Kona dla każdego ?

Pisanie tego bloga przychodzi mi chyba najciężej ze wszystkich dotychczasowych wpisów. Zawsze gdy robię podsumowanie jakiegoś okresu lub startu kończę je słowami – “przechodzi do historii”.

W tym wypadku wypowiedzenie tej sentencji nie jest takie proste. Niby walczymy o realizację marzeń jednak gdy do tego dochodzi zaczynamy czuć ogromne zakłopotanie – w końcu co tu teraz robić.

 

Tak jest właśnie w moim przypadku. Zrealizowałem jak do tej pory moje najśmielsze marzenie. Po 7 latach od rozpoczęcia przygody z jakimkolwiek sportem, po zrzuceniu 20 kilogramów, założeniu rodziny, powiększeniu jej o Stacha – wystartowałem i ukończyłem Mistrzostwa Świata Ironman, a gdy tego było mało to zrobiliśmy to wspólnie z Olimpią.

Był to jeden z moich najdłuższych projektów które przyszło mi prowadzić – ciekawe czy mogę dopisać to do swojego CV ? 🙂

Jeśli udało Ci się przebrnąć przez ten filozoficzny początek to teraz będzie już z górki, czyli kilka faktów i danych jak na mnie przystało. Oczywiście nie wszystko uda mi się zawrzeć w jednym wpisie dlatego jeśli tym razem nie znajdziesz tego czego szukałeś … to może lepiej będzie za tydzień 🙂

Czy każdy może wystartować na Konie ? Przekornie powiem – że NIE.

Mimo iż flagowym hasłem Ironmana jest Anything is Possible to osobiście się z tym nie zgadzam. Według mnie  nie wszystko, nie zawsze i nie każdy – co wcale nie zmienia w bohaterów czy też Bogów tych którzy pojechali na Kone. Po prostu w przypadku tych 2600 zawodników rocznie wszystkie uwarunkowania zostały spełnione. Za pewne jest ich znacznie więcej niż te o których przeczytacie poniżej jednak to już start na Mistrzostwach Świata to coś więcej niż Bike Maraton.

Praca czy Talent – uważam, że bez ciężkiej pracy nikt na Konę się nie dostanie, ale tak samo bez talentu. Te dwie rzecz idą z sobą w parze. Znam osoby które mogą poświęcić całe życie, zwolnić się z pracy, wydać majątek na treningi i starty a i tak nigdy nie zakwalifikują się na Kone – powodem nie jest brak zaangażowania czy chęci – powodem jest brak talentu do sportu.  To tak jakbyście wystawili mnie do Tańca z Gwiazdami – możecie dać mi najlepszych nauczycieli, nauczę się kroków, będę rozróżniać gatunki i style …. a i tak nie zatańczę w takt. To czy ma się talent na “Kone” widać bardzo szybko trzeba tylko popatrzeć na siebie z boku lub oczami trenera.

Pieniądze – to zawsze temat tabu. W Polsce nikt nie wie ile kto zarabia a powiedzenie ile kosztują zawody spotyka się z falą ogromnej krytyki szczególnie tych którzy dwa razy takie kwoty wydają rocznie na papierosy. Ale do rzeczy – Kona tania nie jest. Najpierw kwalifikacje czyli statystycznie kilka startów w Ironman , a przepraszam najpierw rok dwa treningu i wydatki na sprzęt, obiekty, trenera dopiero później starty w zawodach i wymarzona kwalifikacja. Kwalifikacja zdobyta i co dalej – trzeba za nią zapłacić a to dopiero początek wydatków 🙂 bo dostanie się na miejsce i pobyt tam do najtańszych nie należą.
Dlatego jeśli jesteś w stanie poświęcić dobrej klasy samochód aby wystartować na Konie to znaczy, że jesteś o krok bliżej startu. ( oczywiście rozłożone jest to w czasie, można zrezygnować z wakacji przez ostatnie 7 lat, wymiany samochodu, telewizji kablowej itp.)

Praca – nieliczni mogą pozwolić sobie aby trenować i nie pracować, większa grupa może pracować około 4h dziennie i trenować jednak największą grupą są ludzie na pełnym etacie którzy muszą połączyć 40h tydzień pracy z 15h tygodniem treningowym. Czy to jest normalne – oczywiście że nie ale w triathlonowym świecie to jedne z wielu przykładów tego jak bardzo potrafimy się zatracić w dążeniu do celu. I teraz bolesna prawda – jeśli pracujesz na pełen etat, dojeżdżając do pracy spędzasz w samochodzie 2 godziny dziennie, a do tego twój plan to około 12h tygodniowo, chcesz normalnie się wysypać 7h dziennie ( i błagam was nie komentujcie ze 6h wam wystarczy – przy takich obciążeniach treningowych regeneracja to podstawa, jeśli tego nie robicie to coś ucierpi a do wyboru macie cztery rzeczy – rodzina , praca , trening i zdrowie) to na życie rodzinne, zakupy i sprawy około egzystencjalne pozostaje Ci 3 godzinny dziennie , w weekendy bywa lepiej ale po ciężkich i długich sesjach treningowych jest się tak zmęczonym, że czas szybciej leci 🙂 Tylko pamiętaj, szanuj pracę bo dzięki niej stać Cię na tą zabawę 🙂

Czas – to coś czego zawsze brakuje i czego kupić się nie da, dlatego jeśli chcesz robić progress musisz nauczyć się go szukać. Czy potrafisz zrezygnować z części znajomych? Czy potrafisz zrezygnować z innych zainteresowań na rzecz twoje nowej i od teraz jedynej słusznej pasji? Czy pozbywając się telewizora przeżyjesz bez Klanu i Złotopolskich? Jeśli TAK – to znaczy, że masz kolejny element układanki

Rodzina –  jest darem o który należy dbać i go pielęgnować. Zaniedbanie jej nie tylko prowadzi do domowych konfliktów zbrojnych ale też w bardzo negatywny sposób wpływa na efekty twojej sportowej pracy. I to nie żart, nie da się zastąpić swojej rodziny rodziną Ironman-a – chodź przypominając sobie  zawodników na Konie którzy M-ke mieli wytatuowaną prawie na czole zaczynam chyba wątpić w to stwierdzenie. Dlatego zanim zaczniesz walkę o Mistrzostwa, zanim zrobisz pierwszy treningowy kilometr przedstaw swój plan najbliższym – oni nie tylko muszą go zrozumieć ale też zaakceptować – To nie Korea Północna i wrażenie tak olbrzymiej życiowej zmiany na siłę na pewno spotka się z dużą dezaprobatą – nawet jeśli do tej pory twoja połówka była bardzo potulna i spokojna.
Dodatkowo to właśnie rodziny będziesz potrzebował w tych najcięższych okresach przygotowania kiedy wracając z treningu dobrze mieć przygotowany zdrowy obiad a idąc spać nikt nie będzie Ci suszył głowy o nie wymyte podłogi..  Masz pieniądze, pracę , czas i rodzinę , no to jedziemy dalej.

Zdrowie – Ostatnim elementem układanki jest zdrowie. Najczęściej myślimy o nim dopiero jak się posypie. Ale to właśnie od niego zależy to czy uda nam się przetrwać ten morderczy okres walki o slota i przygotowań do Mistrzostw. NIe jestem od tego aby wam pisać jak się badać, co badać i na co zwracać uwagę bo akurat żaden ze mnie autorytet w tym temacie – po prostu zadbajcie o nie.

Szczęście – po co mi szczęście jak ciężko pracuję , mam talent , stać mnie na starty, praca mi na to pozwala a rodzina mnie wspiera ? Szczęście według mnie potrzebne  jest po to aby zgarnąć slota. Bo mimo super przygotowanej formy życia , na zawodach może zdarzyć się wszystko – począwszy od pojawienia się czarnego konia, który Cię pokona skończywszy na złapaniu gumy. Dlatego jeśli ktoś mówi że szczęście nie ma znaczenia to znaczy że nigdy na zawodach nie miał pecha.

Zapoznaliście się z częścią moich elementów układanki – oczywiście jest ich znacznie więcej ale coś muszę zostawić dla siebie 😀 lub po prostu was nie zanudzić….

W kolejnej odsłonie przygotowania i podróż, bo te elementy okazały się cięższe niż sam start.

Triathlon Karkonoski – czyli wycieczka po górach

Historia „Nowy Domek w Karkonoszach” wielokrotnie obiegła internety, i muszę przyznać , że ilekroć ja słyszę wprawia mnie ona w dobry nastrój – w końcu takie to prawdziwe.

Triathlon Karkonoski jest jak ten Nowy Domek,  z tej imprezy są takie fajne zdjęcia, każdy rozpisuje się, jak dobrze by było na niej wystartować, jest loteria … uuuu to na pewno musi być coś bardzo prestiżowego – wchodzę w to, najpierw się zapisze a później będę się martwił.

Cała euforia mija gdy po znalezieniu się na liście startowej i opłaceniu startu sprawdzasz profil trasy, albo i nie bo w końcu czym różni się ten start od innych, ma być trochę po górach to poćwiczę podjazdy na estakadzie nieopodal, a bieganie w parku bo podobno tam tylko kawałek jest po asfalcie.
Jeśli takie jest twoje podejście do tych zawodów – to już wiesz, że nie są one dla Ciebie.
Karkonoszman  to ciężka przeprawa która potrafi zająć od 5 do nawet 9 godzin !!! a jeśli treningi odbywały się tylko na estakadzie i w parku to bądź pewien, że raczej bliżej 9 godzin a szansa na DNF jest znacznie większa niż na ukończenie.

Jednak jeśli należysz do tej drugiej grupy, mającej świadomość z czym przyjdzie się im zmierzyć, trenującej w górach lub przynajmniej raz wcześniej pokonującej tą trasę ,  to ostrzegam – ten start jest niebezpieczny – niebezpiecznie uzależniający.
Żaden inny triathlon nie dostarczy Ci tylu emocji. Na Śnieżce jeszcze nogi będą czuły ostatnie metry podejścia a w Twoje głowie zacznie kiełkować ten szalony pomysł kolejnej edycji.
Będąc w Śląskim będziesz już planował i analizował co zrobiłeś nie tak i gdzie w przyszłym roku urwiesz kolejne minuty – tak – to jest właśnie esencja  Karkonoszmana

Tyle wstępu , teraz czas na moją krótką analizę.

Po raz pierwszy wchodząc do wody nie czułem zimna, mógłbym powiedzieć, że było mi nawet przyjemnie ciepło, jak w Poznaniu w ubiegłym sezonie – dlaczego wspominam ten start – bo właśnie wtedy po raz pierwszy odwodniłem się w wodzie – brzmi to irracjonalnie a jednak. Mocne pływanie jak na mnie , gruba pianka, ciepła woda – to idealny przepis aby po 30 minutach wiedzieć że na tych zawodach to powalczyć będę mógł – ale tylko o ukończenie.
Popełniłem pierwszy ale najważniejszy błąd – nie wyciągnąłem wniosków i nie słuchałem organizmu. Po okrążeniu bojko-łodzi rozpocząłem próby wychłodzenia się nabierając pod piankę wodę. Spowalniała mnie to znacząco jednak to był jedyny pomysł który przyszedł mi do głowy – a może trzeba było pić więcej wody z jeziora ?  Pomagało na chwile jednak nie rozwiązało problemu.

Po wyjściu na rower moje tętno szalało przez przeszło 30 km.  Na liczniku marne waty jak na rozjeździe a tętno jak na teście FTP – ależ ja byłem ugotowany. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego jak starać się jechać wolniej i nadrabiać deficyt płynów, co patrząc na temperaturę i zbliżające się podjazdy wydawało się niemal niemożliwe.
Mimo fatalnych jak na mnie watów melduje się drugi w T2 – przynajmniej tu obroniłem pozycje z ubiegłego roku. Teraz  jednak nie dysponuję taką przewagą czasową.  Rozsądek wygrywa i zakazuje dalszej rywalizacji w walce o podium . Nie abym się poddał – to do mnie nie podobne – nadal próbowałem biec ale już spokojnie w drugiej strefie bez szarpania.

Z łezką w oku patrzyłem jak mijają mnie kolejni zawodnicy, moja głowa została zmiażdżona gdy na zbiegu przy tempie 3:50 wymija mnie zawodnik lecąc jak kozica 3:10,  aby na końcu przeskoczyć leśny szlaban tak jakby to był kij na wysokości 5 centymetrów a nie metalowa rura na wysokości 1 metra –  ale spokojnie spisałem sobie wszystkie nazwiska i za rok się odkuję 🙂

Na mecie melduje się na 6 pozycji. Po raz pierwszy nikt nie musi mnie łapać, na mojej twarzy zamiast bólu jest uśmiech. Do podium straciłem około 10 minut – czy mógłbym powalczyć – oczywiście, że tak – walczyć zawsze można, jednak nie zawsze warto w końcu jesteśmy tylko amatorami.

Wnioski wyciągnięte – czas pomyśleć o cienkiej piance ze środkowej półki 🙂 chyba zbliża się kolejny wydatek.

Rower nie zawsze znaczy to samo.

Dwa koła , łańcuch, kierownica … i ta sama zasada działania. To chyba jedyne elementy jakie łączą rowerową część triathlonu z kolarstwem szosowym.

W miniony weekend startowałem na dystansie FUN ( 50km) podczas wyścigu kolarskiego w Miękini który jest elementem cyklu Via Dolny Śląsk – który osobiście uważam za strzał w dziesiątkę bo właśnie takich zawodów bardzo brakowało.

„Zaraz będą mnie zbierać z asfaltu” – to była pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy i to już po niecałych kilkuset metrach, gdzie doszło do pierwszego karambolu.
Startując kilka sezonów tylko w triathlonie, dodatkowo w wersji bez draftingu zapomniałem jak to jest jechać przez 50 km ze średnia prędkością 40km/h w grupie 50 osób przeciskając się przez ostre i wąskie zakręty , łapiąc pobocza, co chwile skacząc w ucieczce lub goniąc ucieczkę aby następnie znów wpaść w kocioł w którym raz z prawej raz z lewej czujesz na sobie łokieć innych kolarzy.

Tak właśnie wygląda peleton w amatorskim wyścigu kolarskim – to nie Tour De France, który ogląda się w telewizji – tu nikt ze sobą nie współpracuje, każdy pracuje na siebie, kombinuje od pierwszych metrów aby strzelić na końcu jak z procy. Osoby bez doświadczenia jazdy w grupie znajdują się w pędzącym peletonie ( bo utrzymanie się na ogonie takiego peletony jest możliwe) a następnie doprowadzają do sytuacji których konsekwencją bardzo często są wypadki.

Czy to jednak odstrasza mnie od kolejnego startu – oczywiście że nie, bo to jaki poziom bezpieczeństwa chce się mieć zależy tylko od nas samych. Jeśli grupa jest za silna, ma zbyt wielu nieprzewidywalnych kolarzy – wystarczy poczekać chwile, zwolnić a zaraz za plecami pojawi się kolejny peleton. Może tym razem bardziej ludzki  ( a ta minuta którą stracimy jest niczym w stosunku do szlifu który może nas pozbawić przyjemności z jazdy na kilka miesięcy i dodatkowo uszkodzić sprzęt)

Ja pojechałem tam z nastawieniem dobrej zabawy i walki w pierwszej grupie – dlatego robiłem wszystko aby pracować w niej od początku do końca. Doświadczenie jakie zdobyłem jest nieocenione. Teraz już jestem pewien , że kolarstwo to nie triathlon – ty BBS się do niczego nie przyda , patrzenie na waty mija się z celem bo jeśli jest ucieczka to gonisz ich za wszelką cenę, planowanie jedzenia – jakie planowanie – jesz i pijesz wtedy ja pije i je cały peleton. Całe moje poukładane triathlonowe  ściganie starło się z kolarskim chaosem.

W ten weekend pora no kolejne starcie podczas wyścigu w Sobótce podczas Visegrad V4 Race

Sprawdzimy czy jestem pojętnym uczniem.

PS. Dodatkowo przetestowany w boju nowy produkt #dashrade – więcej informacji niebawem

Foto:
Kasia Rokosz Fotografia

Legalny doping

„Jak jechać aby dać z siebie wszystko na rowerze  a na bieganie pozostawić odpowiednią ilość sił ?”  – to  odwieczne pytanie każdego triathlonisty.
Czy to jest w ogóle możliwe ?
Oczywiście, że tak – dowodem na to są czasy biegowe zawodników PRO – wielu z nas chciało by mięć takie życiówki na zawodach biegowych – Maraton w 2:40 !!!!

Schemat moich pierwszych startów zawsze był taki sam :
– pływanie na przeżycie
– rower w trupa
– biegnę ile mogę, potem idę, starając się stracić jak najmniej czasu z tego co wypracowałem na rowerze.
Oczywiście jest to jakieś rozwiązanie , założony efekt może uda się nam osiągnąć.
Wydaje mi się, że stosując ten schemat najbardziej ucierpi nasza regeneracja,  która zajmie dużo więcej czasu. Nie wspominając o odczuciach po przekroczaniu linii mety w stanie agonalnym.

Po kilku sezonach przyszła pora na zmianę. 3 lata temu do moich treningów zawitał pomiar mocy (Garmin Vector). Nie ukrywam, że nauka jazdy na mocy, szczególnie podczas zawodów zajęła mi dobre kilka miesięcy, jednak już po pierwszych startach widać było zmianę schematu:
– pływanie na przeżycie
– rower z pilnowaniem watów
– mocny bieg do samego końca.
co najważniejsze moje czasy, oraz samopoczucie po starcie zaczęły się poprawiać.

Jak pilnować watów

Sprawa wydaje się prosta – jedziesz patrząc na cyferki która powinny utrzymywać się w założonych widełkach – banalne.  Jednak w rzeczywistości wahania mocy mogą doprowadzić Cie do szału. Raz 150 raz 400W – i jak tu jechać równo. A dodatkowo skąd mam wiedzieć jaką mocą jechać podjazd , a jaką zjazd.  Jechanie równą mocą w terenie zaczyna wydawać się niemożliwe – i właśnie takie jest .
A jeśli coś jest niemożliwe lub ciężkie to na pewno znajdzie się ktoś kto napisze aplikacje ,która z niemożliwego zrobi możliwe i jeszcze na tym zarobi.

Tak pewnie powstał BestBikeSplit – aplikacja która pozwala nam zaplanować rozłożenie mocy na trasie kolarskiej a dodatkowo przy wykorzystaniu odpowiednich urządzeń możemy widzieć live jaką mocą powinniśmy jechać.

Czy stosowałem ten sposób – oczywiście, że tak – jednak tylko na długim dystansie . Nie jest to doping a pomaga prawie równie dobrze 🙂

Na Ironman pilnowałem się do tego stopnia, że różnica pomiędzy założoną a osiągniętą mocą wynosiła +/- 2% a czas na zawodach praktycznie pokrywała się z czasem jaki wyliczyła mi aplikacja co w walce o slota wydaje się naprawdę istotną rzeczą. Bo schodząc na bieganie dobrze wiesz jakie są Twoje rezerwy i jak bardzo możesz podkręcić swoje tempo.

Można tez nie wybierać drogi na skróty i po prostu jeździć, jeździć i jeździć… po jakimś czasie nasze ciało samo wie kiedy można przycisnąć a kiedy należy odpuścić i do pełni szczęścia potrzebne są tylko 3 liczby których powinniśmy się trzymać – moc na podjeździe , zjeździe i płaskim odcinku – w końcu każda trasa kolarska składa się tylko z tych trzech elementów 🙂

Pomiar mocy moim zdaniem jest jedną z najlepszych inwestycji w rower. Przekonacie się o tym już po pierwszym treningu.

 

 

 

 

Kona counter – 222 dni

Kolejny tydzień „prawie zgodnie z planem”
11h i IF na poziomie 0,72  to akceptowalny wynik . Oczywiście chciałbym te kilka godzin więcej – jednak w naszym związku żonglujemy 20 godzinnym tygodniem treningowym – jeśli ktoś z nas robi więcej druga osoba musi robić mnie 🙂