Ironman Nicea “30-34 “

Ciekawe co by było gdybym ten sport poznał kilka lat wcześniej  – tego nigdy się nie dowiem. Za to dziś wiem jedno – rywalizuje w jednej z najmocniejszych grup wiekowych, w której pierwsza dziesiątka osiąga lepsze wyniki niż połowa zawodników PRO.

Tak było i tym razem podczas kolejnych zawodów Ironman, w których brałem udział – Ironman Nicea.

image

Pomysł na ten start nie urodził się w mojej głowie. Był częścią wielkiego planu przejęcia władzy nad światem, który ciągle tli się w głowie SuperMario. Na początku startować miał tylko Mariusz,  ostatecznie aż  czwórka zawodników GT RAT ( Michał Wojtyło, Mariusz Chrobot, Arek Janiszewski, Artur Chojnacki) odebrała pakiety i stanęła do rywalizacji na najtrudniejszej trasie w europejskim cyklu zawodów Ironman.

Zawody w Nicei nie słyną z kosmicznie wyżyłowanych czasów.  Tu wygrywają zawodnicy z czasem w granicach 8:30, a o zbliżeniu się do 8 godzin można zapomnieć. Tu trasa rowerowa pokrywa się z jednym z etapów Tour de France i  wymaga pokonania 2400 m przewyższeń oraz 60 km niesamowicie wąskich i technicznych zjazdów. Gwoździem do trumny jest maraton poprowadzony nadmorskim deptakiem pozbawionym odrobiny cienia ( historycznie w Nicei temperatura na maratonie nie spada poniżej 30 stopni).

Będąc po raz pierwszy na zawodach tej rangi wszystko potrafi zaskoczyć. Począwszy od lokalizacji i wyglądu mety, skończywszy na procedurach wprowadzania rowerów do strefy zmian. Wszystkie te procesy mają swój olbrzymi plus – na każdych kolejnych zawodach wszystko  będzie wyglądało tak samo – wystarczy przeżyć te pierwsze.

I tak pod względem organizacji Nicea wyprzedziła Barcelonę …  o lata świetlne. Począwszy od zaangażowania organizatorów, skończywszy na pasta party ( może z wyjątkiem bufetu po samych zawodach, którego wole sobie nie przypominać – chodź nie było tam zbyt wiele do zapamiętania). Największym zaskoczeniem było ściganie się przy ruchu otwartym z naprzeciwka . Nie brakowało sytuacji w których zza zakręty pokonywanego z prędkością 70 km/h wyskakiwał samochód – takie sytuacje niestety bardzo mocno działają na psychikę – trzeba zwolnić, w końcu jest dla kogo żyć.

Dla mnie sam start był czymś w rodzaju wakacji. 5 dni poza domem na Lazurowym Wybrzeżu – czego chcieć więcej. Jazda samochodem nie byłaby najlepszym pomysłem w końcu to 15h za kółkiem Na szczęście na ratunek przyszedł EasyJet z Berlina, którego koszty były porównywalne – nie wspominając o tym, że po 6 godzinach byliśmy w Nicei.
Tu z osobistym dietetykiem w postaci SuperMario zaczęło się ładowanie węglami – on akceptował plan żywieniowy ja zajmowałem się realizacją. Tym razem nie było pięciu pizz dziennie a tylko jedna na 3 dni przed startem. Za to nie brakowało zdrowych węgli i Jegera 🙂

image

Tym razem nie miałem zamiaru popełnić błędu w odżywianiu, zrobiłem to w Klagenfurcie i Barcelonie – do trzech razy sztuka. Na sam start z kalkulatorem wyliczona została odpowiednia ilość węgli – Enervit poszedł w ruch. Jak wszędzie tak i ty są gorsze, lepsze i kosmiczne produkty. Do tych kosmicznych  zaliczam izotonik i żele Competition.

Sam kiedyś czytałem wpisy licząc na to, że ktoś poda mi receptę na sukces. Na próżno, każdy z nas jest inny , różnie przyswajamy produkty sportowe  i inaczej na nie reagujemy. Dlatego zamiast szukać co jest najlepsze dla innych, zacznijcie sprawdzać na sobie. Tylko nie w dniu zawodów, a na kilka miesięcy przed. Ja dopiero po kilku latach znalazłem swój żywieniowy złoty środek, które i tak będę jeszcze udoskonalał.

W pełni gotowy o 6:20 czekałem na start zawodników PRO, 10 minut po nich ruszył rolling start ( nowy pomysł IM aby uniknąć niepotrzebnej pralki w wodzie – według mnie coś prostego a zarazem skutecznego w szczególności dla osób początkujących). 

Woda jak to woda, mokra i słona. Tu chyba za wiele więcej nie da się powiedzieć. Czy mogłem szybciej – pewnie tak ale była by to kwestia 1-2 minut

Strefy  mogły by być krótsze, jednak z uwagi na wąski deptak, na którym usytuowane były rowery w T1, miałem około 1km biegu, T2 to już tylko 400m

image

Rower to jazda epicką trasą, która śnić będzie mi się po nocach. Piękne widoki, kibice w każdym miasteczku a do tego przepiękny techniczny zjazd. Dla tej trasy warto tam pojechać.

Bieganie przypominał spacer po rozgrzanych węglach. Asfalcie który wprost parzył, do tego brak cienia, gąbek z wodą oraz lodu.

Jadąc do Nicei. nie jechałem po slota. Nie czuje się jeszcze na siłach aby tego dokonać, natomiast po zejściu z roweru, biegnąc przez strefę naliczyłem nie więcej niż 40 rowerów, co oznaczało że jestem w ścisłej czołówce ( startowało ponad 40 zawodników PRO z których już na trasie rowerowej sporo zostawiłem za sobą) –

postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę.
Medal zdobędę na pewno, teraz tylko kwestia czy będzie do niego ładny “żeton z palemką – idealny do wózka w markecie”. Tempo jakie sobie narzuciłem – 4:20 – udało mi się utrzymać przez około 30 km , ostatnie 12 km było już ciężką walką którą niestety przegrałem tracąc na tym odcinku około 10 minut do czasu który założyłem sobie na początku biegu.

 

Nicea jest pierwszym startem z którego jestem bardzo zadowolony – tu nie było przypadku, wszystko zostało zaplanowane a plan został zrealizowany w 110%. Kony nie ma, ale też jest zajebiś…….

Po raz pierwszy w historii jestem w pierwszej dziesiątce swojej kategorii oraz pierwszej pięćdziesiątce open będąc wyprzedzonym tylko przez 16 zawodników PRO.

Dodatkowo z tych zawodów przywiozłem olbrzymi plecak doświadczeń których nie zawaham się użyć na kolejnym pełnym dystansie. A tam będzie już walka o slota 🙂

image

 

image

 

image

Start główny – czy aby na pewno

Powoli w mojej głowie klaruje się wizja tego sezonu.

Tak to nie pomyłka, jest połowa marca i to co powinno być już pewne od dobrych kilku miesięcy dopiero teraz zaczyna nabierać kształtów, które w obliczy zeszłorocznych wydarzeń dla niektórych mogły by wydawać się raczej rozgrzewką 🙂

Nie ukrywam – nie łatwe jest pogodzenie powiększonej rodziny, pracy i treningów ( i to w tej kolejności).
Trenowanie, które do tej pory zajmowało większość mojej głowy i było na pierwszym miejscu – spadło o kilka lokat. W końcu sens życia to rodzina , a bez pracy nie stać mnie będzie na trenowanie  , tak więc trzecie miejsce dla treningów jest jak najbardziej trafione.

Wracajmy jednak to tematy.

Za namową Mariusza ( i po części przez niego) już za kilka miesięcy stanę na starcie Ironman Nicea wraz trzema RAT-owymi towarzyszami niedoli 🙂 Arkiem , Arturem i Mariuszem.

Nicea to jedna z najcięższych europejskich tras Ironman-a, dlatego nie ma co liczyć na poprawienie wyniku z Barcelony, która pod względem prędkości trasy leży na dokładnie przeciwległym biegunie.
Czy w związku z tym mam odpuścić ?
Oczywiście, że nie – bo skoro jedzie się już na taki start to trzeba dać z siebie wszystko , wszystko na co w danym momencie Cię stać – wielu z was może się z tym nie zgadzać, jednak w moim przekonaniu dystansu IM nie robi się dla zabawy – robi się go po to aby pokonywać własne ograniczenia , zdobywać doświadczenia aż w końcu po to aby zakwalifikować się na Kone. Może właśnie dzięki takiemu podejściu ten dystans zawsze będę darzył olbrzymim szacunkiem, niezależnie od czasu z jakim będę go pokonywał.

Trasa pływacka i biegowa to standard – mokro i płasko. Tu cała walka toczyć się będzie na cześć rowerowej, a tu od samego patrzenia na profil bolą nogi :D.

image