Triathlon Karkonoski – czyli wycieczka po górach

Historia „Nowy Domek w Karkonoszach” wielokrotnie obiegła internety, i muszę przyznać , że ilekroć ja słyszę wprawia mnie ona w dobry nastrój – w końcu takie to prawdziwe.

Triathlon Karkonoski jest jak ten Nowy Domek,  z tej imprezy są takie fajne zdjęcia, każdy rozpisuje się, jak dobrze by było na niej wystartować, jest loteria … uuuu to na pewno musi być coś bardzo prestiżowego – wchodzę w to, najpierw się zapisze a później będę się martwił.

Cała euforia mija gdy po znalezieniu się na liście startowej i opłaceniu startu sprawdzasz profil trasy, albo i nie bo w końcu czym różni się ten start od innych, ma być trochę po górach to poćwiczę podjazdy na estakadzie nieopodal, a bieganie w parku bo podobno tam tylko kawałek jest po asfalcie.
Jeśli takie jest twoje podejście do tych zawodów – to już wiesz, że nie są one dla Ciebie.
Karkonoszman  to ciężka przeprawa która potrafi zająć od 5 do nawet 9 godzin !!! a jeśli treningi odbywały się tylko na estakadzie i w parku to bądź pewien, że raczej bliżej 9 godzin a szansa na DNF jest znacznie większa niż na ukończenie.

Jednak jeśli należysz do tej drugiej grupy, mającej świadomość z czym przyjdzie się im zmierzyć, trenującej w górach lub przynajmniej raz wcześniej pokonującej tą trasę ,  to ostrzegam – ten start jest niebezpieczny – niebezpiecznie uzależniający.
Żaden inny triathlon nie dostarczy Ci tylu emocji. Na Śnieżce jeszcze nogi będą czuły ostatnie metry podejścia a w Twoje głowie zacznie kiełkować ten szalony pomysł kolejnej edycji.
Będąc w Śląskim będziesz już planował i analizował co zrobiłeś nie tak i gdzie w przyszłym roku urwiesz kolejne minuty – tak – to jest właśnie esencja  Karkonoszmana

Tyle wstępu , teraz czas na moją krótką analizę.

Po raz pierwszy wchodząc do wody nie czułem zimna, mógłbym powiedzieć, że było mi nawet przyjemnie ciepło, jak w Poznaniu w ubiegłym sezonie – dlaczego wspominam ten start – bo właśnie wtedy po raz pierwszy odwodniłem się w wodzie – brzmi to irracjonalnie a jednak. Mocne pływanie jak na mnie , gruba pianka, ciepła woda – to idealny przepis aby po 30 minutach wiedzieć że na tych zawodach to powalczyć będę mógł – ale tylko o ukończenie.
Popełniłem pierwszy ale najważniejszy błąd – nie wyciągnąłem wniosków i nie słuchałem organizmu. Po okrążeniu bojko-łodzi rozpocząłem próby wychłodzenia się nabierając pod piankę wodę. Spowalniała mnie to znacząco jednak to był jedyny pomysł który przyszedł mi do głowy – a może trzeba było pić więcej wody z jeziora ?  Pomagało na chwile jednak nie rozwiązało problemu.

Po wyjściu na rower moje tętno szalało przez przeszło 30 km.  Na liczniku marne waty jak na rozjeździe a tętno jak na teście FTP – ależ ja byłem ugotowany. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego jak starać się jechać wolniej i nadrabiać deficyt płynów, co patrząc na temperaturę i zbliżające się podjazdy wydawało się niemal niemożliwe.
Mimo fatalnych jak na mnie watów melduje się drugi w T2 – przynajmniej tu obroniłem pozycje z ubiegłego roku. Teraz  jednak nie dysponuję taką przewagą czasową.  Rozsądek wygrywa i zakazuje dalszej rywalizacji w walce o podium . Nie abym się poddał – to do mnie nie podobne – nadal próbowałem biec ale już spokojnie w drugiej strefie bez szarpania.

Z łezką w oku patrzyłem jak mijają mnie kolejni zawodnicy, moja głowa została zmiażdżona gdy na zbiegu przy tempie 3:50 wymija mnie zawodnik lecąc jak kozica 3:10,  aby na końcu przeskoczyć leśny szlaban tak jakby to był kij na wysokości 5 centymetrów a nie metalowa rura na wysokości 1 metra –  ale spokojnie spisałem sobie wszystkie nazwiska i za rok się odkuję 🙂

Na mecie melduje się na 6 pozycji. Po raz pierwszy nikt nie musi mnie łapać, na mojej twarzy zamiast bólu jest uśmiech. Do podium straciłem około 10 minut – czy mógłbym powalczyć – oczywiście, że tak – walczyć zawsze można, jednak nie zawsze warto w końcu jesteśmy tylko amatorami.

Wnioski wyciągnięte – czas pomyśleć o cienkiej piance ze środkowej półki 🙂 chyba zbliża się kolejny wydatek.