czyli kilka faktów i danych jak na mnie przystało. Oczywiście nie wszystko uda mi się zawrzeć w jednym wpisie dlatego jeśli tym razem nie znajdziesz tego czego szukałeś … to może lepiej będzie za tydzień 🙂

Czy każdy może wystartować na Konie ? Przekornie powiem – że NIE.

Mimo iż flagowym hasłem Ironmana jest Anything is Possible to osobiście się z tym nie zgadzam. Według mnie  nie wszystko, nie zawsze i nie każdy – co wcale nie zmienia w bohaterów czy też Bogów tych którzy pojechali na Kone. Po prostu w przypadku tych 2600 zawodników rocznie wszystkie uwarunkowania zostały spełnione. Za pewne jest ich znacznie więcej niż te o których przeczytacie poniżej jednak to już start na Mistrzostwach Świata to coś więcej niż Bike Maraton.

Praca czy Talent – uważam, że bez ciężkiej pracy nikt na Konę się nie dostanie, ale tak samo bez talentu. Te dwie rzecz idą z sobą w parze. Znam osoby które mogą poświęcić całe życie, zwolnić się z pracy, wydać majątek na treningi i starty a i tak nigdy nie zakwalifikują się na Kone – powodem nie jest brak zaangażowania czy chęci – powodem jest brak talentu do sportu.  To tak jakbyście wystawili mnie do Tańca z Gwiazdami – możecie dać mi najlepszych nauczycieli, nauczę się kroków, będę rozróżniać gatunki i style …. a i tak nie zatańczę w takt. To czy ma się talent na “Kone” widać bardzo szybko trzeba tylko popatrzeć na siebie z boku lub oczami trenera.

Pieniądze – to zawsze temat tabu. W Polsce nikt nie wie ile kto zarabia a powiedzenie ile kosztują zawody spotyka się z falą ogromnej krytyki szczególnie tych którzy dwa razy takie kwoty wydają rocznie na papierosy. Ale do rzeczy – Kona tania nie jest. Najpierw kwalifikacje czyli statystycznie kilka startów w Ironman , a przepraszam najpierw rok dwa treningu i wydatki na sprzęt, obiekty, trenera dopiero później starty w zawodach i wymarzona kwalifikacja. Kwalifikacja zdobyta i co dalej – trzeba za nią zapłacić a to dopiero początek wydatków 🙂 bo dostanie się na miejsce i pobyt tam do najtańszych nie należą.
Dlatego jeśli jesteś w stanie poświęcić dobrej klasy samochód aby wystartować na Konie to znaczy, że jesteś o krok bliżej startu. ( oczywiście rozłożone jest to w czasie, można zrezygnować z wakacji przez ostatnie 7 lat, wymiany samochodu, telewizji kablowej itp.)

Praca – nieliczni mogą pozwolić sobie aby trenować i nie pracować, większa grupa może pracować około 4h dziennie i trenować jednak największą grupą są ludzie na pełnym etacie którzy muszą połączyć 40h tydzień pracy z 15h tygodniem treningowym. Czy to jest normalne – oczywiście że nie ale w triathlonowym świecie to jedne z wielu przykładów tego jak bardzo potrafimy się zatracić w dążeniu do celu. I teraz bolesna prawda – jeśli pracujesz na pełen etat, dojeżdżając do pracy spędzasz w samochodzie 2 godziny dziennie, a do tego twój plan to około 12h tygodniowo, chcesz normalnie się wysypać 7h dziennie ( i błagam was nie komentujcie ze 6h wam wystarczy – przy takich obciążeniach treningowych regeneracja to podstawa, jeśli tego nie robicie to coś ucierpi a do wyboru macie cztery rzeczy – rodzina , praca , trening i zdrowie) to na życie rodzinne, zakupy i sprawy około egzystencjalne pozostaje Ci 3 godzinny dziennie , w weekendy bywa lepiej ale po ciężkich i długich sesjach treningowych jest się tak zmęczonym, że czas szybciej leci 🙂 Tylko pamiętaj, szanuj pracę bo dzięki niej stać Cię na tą zabawę 🙂

Czas – to coś czego zawsze brakuje i czego kupić się nie da, dlatego jeśli chcesz robić progress musisz nauczyć się go szukać. Czy potrafisz zrezygnować z części znajomych? Czy potrafisz zrezygnować z innych zainteresowań na rzecz twoje nowej i od teraz jedynej słusznej pasji? Czy pozbywając się telewizora przeżyjesz bez Klanu i Złotopolskich? Jeśli TAK – to znaczy, że masz kolejny element układanki

Rodzina –  jest darem o który należy dbać i go pielęgnować. Zaniedbanie jej nie tylko prowadzi do domowych konfliktów zbrojnych ale też w bardzo negatywny sposób wpływa na efekty twojej sportowej pracy. I to nie żart, nie da się zastąpić swojej rodziny rodziną Ironman-a – chodź przypominając sobie  zawodników na Konie którzy M-ke mieli wytatuowaną prawie na czole zaczynam chyba wątpić w to stwierdzenie. Dlatego zanim zaczniesz walkę o Mistrzostwa, zanim zrobisz pierwszy treningowy kilometr przedstaw swój plan najbliższym – oni nie tylko muszą go zrozumieć ale też zaakceptować – To nie Korea Północna i wrażenie tak olbrzymiej życiowej zmiany na siłę na pewno spotka się z dużą dezaprobatą – nawet jeśli do tej pory twoja połówka była bardzo potulna i spokojna.
Dodatkowo to właśnie rodziny będziesz potrzebował w tych najcięższych okresach przygotowania kiedy wracając z treningu dobrze mieć przygotowany zdrowy obiad a idąc spać nikt nie będzie Ci suszył głowy o nie wymyte podłogi..  Masz pieniądze, pracę , czas i rodzinę , no to jedziemy dalej.

Zdrowie – Ostatnim elementem układanki jest zdrowie. Najczęściej myślimy o nim dopiero jak się posypie. Ale to właśnie od niego zależy to czy uda nam się przetrwać ten morderczy okres walki o slota i przygotowań do Mistrzostw. NIe jestem od tego aby wam pisać jak się badać, co badać i na co zwracać uwagę bo akurat żaden ze mnie autorytet w tym temacie – po prostu zadbajcie o nie.

Szczęście – po co mi szczęście jak ciężko pracuję , mam talent , stać mnie na starty, praca mi na to pozwala a rodzina mnie wspiera ? Szczęście według mnie potrzebne  jest po to aby zgarnąć slota. Bo mimo super przygotowanej formy życia , na zawodach może zdarzyć się wszystko – począwszy od pojawienia się czarnego konia, który Cię pokona skończywszy na złapaniu gumy. Dlatego jeśli ktoś mówi że szczęście nie ma znaczenia to znaczy że nigdy na zawodach nie miał pecha.

Zapoznaliście się z częścią moich elementów układanki – oczywiście jest ich znacznie więcej ale coś muszę zostawić dla siebie 😀 lub po prostu was nie zanudzić….

W kolejnej odsłonie przygotowania i podróż, bo te elementy okazały się cięższe niż sam start.

Legalny doping

„Jak jechać aby dać z siebie wszystko na rowerze  a na bieganie pozostawić odpowiednią ilość sił ?”  – to  odwieczne pytanie każdego triathlonisty.
Czy to jest w ogóle możliwe ?
Oczywiście, że tak – dowodem na to są czasy biegowe zawodników PRO – wielu z nas chciało by mięć takie życiówki na zawodach biegowych – Maraton w 2:40 !!!!

Schemat moich pierwszych startów zawsze był taki sam :
– pływanie na przeżycie
– rower w trupa
– biegnę ile mogę, potem idę, starając się stracić jak najmniej czasu z tego co wypracowałem na rowerze.
Oczywiście jest to jakieś rozwiązanie , założony efekt może uda się nam osiągnąć.
Wydaje mi się, że stosując ten schemat najbardziej ucierpi nasza regeneracja,  która zajmie dużo więcej czasu. Nie wspominając o odczuciach po przekroczaniu linii mety w stanie agonalnym.

Po kilku sezonach przyszła pora na zmianę. 3 lata temu do moich treningów zawitał pomiar mocy (Garmin Vector). Nie ukrywam, że nauka jazdy na mocy, szczególnie podczas zawodów zajęła mi dobre kilka miesięcy, jednak już po pierwszych startach widać było zmianę schematu:
– pływanie na przeżycie
– rower z pilnowaniem watów
– mocny bieg do samego końca.
co najważniejsze moje czasy, oraz samopoczucie po starcie zaczęły się poprawiać.

Jak pilnować watów

Sprawa wydaje się prosta – jedziesz patrząc na cyferki która powinny utrzymywać się w założonych widełkach – banalne.  Jednak w rzeczywistości wahania mocy mogą doprowadzić Cie do szału. Raz 150 raz 400W – i jak tu jechać równo. A dodatkowo skąd mam wiedzieć jaką mocą jechać podjazd , a jaką zjazd.  Jechanie równą mocą w terenie zaczyna wydawać się niemożliwe – i właśnie takie jest .
A jeśli coś jest niemożliwe lub ciężkie to na pewno znajdzie się ktoś kto napisze aplikacje ,która z niemożliwego zrobi możliwe i jeszcze na tym zarobi.

Tak pewnie powstał BestBikeSplit – aplikacja która pozwala nam zaplanować rozłożenie mocy na trasie kolarskiej a dodatkowo przy wykorzystaniu odpowiednich urządzeń możemy widzieć live jaką mocą powinniśmy jechać.

Czy stosowałem ten sposób – oczywiście, że tak – jednak tylko na długim dystansie . Nie jest to doping a pomaga prawie równie dobrze 🙂

Na Ironman pilnowałem się do tego stopnia, że różnica pomiędzy założoną a osiągniętą mocą wynosiła +/- 2% a czas na zawodach praktycznie pokrywała się z czasem jaki wyliczyła mi aplikacja co w walce o slota wydaje się naprawdę istotną rzeczą. Bo schodząc na bieganie dobrze wiesz jakie są Twoje rezerwy i jak bardzo możesz podkręcić swoje tempo.

Można tez nie wybierać drogi na skróty i po prostu jeździć, jeździć i jeździć… po jakimś czasie nasze ciało samo wie kiedy można przycisnąć a kiedy należy odpuścić i do pełni szczęścia potrzebne są tylko 3 liczby których powinniśmy się trzymać – moc na podjeździe , zjeździe i płaskim odcinku – w końcu każda trasa kolarska składa się tylko z tych trzech elementów 🙂

Pomiar mocy moim zdaniem jest jedną z najlepszych inwestycji w rower. Przekonacie się o tym już po pierwszym treningu.

 

 

 

 

Rozdział zamknięty

Czas definitywnie zakończyć poprzedni sezon. Dość wspominania. Przede mną jeden z najważniejszych startów w moim życiu.

Pierwsze Mistrzostwa Świata zawsze pozostaną w pamięci – niezależnie od miejsca i czasu z jakim wrócę, dla mnie będzie to olbrzymi zaszczyt ścigać się na tej wyspie, o której tyle czytałem i którą tyle razy widziałem na motywacyjnych filmach z serii – „Anything is Possible”

Wielokrotnie zabierałem się za podsumowanie sezonu,  jednak liczby które miałbym zaprezentować nijak mają się do osiągnięć Michała Podsiadłowskiego czy też Marcina Koniecznego – ale w końcu może nie muszą. Panowie to nadal nie moja liga i  teraz raczej walką będzie o pozostanie w ich pobliżu niż o triumfalne wyprzedzenie ich na jakiś zawodach.
Moim głównym celem na Kone jest przede wszystkim dobrze się bawić … no i  jak najbardziej zbliżyć się do czasu Michała –  nie mogę oprzeć się tej odrobiny męskiej rywalizacji;).

Wracajmy do faktów :
W 2017 miałem dwa starty główne :
– Karkonoszman
– Ironman Wisconsin
Tak też planowane były moje szczyty ( a raczej pagórki) formy. Tu  muszę przyznać, że mimo iż bardzo często przestawiałem sobie cześć treningów – co doprowadzało trenera do szewskiej pasji-  to i tak udało się Kubie osiągnąć zamierzony cel. Chodź  przez moje zmiany raz za razem wdrażał plan naprawczy do planu naprawczego poprzedzony planem ostatniej szansy i planem ratunkowym – wniosek na ten sezon  – nie mieszać samemu w planie przygotowanym przez trenera ( a jeśli już mam taki zamiar –  to warto to z nim ustalić przed a nie po fakcie 🙂

Kolejnym największym błędem jaki popełniłem było skupienie się na dyscyplinie która i tak szła mi najlepiej – kolarstwie. Ta nieprzemyślana decyzja kosztowała mnie dobre kila pozycji na Ironman ( tempo pływackiego spadło o około 10s na 100m – a to już są cenne minuty jeśli macie zamiar walczyć o miejsce)

W skali roku tylko kilkukrotnie osiągnąłem poziom 1000 TSS tygodniowo – co dla zwykłego śmiertelnika znaczyć może tylko jedno : w tym okresie trenowałem około 20h  tygodniowo. Patrząc na piki TSS bardzo łatwo wywnioskować kiedy byłem na obozie oraz kiedy był Karkonoszman i IM Wisconsin ( tygodnie poprzedzające starty to piki TSS)

Sam byłem zaskoczony ilościami godzin spędzonymi na treningach … więc pewnie was też to zaskoczy . Średnio w ciągu roku to 11h tygodniowo.
Jedyny wniosek jaki przychodzi mi do głowy to fakt, iż był to już mój 6 sezon ( przy naprawdę mocno przepracowanych poprzednich pięciu). To zapewne pozwoliło mi utrzymać, a nawet podnieść formę przy zmniejszeniu ilości treningów .

Zapewne też (z uwagi na Stacha i mniejszą ilość dostępnego czasu) moje treningi stały się  dużo bardziej efektywne i większość była realizowana na poziomie 0,75 -0,8 IF – co znaczyło by, że zmądrzałem 😉 – czyżby to było możliwe :)?!

W tym roku moje roztrenowanie było najdłuższe w całej mojej sportowej historii.
Ponad 3 miesiące praktycznie nic nie robienia – psychicznie bolało, ale fizycznie było bardzo potrzebne. W końcu trenowanie przez 6 lat nie pozostaje bez pływu na zmęczenie organizmu, zmęczenie  które potrafi kumulować się miesiącami a moim zdaniem nawet latami.
Nadal czuje się dużo słabszy niż w tym samym okresie w roku ubiegłym , chodź liczby pokazują że rok temu byłem na tym samym poziomie.
Moje techniczne wykształcenie karze wierzyć liczbom 🙂


Różnicą która w ubiegłym roku wyniosła mnie na zupełnie inny poziom a w tym roku jej zabraknie był Triathloncamp Majorka … domowymi sposobami przy naszym klimacie nie da się osiągnąć takiego poziomu w tak krótkim czasie ( chyba że jest się Sandersem i kocha się trenażer i bieżnie)

Nie składam jednak broni. Na horyzoncie Kona , a czas ucieka nieubłaganie.

 

Swissman 2015 – RatRide

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu, w którym możliwe będzie spotkanie.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami. Mimo moich obaw wynikających z lęku przed źle oznakowaną trasą  na każdym skrzyżowaniu stał policjant wskazujący drogę oraz dający mi pierwszeństwo przejazdu.

Skupiony na kadencji i mocy nawet nie zauważam pierwszego punktu, na który dosłownie sekundy przed moim przejazdem przyjechał mój support car. Całe szczęście, że był to dopiero 30 km trasy więc wody i jedzenia miałem jeszcze pod dostatkiem.

Zgodnie z profilem trasa przez pierwsze 50 km powinna być bardzo prosta , z dosłownie 2%-4% średnim wzniesieniem na całej długości – okazało się jednak że na profilu nie było widać dziesiątek hopek, które wypączkowały dosłownie  znikąd – ale jak miało być je widać skoro tyż obok nich na papierze  znajdował sie 40 km podjazd . Przy takim kolosie te hopki wydawały się być jedynie małymi zmarszczkami –na pierwszych kilometrach to  nie wysokość ale ilość dała się we znaki.

Na takich zawodach zawsze musi wiać – ale dlaczego zawsze w twarz ?

Do 30 km trasa rowerowa wiodła u południowego podnóża Alp – mimo czołowego wiatru temperatura była wprost idealna na poranne ściganie – szczególnie, że miałem na sobie suchy strój rowerowy co dawało mi dodatkowy komfort termiczny.

Wystarczył jeden zakręt aby ta sielanka dobiegła końca. Zimne podmuch wiatru, krople wody dosłownie znikąd a do tego ciemne niebo w oddali uświadamiało mi że już niebawem czeka mnie mocna wspinaczka.

Po 50 km zapala mi się rezerwa – w bidonach widać dno a ostatni baton zostaje właśnie pochłonięty. To wszystko należało przewidzieć kilka dni wcześniej. Na szczęście to wszystko było częścią naszego planu . Po kilku minutach widzę w oddali setki ludzi czekających na swoje zespoły – a wśród nich mój support team. Poczułem się jak zawodnik F1. Bez zbędnych słów oraz mojego zaangażowania bidony zostały wymienione, batony wylądowały w kieszeniach a od trenera otrzymałem niezbędne uwagi.

Jeszcze klocki hamulcowe nie wystygły a ja już mogłem pędzić dalej.

Jak ważny był ten punkt świadczyć może fakt , że od tego momentu praktycznie aż do szczytu pierwszej przełęczy byłem zdany sam na siebie.

Z każdym pokonywanym kilometrem spadała temperatura , słońce powoli ustępowało miejsca chmurom a przypadkowe do tej pory krople deszczu przeradzały się w deszcz. Na domiar złego gdy wjechałem na 5 kilometrowy odcinek z kostki brukowej o średnim nachyleniu 13% silny  wiatr postanowił utrudnić mi zadanie.

Do szczytu jeszcze około 40 min, mimo mocnego kręcenia moje ciało coraz szybciej się wychładza, chwilami deszcze przechodzi w śnieg z deszczem oraz grad.  W tym momencie w moje głowie była pustka przestałem odczuwać przeszywający chłód, przestałem zastanawiać się ile jeszcze mam do pokonania, przestałem dodawać czas i liczyć minuty, cały cukier trafiał do pieca aby zasilić moje nogi – głowa została wyłączona.

Wiedziałem jedno , gdzieś tam na 2200m są oni – gdzieś tam w chmurach. 

Przełęcz to nic innego jak strefa zmian  która była mistrzostwem w wykonaniu   Kuby i Rafała. Nim się obejrzałem jedzenie i picie było na miejscu ja dopinałem ostatni zamek mogąc  ruszać w drogę.
Na zjeździe we mgle i padającym deszczu ze śniegiem doceniłem mój nowy nabytek – kask Casco z Olimpius.PL z pomarańczową szybką – przyznaje ze dał mi on olbrzymią przewagę na zjazdach nad osobami używającymi standardowych okularów. Teraz już widziałem jak czują się kierowcy F1 jadący w deszczu 🙂 Szybka nie parowała , idealnie odprowadzała wodę, zwiększała widoczność a dodatkowo dawała mi ochronę przed gradem, którego uderzenia były bardzo odczuwalne.

Strach na szybkim zjeździe szybko ustąpił miejsca uczucie przeszywającego zimna, to właśnie zimno pchało mnie aby nie zwalniać jechać jeszcze szybciej wypatrując kolejnego podjazdy na którym będę mógł się choć trochę ugrzać.

Kolejna przełęcz to dodatkowe 300m wysokości i 3 stopnie mniej na termometrze. Chciałbym napisać jak piękne były widoki , jak wspaniale się czułem i jak bardzo polecam to miejsce – i pewnie bym tak napisał gdyby nie brak widoczności , bolące nogi i własne palce na  które  musiałem patrzeć hamując bo nie do końca byłem pewien czy klamki się zaciskają czy nie.

Trzecia a zarazem ostania przełęcz mimo swojego stromego podjazdu wyryła się w mojej pamięci jako ta najlżejsza. Może świadomość zbliżającego się końca części rowerowej, 30 kilometrowego zjazdu, albo co ważniejsze wysokiej 25 stopniowej temperatury jaka czekała na mnie w T2 zmazała wszystkie negatywne myśli.

Support GT RAT i TriathlonCamp jak zawsze w pełnej gotowości czekał nam nie na górze. I tak samo szybko jak ostatnio byłem znów na rowerze.

To uczycie gdy wchodzi się przemarzniętym do domu , wkładając ręce do letniej wody a one szczypią – tak strasznie szczypią. Dla mnie to szczypanie oznaczało tylko jedno – robi się cieplej.  Po około 20 min, zjeżdżając ubrany na cebulkę zaczynam rozpinać kolejne warstwy. Na 5 km przed T2 wyglądam jak powiewająca flaga – zatrzymanie się nie wchodzi w grę – a nawet jeśli, to co ja bym zrobił z taka ilością ubrań : )

T2 to strefa jakich mało – jedna toaleta , mały namiot oraz parking dla support …

 

Foto:

Michał Kuczyński

Swissman 2015 – How stories began

Ostatnie metry  postanowiłem spokojnie iść , za mną nie było widać nikogo, przede mną ostatnie 100 metrów podejścia do linie mety

– Lecimy dawaj Michał!
– Jeśli mam na ta metę wbiec to teraz muszę iść.

Jeszcze nigdy zadowolenie nie narastało we mnie tak szybko. Każdy krok w stronę mety rozszerzał mój uśmiech – te mięśnie muszą być jakoś połączone.  Po chwili nastąpił niesamowity przypływ energii. Z marszu przeszedłem w równy bieg, który nie sprawiał mi najmniejszego problemu. W tej jednej chwili , w tej jednej sekundzie czułem, że byłbym w stanie przenosić góry.

Nim organizator zdążył do mnie podejść byłem otoczony przez mój support. Chłopaki chyba tak samo jak ja nie do końca wierzyli w to co się stało.

– Michał coś ty narobił!
– Człowieku ale urwałeś!
– Przecież nikt nam nie uwierzy! – przekrzykiwali się nawzajem.
– Panowie przestańcie, to chyba nic takiego… Jestem na mecie, udało się ukończyć – to najważniejsze.

7 miesięcy wcześniej.

W dniu moich urodzin opublikowano listę uczestników Swissman Extreme Triathlon 2015. Marzenie, które do tej pory wydawało się być bardzo odległe a nawet nieosiągalne stało się celem, który przy pomocy ciężkiej pracy może uda mi się zrealizować.

Po rozmowie z trenerem postanowiliśmy, iż przez większość czasu będę  realizował plan przewidziany dla grupy zaawansowanej GT RAT i dopiero na kilka tygodni przed startem zwiększę objętość aby przyzwyczaić organizm do specyfikacji zawodów.

Decyzja ta szybko przyniosła pozytywny rezultat w postaci nieocenionej motywacji! Na treningach nie byłem sam! Za każdym razem towarzyszyli mi przyjaciele z grupy.

Swissman to kosztowna przyjemność dlatego inwestycja w sprzęt nie wchodziła w grę. Na szczęście dzięki pomocy Olimpius.pl dotarła paczka z Garmin VectorS.

Pomiar mocy napisał nowy rozdział w moich treningach pokazując ułomność treningów opierających się na tętnie. Oczywiście na pewnym poziomie tętno jest równie dobre a nawet w 100% wystarczające, jednak balansując na granicy możliwości pomiar mocy pozwala ją delikatnie przesunąć.

Przygotowanie fizyczne to jedna strona medalu. Seria AllXtri charakteryzuje się tym, iż każdy zawodnik w dniu zawodów musi sam zadbać o zorganizowanie sobie transportu rzeczy z T1 do T2 , bufetów oraz supportu który obowiązkowo towarzyszy mu podczas ostatnich 10 km biegu.

Decyzja kto jedzie była dokładnie przemyślana. Każdy z czteroosobowej ekipy miał inne cele do zrealizowania.

Rafał był odpowiedzialny za logistykę.
Olimpia i Kuba jako główny support to odżywianie i motywacja
Michał przygotowanie relacji foto i rozładowywanie atmosfery.

Jeśli ktokolwiek z Was będzie startował w jednej z imprez  Xtri– życzę abyście mieli tak zgrany i profesjonalnie przygotowany support jak mój :).

W listopadzie dokonałem rezerwacji noclegów. Od tego czasu można było skoncentrować się już tylko na trenowaniu.

Tygodnie mijały jak dni, długie weekendowe treningi dodatkowo je przyśpieszały. Nim się obejrzałem nadszedł testowy start w Sierakowie a zaraz po nim wyjazd do Szwajcarii.

Już nie było odwrotu. Na dwa dni przed startem o 4:00 nad ranem ruszyliśmy w drogę. 10 godzin później byliśmy w Szwajcarii. Mijając ostatnią przełęcz pogoda diametralnie się zmieniła. Z padającego całą drogę deszczu wjechaliśmy w 30 stopniowy upał. Ascona to piękne miasteczko z klimatem bardziej śródziemnomorskim niż alpejskim – na skwerach rosną palmy, a w przydomowych ogródkach bananowce i mandarynki.  Wakacje(!) – tylko ta myśl przychodziła mi do głowy – właśnie tak się czułem.

Na kilka godzin przed startem wszyscy uczestnicy zawodów oraz ich support stawili się na obowiązkowej odprawie . W małej sali gimnastycznej poddenerwowanie sięgnęło zenitu z chwilą gdy organizator pokazał nam slajd z pogodą.  Całodniowe opady deszczu , silny wiatr, a na przełęczach możliwy śnieg i minusowa temperatura. To zupełnie nie pasowało do naszych wyobrażeń.

21:00 ostatni posiłek i znów pizza –  chyba dziesiąta w tym tygodniu 😉

Zanim dotarliśmy do campingu prognoza pogody powoli zaczynała się sprawdzać. W dolinie ciężko o temperatury oscylujące w okolicach zera, ale silny i porywisty wiatr oraz wzburzone jezioro zwiększały i tak już wysoki poziom stresu.

Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Mimo buforu …

cdn.

https://www.facebook.com/pages/Love-What-You-Do

https://www.facebook.com/GrupaTriathlonowaRAT