Miękinia w błocie

Czy trenowanie triathlony sprawia mi przyjemność?  – oczywiście że tak, inaczej bym tego nie robił.
Minęły te czasy kiedy robiłem coś na pokaz i dla innych, kiedy to szło się za szkołę na papierosa , tylko po to by być częścią tej “fajniejszej” grupy.
Teraz wszystko co robię, musie mniej lub bardziej sprawiać mi przyjemność- tylko w taki sposób jestem w stanie ciągle przeć do przodu.

Przychodzą jednak takie dni kiedy ilość i monotonność treningów potrafi przytłoczyć. Ciężko stwierdzić kiedy to się zaczyna, bardzo łatwo jednak zauważyć kiedy dochodzimy do granicy możliwości. Jeszcze kilka dni temu spod stosu, który mnie przygniatała wystawały już tylko koniuszki moich palców, gdy na ratunek przyszedł Bike Maraton Miękinia.

Czemu Bike Maraton ? – bo to nie triathlon (a  bycie członkiem Grupy Triathlonowej RAT nie ogranicza mnie tylko do triathlonu ):) może i jest tam rower ale przy okazji dużo błota , znacznie więcej adrenaliny i zupełnie inny poziom rywalizacji. Dodatkowo  dla mnie taki start to bardziej zabawa niż zacięta walka o każdą pozycje.

Tym startem żyłem ponad tydzień – na samą myśl o sobocie wewnętrzne sam do siebie się uśmiechałem.
Mój profesjonalizm zawodnika szybko dał o sobie znać. Nie sprawdziłem trasy ( do tego stopnia, że rano pojechałem na miejsce starty sprzed 2 lat :), nie sprawdziłem czy w rowerze wszystko mi działa ( i oczywiście nie działało), zgubiłem wcześniej odebrany numer i po raz pierwszy stałem na końcu swojego sektora.
To wszystko jednak nie miało znaczenia – liczyło się tylko ponowne naładowanie baterii, które wymagały szybkiego zastrzyku energii

W tym MTB coś jednak jest – gdy pierwsze krople błota spadają na twarz od razu człowiek wie, że żyje. Pod tym względem I edycja Bike Maratonu nigdy nie zawodzi – tu błoto jest zawsze i pod dostatkiem. Po 300 metrach byłem już mokry, po kolejnych kilkuset było mi już wszystko jedno czy omijam czy też jadę środkiem przez największe bagna ( PS – środek bardzo często był znacznie szybszy)

Zabawa zabawą, jednak po przeanalizowaniu wykresów stwierdzam, że nie było lekko. Cały dystans pokonany w stylu interwałowym w tętnie z 4 strefy . Start na 400 pozycji a meta już na 50,.  ilość TSS jakie daje mi 3 godziny ciężkiego pedałowania na szosie – należała mi się regeneracja 🙂

-Kochanie chyba sobie dzisiaj odpocznę bo trochę się zajechałem na tych zawodach a jutro mam półmaraton.
– Ale mówiłeś, że to dla przyjemności i nie będzie ścigania
– No tak mówiłem
– To po czym ty chcesz odpoczywać, przecież to trwało 2 godziny

Tak to właśnie jest jak się ma żonę która trenuje – w ramach regeneracji kopanie oczka wodnego – ważne że na świeżym powietrzu.

Święta święta i po … wadze

Święta mają to do siebie , że bardzo ciężko jest utrzymać jakikolwiek reżim.

image

Zmiana otoczenia, zmiana planu dnia a do tego przysmaki na stole. O ile łatwo było zapanować nad sobą przez pierwsze “postne” dni … o tyle po święceniu sprawa była już jasna  – FAT RAT Challenge należy odwołać lub przynajmniej wstrzymać na jakiś czas.

Rozleniwiony organizm zamiast trenować chciał spać, a od tego wietrzna pogoda nie zachęcała do wyjścia na rower. Całe szczęście, że ostatnie dni zrobiły się pogodne i słonecznie, umożliwiło to odebranie kilku KOM-ów lokalnym ścigaczom 🙂 w końcu to mój teren .. 🙂

 

 

 

image

Może to zabrzmi dla niektórych bardzo dziwnie ale przez prawie tydzień czułem zmęczenie po Półmaratonie Ślężańskim, czułem albo chciałem czuć bo było to idealne wytłumaczenie z jakiego powodu nie chce mi się iść na trening 🙂

 

Teraz najgorsze kila dni – ponowne wejście w rytm – całe szczęście, że powoli za oknem widać wiosnę, na początku jak to zawsze bywa będzie wietrznie, ale najważniejsze że za oknem już cieplej i jaśniej 🙂

Zając na wyłączność

Najważniejsze to mieć zająca

Pamiętaj że gdy ty gonisz jednych , drudzy gonią Ciebie.

W sporcie chyba to to już być musi 🙂

W tym sezonie do naszej grupy dołączył Michał, który już od samego początku ciągle mnie zaskakiwał. Na treningach biegowych jego przewaga była miażdżąca. Na treningach rowerowych nie potrafiłem zerwać go z koła, Na pływaniu  – ufff tu jeszcze musi się wypływać

Mistrzostwem było gdy na treningu kolarskim w Sobótce podczas podjazdy na Tąpadła wzięło mu się na opowiadanie historii – WTF – ja tu ledwo powietrze łapie. Gdy po delikatnej sugestii z mojej strony, że spokojnie może mnie wyprzedzić bo w końcu naszywka najszybszego kolarza w grupie to nie zakaz wyprzedzania. Wyjechał , odjechał i znikł …. nie czekał aż powtórzę mu to drugi raz.

To dało mi do myślenia – wnioski – nigdy nie biec na zawodach za Michałem. U mnie jednak świadomość i działanie to dwa zupełnie odrębne działy w mózgu które za bardzo nie lubią z sobą współpracować.
Całe szczęście że na dyszce nie widziałem Michała – a pewnie nawet gdybym go widział to spalił bym się po pierwszym kilometrze.

W Sobótce było już inaczej, po kilkuset metrach poczułem takie koleżeńskie poklepanie po lewym pośladku – niby przyjemne ale to było jak przepowiedzenie początku mojego końca.

O nie – utrzymam go za wszelką cenę – i przystąpiłem do działania ( świadomość chyba jeszcze spała) . Kilka pierwszych kilometrów mam go dosłownie na kilkanaście metrów przed sobą, potem kilkadziesiąt , kilkaset … no i na Tąpadłach już go nie widzę.

Teraz do akcji wkroczyła świadomość, świadomość, że jestem w połowie trasy i może pora pomyśleć jak tu przebiec drugą połowę.

Tu jednak zaczyna się ta przyjemniejsza część z górki, można było trochę nogi rozkręcić i wejść we własny rytm. W tym roku zbieg okazał się o wiele wiele przyjemniejszy niż w latach ubiegłych bo to na nim udało mi się dogonić wszystkich którzy odbiegli ode mnie na podbiegu.

Jak Basetk od 15 km starałem się kontrolować sytuacje – tylko po co skoro biegnie tu kilka tysięcy osób a pierwsze miejsca już są na mecie 😀

Po raz pierwszy po przekroczeniu linii mety nie chciałem więcej…czas mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Oczywiście Mario obstawiał go prawidłowo, a ja w obliczeniach dałem sobie zbyt dużą strefę komfortu.

Teraz nie pozostaje mi nic innego niż zakończyć tą startową piramidę z przytupem. Była dyszka , była połówka – to gdzie w weekend jest maraton ?

Wczoraj wiele osób pytało się jak to możliwe że po narodzinach dziecka przy 4 godzinnych nocach, można jeszcze tak biegać…sekret jest tylko jeden – codziennie świeże mleko 😀 Stach pije i rośnie – to co, mi ma nie pomóc.

 

www.gtrat.pl

Już nie spacer – jeszcze nie trening

W moim planie treningowym zawitała nowa jednosta – spacerobieg.
Jednosta jest na tyle mało opisana w książkach treningowych, że nie do końca wiadomo jak idelanie wpsować ją w istniejący już plan.

Może jako regeneracja , albo dłuższe wybieganie ?

Właśnie taki tok myślenia zawitał do mojej głowy przed pierwszym planowanym biegiem z wózkiem – ach to wieloletnie trenowanie pozostawia skazy na psychice 🙂

Jak bardzo byłem zaskoczony gdy moje planowanie już od pierwszej chwili okazało się błędem.

Kiedy idziemy biegać ?

W planie oczywiście wpisana  sobota godzina 14 ….a w rzeczywistoci sprawdził się tylko dzień, bo co do godziny to pełna decyzyjność została w rękach naszego małego terrorysty 🙂 I stało sie już jasne – bieganie będzie wtedy kiedy Stach będzie gotowy.

Jak szybko biegniemy ?

Udało się wyjść  – ufff – pierwsza przeszkoda pokonana. Rozpoczynamy aktywną regeneracje. Zaplanowane tempo 6:00 szybko wcielam w życie. I tu znowy niespodzianka – dla Stacha to stanowczo za wolno. Za mało szumu za mało bujania i świat jakoś tak w miejscu stoii. Po kilku kilometrach doszliśmy do porozumienia i wpsólnie odnaleźliśmy złoty środek 5:15, które dla oby z nas było do zaakceptowania – ale czy to jest aktywna regeneracja?

Nasza wózko-biegowa przygoda dopiero się rozpoczyna. Najważniejsze że sparing-partner bardzo lubi tą formę aktywności ( biorąc pod uwagę że po przekroczeniu prędkości przelotowej od razu zasypia). W najbliższym czasie mam zamiar dojść do takiego poziomy sprawności aby udało się zbliżyć takim spacerem do założeń treningu regeneracyjnego.

Oczywiście czeka nas dobór odpowiedniego wózka, których na szczęście obecnie na rynku już nie brakuje… ale o tym wszystkim już niedługo

IRONMAN Barcelona oczyma “weterana”

Zawody na długim dystansie niosą za sobą zawsze olbrzymie emocje. Niezależnie od tego czy jest to pierwszy czy setny start atmosfera jaka panuje wokół czerwonego M jest magiczna. Na kilka dni przed zawodami spora grupa osób chodzi jak na szpilkach, na innych działa to jak zegarek hipnotyzera – jedno jest pewne – nie da się przejąć obok tej imprezy obojętnie .

Przed pierwszym IM strach był tak ogromny, że nie mogłem w nocy spać, przed drugim ( na którym byłem tylko jako kibic) stresowałem się jeszcze bardziej niż Mariusz a na trzecim – na trzecim stało się coś dziwnego – byłem spokojny, dziwnie spokojny.

Przespałem wszystkie noce, sprzęt przygotowałem dużo wcześniej, sprawdziłem plan żywienia. Byłem spokojny do tego stopnia, że w dniu zawodów nie miałem konieczności korzystania z Toi-Toi , co w moim przypadku było naprawdę nie lada wyczynem.

Nie mam przepisu na spokój, w moim przypadku złożyło się na to wiele składowych:

– po pierwsze obecność przyjaciół z Grupy  Triathlonowej RAT
– brak nakręcania się na kilka dni przed startem
– odpowiednie podejście – jesteśmy na wakacjach, a start odbywa się przy okazji
– i to co chyba najważniejsze – dla mnie ten sezon był zrealizowany już w 100% a start w IM miał być tylko wisienką na torcie podzielonym na dwanaście kawałków między wszystkich IRON-RAT-owców

Swissman dał mi olbrzymią pewność siebie ale nie zrozumcie mnie źle. Nie biegam w koło opowiadając jaki to jestem najlepszy, bo tak się nie czuje. Nie opowiadam o tym  na każdym kroku, bo jeśli ktoś ma ochotę posłuchać, zapyta albo napisze do mnie bezpośrednio. Ta pewność siebie o której pisze przekłada się tylko w odniesieniu do zawodów. Na te kilka chwil przed wystrzałem. Po raz pierwszy w życiu nie bałem się wystrzału, byłem bardzo skupiony, każda kolejna minuta była zaplanowana, wiedziałem w czym jestem dobry, a na co muszę uważać.

O samych zawodach napisano już wiele dlatego skoncentruje się bezpośrednio na moim starcie.

Pływanie w morzu było wymagające – jeśli wcześniej nie pływało się w słonej wodzie i przy takich falach. Dla mnie to był szok, jednak nie tak straszny jak wcześniej o tym czytałem. Woda była słona – ale do przeżycia, język po godzinie spuchł – ale opuchlizna szybko zniknęła, były fale – ale trasa pływacka prowadziła po pętli, więc raz pomagały raz przeszkadzały. Podczas tego startu na uprzywilejowanej pozycji byli szybcy pływacy, gdyż z każda minuta wiatr wiał coraz silniej, dlatego ogromny szacunek dla osób z końca stawki.

Rower to moja mocna strona. Wiedziałem, że na tej trasie mogę ugrać bardzo wiele. Zaryzykowałem z doborem kół a dzięki Olimpius.pl miałem możliwość pojechać na dysku i to ryzyko się opłaciło. Dysk daje nie tylko 100 punktów do wyglądu PRO 😉 ale jest też “kartą przetargową” jeśli walczy się o wysokie pozycje. Sama trasa była ekstremalnie szybka, co na 177 km dało mi średnią prędkość 40km/h, która na innej trasie byłaby dla mnie nieosiągalna.  Dlaczego średnia ze 177? Gdyż właśnie na tym kilometrze trasy musiałem odstać swoje 5 min kary. Czy kara była słuszna, czy też nie to temat na innego posta. Jeśli spytacie więźniów za co siedzą – wszyscy odpowiedzą, że za niewinność, dlatego właśnie tłumaczenie mija się z celem. Swoje odsiedziałem i pojechałem dalej, kończąc część kolarską ze średnią 38,9 km/h (niby mała różnica a jednak) ;).

Bieganie w moim wykonaniu to była walka z motywacją a raczej jej brakiem. Próbowałem sobie też wmówić, że nie zniszczyłem nóg na ostatnich 30 km roweru kiedy usiłowałem odrobić 5 min straty… Nigdy tego nie róbcie 🙂 – nie da się odrobić tylu minut bez konsekwencji dla swojego organizmu.

Ostatecznie zrealizowałem 80% założonego planu – złamałem barierę 9:30 . Ten start dał mi  niesamowitą wiedzę z której teraz muszę wyciągnąć wnioski… i wdrożyć plan naprawczy 😉

Swissman 2015 – RatRun

T2 to strefa jakich mało – jedna toaleta , mały namiot oraz parking dla support car-ów, a to wszystko nad brzegiem lazurowego jeziora.

Dojeżdżając już z daleka widzę  jak mój support właśnie dociera na parking  – Panowie ledwo zdążyli – a już myślałem że będę mógł odpocząć

Oglądając filmy widziałem dziesiątki osób kibicujących wpadającym do T2 zawodnikom. U mnie było zupełnie inaczej  –  pusto i cicho …

Przekraczając belkę, w tym wypadku dosłownie była to kłoda drewna położona w poprzek drogi, usłyszałem tylko dzwonek, który zwiastował przybycie zawodnika do T2. Powoli zaczęło docierać do mnie, to co Kuba jakiś czas temu wspominał na górze – jestem gdzieś bardzo wysoko w klasyfikacji, brak kibiców , ciągła obecność samochodu organizatora oraz zadowolenie trenera ( który miał oczy jak 5 złoty ), to wszystko zaczynało mieć teraz sens.

Rower wymieniam za plecak pełen suchych ubrań.

– Michał jak się czujesz ?
– Może być ale teraz muszę chwile odpocząć bo nie dam rady
– Idź się przebieraj a ja zajmę się rowerem , jak będziesz gotowy ruszaj.


Jak na złość z nieba zaczyna mocno padać, na tyle mocno iż  z stojącego ToiToi robię sobie przebieralnie – w końcu i tak jestem sam w strefie.

Od rozmowy z Kubą nie mijają 2 minuty gdy w mojej głowie pojawia się wizja osób, które wyprzedają mnie gdy ja siedzę w  “przebieralni”

Na zewnątrz nadal Kuba zbiera moje rzeczy gdy ja jak poparzony wyskakuje i pędzę przed siebie

– Co ? Już ? Miałeś odpocząć
– Chyba już , widzimy się za 15 km

Na trasie biegowej przygotowanej przez organizatora można zatracić poczucie czasu. Pierwsze 20 km to ścieżki pieszo-rowerowe prowadzące przez piękne alpejskie miasteczka usytuowane w dolinach tuż obok lazurowych jezior. Nigdy do tej pory nie było mi dane biegać w takich miejscach – dlatego właśnie tą cześć trasy wspominam najmilej

Co jakiś czas z nieba padał deszcz, tak szybko jak przychodził tak samo szybko odchodził. To chyba urok tych góry – bo tubylcy zdawali się nawet nie zauważać tej lejącej się z nieba wody.

Od 15 do 28 km towarzyszy mi Kuba. Była to naprawdę dobra decyzja, bo ściana ( jedna z wielu, leczy ta była wyjątkowo wysoka ) na 25 km samodzielnie mogła by okazać się nie do przeskoczenia. Kilka słów trenera, motywująca rozmowa z Kacprem Adamem oraz świadomość, że na  monitorach kropka, która śledzi tak wiele osób, właśnie stanęła – dało mi porządnego kopa. Teraz byłem już za blisko aby się poddać, o rezygnacji nie było mowy , teraz musiałem trzymać tempo i gnać do przodu (gnać to chyba zbyt przesadzone słowo). Nadal miałem szanse na otrzymanie się w  TOP5

Na 28 km Kuba znika aby zgodnie z regulaminem w punkcie kontrolnym na 32km “odprawić” nasze plecaki. W tym momencie doceniam role supportu – nie koniecznie jako wielbłąda do noszenia kurtki, a raczej osoby która potrafi zauważyć zbliżający się kryzys, i tak poprowadzić myśli aby bezpiecznie go ominąć.

– Michał potrzebujesz czegoś w punkcie kontrolny, jakieś żele , cola ?
– Załatwicie mi kanapkę, taką jak na wycieczki z serem.

Wokół punktu kontrolnego tłoczyło sie dziesiątki osób. Przypadkowi turyści, organizatorzy , ale przede wszystkim rodziny i znajomi uczestników.  Z daleka widziałem powiewającą flagę GT RAT – był mój support , dojechał też Wojtek – wszyscy na miejscu.

Organizator bierze mnie do namiotu, uścisk dłoni, kilka kontrolnych pytań – czy aby na pewno wiem co robię-  i dostaje  zielone światło na dalszą drogę.

No to zaczynamy ostatnie 10 km . Jeszcze 10 godzin wcześniej cel był jeden – być w pierwszej 20stce. Już wiedziałem że zrealizowałem go w 100%   – więc czemu nie spróbować zrobić 200 %. Spojrzałem na Kubę , szybka analiza sytuacji i zmiana planów. Dajemy z siebie wszystko. Staramy się utrzymać pozycją przy okazji kończąc trasę biegową w maksimum 5h.

Czułem  się jak Frodo który szedł , szedł i szedł a ta jego góra ciągle była daleko. W każdym możliwym momencie starałem się biec, takich momentów nie było jednak zbyt wiele. Szybki marsz zdawał się  być bardziej efektywną formą pokonywania tej trasy. Na 4 km podbiegu spadam o jedną lokatę w dół.

– Kuba nie oddam już nawet jednego miejsca, nawet jakbym miął tu na czworaka zasuwać.

Jeszcze kilka zakrętów , na szczycie widać już flagi Swissman-a , teraz nogi niosą same. Nie czuć zmęczenia , głodu , pragnienia – całe ciało przepełnia radość a do oczu cisną się łzy.
Nie myślę o tym, że jestem piąty na mecie , jestem szczęśliwy bo dotarłem, spełniłem swoje marzenie, które kilka miesięcy wcześniej wydawało być się nie osiągalne. Niemożliwym jest opisanie emocji, które w tym czasie mi towarzyszyły, nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś podobnego.
Euforia po chwili zaczyna ustępować miejsca uczuciu zimna i zmęczenie. Mimo mojej chęci pozostania w tym miejscu trener szybko sprowadza mnie do kolejki.

  Hostel znajduje się tuż obok dolnej stacji kolejki oraz miejsca gdzie rozpoczyna się ostatnie 10 km trasy biegowej.  Z tego miejsca mogę obserwować kolejnych zawodników rozpoczynających ostatni etap zmagań  – tak naprawdę to oni, idąc z łapkami sa prawdziwymi bohaterami tych zawodów.

Rozładowany do tej pory telefon dostaje w końcu dawkę prądu. Po chwili zmuszony jestem go wyłączyć aby móc iść spać 🙂 Dziesiątki maili , postów , telefonów –  chyba dopiero w tym momencie dociera do mnie co tak naprawdę się tego dnia stało.
Przynajmniej na rok 🙂 bo mam nadzieje, że jakiś Polak wygra te zawody, jestem najszybszym Polakiem w historii zawodów Xtreme.

Ten sukces nie jest sukcesem jednej osoby.
Szczególne podziękowania dla Olimpii za wsparcie na każdym etapie przygotowań, Kuba Adama za bycie moim trenerem do ostatniego metra :), Rafałowi za spokój na trasie i przygotowanie godne najlepszego pilota WRC , Michałowi Kuczyńskiemy za relacje foto. Wojtkowi za poświęcenie swojego prywatnego czasu i wspieranie mnie na trasie zawodów. No i przede wszystkim Wam , patrzącym godzinami w niebieską kropkę przesuwającą się po mapie. Nie raz dawaliście mi motywacyjnego kopa.

Nie martwcie się to jeszcze nie koniec.
Czekam tylko na pomysły o czym chcielibyście przeczytać, co was interesuje i nurtuje. Z przyjemnością podzielę się z Wami zdobytym doświadczeniem.

Swissman 2015 – RatRide

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu, w którym możliwe będzie spotkanie.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami. Mimo moich obaw wynikających z lęku przed źle oznakowaną trasą  na każdym skrzyżowaniu stał policjant wskazujący drogę oraz dający mi pierwszeństwo przejazdu.

Skupiony na kadencji i mocy nawet nie zauważam pierwszego punktu, na który dosłownie sekundy przed moim przejazdem przyjechał mój support car. Całe szczęście, że był to dopiero 30 km trasy więc wody i jedzenia miałem jeszcze pod dostatkiem.

Zgodnie z profilem trasa przez pierwsze 50 km powinna być bardzo prosta , z dosłownie 2%-4% średnim wzniesieniem na całej długości – okazało się jednak że na profilu nie było widać dziesiątek hopek, które wypączkowały dosłownie  znikąd – ale jak miało być je widać skoro tyż obok nich na papierze  znajdował sie 40 km podjazd . Przy takim kolosie te hopki wydawały się być jedynie małymi zmarszczkami –na pierwszych kilometrach to  nie wysokość ale ilość dała się we znaki.

Na takich zawodach zawsze musi wiać – ale dlaczego zawsze w twarz ?

Do 30 km trasa rowerowa wiodła u południowego podnóża Alp – mimo czołowego wiatru temperatura była wprost idealna na poranne ściganie – szczególnie, że miałem na sobie suchy strój rowerowy co dawało mi dodatkowy komfort termiczny.

Wystarczył jeden zakręt aby ta sielanka dobiegła końca. Zimne podmuch wiatru, krople wody dosłownie znikąd a do tego ciemne niebo w oddali uświadamiało mi że już niebawem czeka mnie mocna wspinaczka.

Po 50 km zapala mi się rezerwa – w bidonach widać dno a ostatni baton zostaje właśnie pochłonięty. To wszystko należało przewidzieć kilka dni wcześniej. Na szczęście to wszystko było częścią naszego planu . Po kilku minutach widzę w oddali setki ludzi czekających na swoje zespoły – a wśród nich mój support team. Poczułem się jak zawodnik F1. Bez zbędnych słów oraz mojego zaangażowania bidony zostały wymienione, batony wylądowały w kieszeniach a od trenera otrzymałem niezbędne uwagi.

Jeszcze klocki hamulcowe nie wystygły a ja już mogłem pędzić dalej.

Jak ważny był ten punkt świadczyć może fakt , że od tego momentu praktycznie aż do szczytu pierwszej przełęczy byłem zdany sam na siebie.

Z każdym pokonywanym kilometrem spadała temperatura , słońce powoli ustępowało miejsca chmurom a przypadkowe do tej pory krople deszczu przeradzały się w deszcz. Na domiar złego gdy wjechałem na 5 kilometrowy odcinek z kostki brukowej o średnim nachyleniu 13% silny  wiatr postanowił utrudnić mi zadanie.

Do szczytu jeszcze około 40 min, mimo mocnego kręcenia moje ciało coraz szybciej się wychładza, chwilami deszcze przechodzi w śnieg z deszczem oraz grad.  W tym momencie w moje głowie była pustka przestałem odczuwać przeszywający chłód, przestałem zastanawiać się ile jeszcze mam do pokonania, przestałem dodawać czas i liczyć minuty, cały cukier trafiał do pieca aby zasilić moje nogi – głowa została wyłączona.

Wiedziałem jedno , gdzieś tam na 2200m są oni – gdzieś tam w chmurach. 

Przełęcz to nic innego jak strefa zmian  która była mistrzostwem w wykonaniu   Kuby i Rafała. Nim się obejrzałem jedzenie i picie było na miejscu ja dopinałem ostatni zamek mogąc  ruszać w drogę.
Na zjeździe we mgle i padającym deszczu ze śniegiem doceniłem mój nowy nabytek – kask Casco z Olimpius.PL z pomarańczową szybką – przyznaje ze dał mi on olbrzymią przewagę na zjazdach nad osobami używającymi standardowych okularów. Teraz już widziałem jak czują się kierowcy F1 jadący w deszczu 🙂 Szybka nie parowała , idealnie odprowadzała wodę, zwiększała widoczność a dodatkowo dawała mi ochronę przed gradem, którego uderzenia były bardzo odczuwalne.

Strach na szybkim zjeździe szybko ustąpił miejsca uczucie przeszywającego zimna, to właśnie zimno pchało mnie aby nie zwalniać jechać jeszcze szybciej wypatrując kolejnego podjazdy na którym będę mógł się choć trochę ugrzać.

Kolejna przełęcz to dodatkowe 300m wysokości i 3 stopnie mniej na termometrze. Chciałbym napisać jak piękne były widoki , jak wspaniale się czułem i jak bardzo polecam to miejsce – i pewnie bym tak napisał gdyby nie brak widoczności , bolące nogi i własne palce na  które  musiałem patrzeć hamując bo nie do końca byłem pewien czy klamki się zaciskają czy nie.

Trzecia a zarazem ostania przełęcz mimo swojego stromego podjazdu wyryła się w mojej pamięci jako ta najlżejsza. Może świadomość zbliżającego się końca części rowerowej, 30 kilometrowego zjazdu, albo co ważniejsze wysokiej 25 stopniowej temperatury jaka czekała na mnie w T2 zmazała wszystkie negatywne myśli.

Support GT RAT i TriathlonCamp jak zawsze w pełnej gotowości czekał nam nie na górze. I tak samo szybko jak ostatnio byłem znów na rowerze.

To uczycie gdy wchodzi się przemarzniętym do domu , wkładając ręce do letniej wody a one szczypią – tak strasznie szczypią. Dla mnie to szczypanie oznaczało tylko jedno – robi się cieplej.  Po około 20 min, zjeżdżając ubrany na cebulkę zaczynam rozpinać kolejne warstwy. Na 5 km przed T2 wyglądam jak powiewająca flaga – zatrzymanie się nie wchodzi w grę – a nawet jeśli, to co ja bym zrobił z taka ilością ubrań : )

T2 to strefa jakich mało – jedna toaleta , mały namiot oraz parking dla support …

 

Foto:

Michał Kuczyński

Swissman 2015 – How stories began

Ostatnie metry  postanowiłem spokojnie iść , za mną nie było widać nikogo, przede mną ostatnie 100 metrów podejścia do linie mety

– Lecimy dawaj Michał!
– Jeśli mam na ta metę wbiec to teraz muszę iść.

Jeszcze nigdy zadowolenie nie narastało we mnie tak szybko. Każdy krok w stronę mety rozszerzał mój uśmiech – te mięśnie muszą być jakoś połączone.  Po chwili nastąpił niesamowity przypływ energii. Z marszu przeszedłem w równy bieg, który nie sprawiał mi najmniejszego problemu. W tej jednej chwili , w tej jednej sekundzie czułem, że byłbym w stanie przenosić góry.

Nim organizator zdążył do mnie podejść byłem otoczony przez mój support. Chłopaki chyba tak samo jak ja nie do końca wierzyli w to co się stało.

– Michał coś ty narobił!
– Człowieku ale urwałeś!
– Przecież nikt nam nie uwierzy! – przekrzykiwali się nawzajem.
– Panowie przestańcie, to chyba nic takiego… Jestem na mecie, udało się ukończyć – to najważniejsze.

7 miesięcy wcześniej.

W dniu moich urodzin opublikowano listę uczestników Swissman Extreme Triathlon 2015. Marzenie, które do tej pory wydawało się być bardzo odległe a nawet nieosiągalne stało się celem, który przy pomocy ciężkiej pracy może uda mi się zrealizować.

Po rozmowie z trenerem postanowiliśmy, iż przez większość czasu będę  realizował plan przewidziany dla grupy zaawansowanej GT RAT i dopiero na kilka tygodni przed startem zwiększę objętość aby przyzwyczaić organizm do specyfikacji zawodów.

Decyzja ta szybko przyniosła pozytywny rezultat w postaci nieocenionej motywacji! Na treningach nie byłem sam! Za każdym razem towarzyszyli mi przyjaciele z grupy.

Swissman to kosztowna przyjemność dlatego inwestycja w sprzęt nie wchodziła w grę. Na szczęście dzięki pomocy Olimpius.pl dotarła paczka z Garmin VectorS.

Pomiar mocy napisał nowy rozdział w moich treningach pokazując ułomność treningów opierających się na tętnie. Oczywiście na pewnym poziomie tętno jest równie dobre a nawet w 100% wystarczające, jednak balansując na granicy możliwości pomiar mocy pozwala ją delikatnie przesunąć.

Przygotowanie fizyczne to jedna strona medalu. Seria AllXtri charakteryzuje się tym, iż każdy zawodnik w dniu zawodów musi sam zadbać o zorganizowanie sobie transportu rzeczy z T1 do T2 , bufetów oraz supportu który obowiązkowo towarzyszy mu podczas ostatnich 10 km biegu.

Decyzja kto jedzie była dokładnie przemyślana. Każdy z czteroosobowej ekipy miał inne cele do zrealizowania.

Rafał był odpowiedzialny za logistykę.
Olimpia i Kuba jako główny support to odżywianie i motywacja
Michał przygotowanie relacji foto i rozładowywanie atmosfery.

Jeśli ktokolwiek z Was będzie startował w jednej z imprez  Xtri– życzę abyście mieli tak zgrany i profesjonalnie przygotowany support jak mój :).

W listopadzie dokonałem rezerwacji noclegów. Od tego czasu można było skoncentrować się już tylko na trenowaniu.

Tygodnie mijały jak dni, długie weekendowe treningi dodatkowo je przyśpieszały. Nim się obejrzałem nadszedł testowy start w Sierakowie a zaraz po nim wyjazd do Szwajcarii.

Już nie było odwrotu. Na dwa dni przed startem o 4:00 nad ranem ruszyliśmy w drogę. 10 godzin później byliśmy w Szwajcarii. Mijając ostatnią przełęcz pogoda diametralnie się zmieniła. Z padającego całą drogę deszczu wjechaliśmy w 30 stopniowy upał. Ascona to piękne miasteczko z klimatem bardziej śródziemnomorskim niż alpejskim – na skwerach rosną palmy, a w przydomowych ogródkach bananowce i mandarynki.  Wakacje(!) – tylko ta myśl przychodziła mi do głowy – właśnie tak się czułem.

Na kilka godzin przed startem wszyscy uczestnicy zawodów oraz ich support stawili się na obowiązkowej odprawie . W małej sali gimnastycznej poddenerwowanie sięgnęło zenitu z chwilą gdy organizator pokazał nam slajd z pogodą.  Całodniowe opady deszczu , silny wiatr, a na przełęczach możliwy śnieg i minusowa temperatura. To zupełnie nie pasowało do naszych wyobrażeń.

21:00 ostatni posiłek i znów pizza –  chyba dziesiąta w tym tygodniu 😉

Zanim dotarliśmy do campingu prognoza pogody powoli zaczynała się sprawdzać. W dolinie ciężko o temperatury oscylujące w okolicach zera, ale silny i porywisty wiatr oraz wzburzone jezioro zwiększały i tak już wysoki poziom stresu.

Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Mimo buforu …

cdn.

https://www.facebook.com/pages/Love-What-You-Do

https://www.facebook.com/GrupaTriathlonowaRAT

Szlifowanie

To już ostatnie sprawdziany przed zbliżającym się startem w Swissman 2015.

Ten weekned planowany już od dawna miał mi pokazać czy zimowe przygotowania nie poszły na marne – po 48 godzinach wniosek nasuwa się tylko jeden – jestem gotowy, psychicznie i fizycznie jak nigdy dotąd.

Podobno jeśli człowiek sobie coś wiele razy powtarza to staje się to prawdą – zobaczymy 😀

Wszyscy wiemy, że zawsze może być lepiej, jednak w odróżnieniu od poprzednich sezonów trener nacika na to abym się nie przetrenował i nie skontuzjował, w końcu ten start to realizacja marzeń a nie walka o przetrwanie. Oczywiście chce wypaść na nim jak najlepiej ale nie kosztem własnego zdrowia.

Po tygodniu laby – bo właśnie tak można nazwać delikatne rozruchowe treningi w okresie regeneracji przyszedł czas na górki. Mimo wielu zapowiedzi pogoda zupełnie się nie sprawdziła i była idelana do jazdy rowerem.

Plan był prosty – zrobić blisko 3400 m przewyższeń podczas jednego treningi wyciągając wnioski z sygnałów jakie będzie mi dawał organiz.

Polska cześć trasy … tu poza Michałowicami – gdzie na całym podjeździe jest nowy asfalt – może przemilcze jakoś dróg. Prawdziwe przyjemne kolarstwo zaczyna sie po czeskie stronie. Drogi , kierowcy , piekne “szwajcarskie” wioski – tam aż chce się zwolnić aby nacieszyć oko tymi widokami.

Szklarska Poręba, Michałowice , Podgórzyn , Odrodzenie , Szpindlerowy Młyn , Rokitnice, Harahov , Jakuszyce , Szklarska Poręba

Do tego troche biegania i pływania – czy można czegoś chcieć wiecej.

Prawdziwe wnioski wyciągam dopiero dzisiaj, po odespaniu tych dwóch dni 🙂

– jeśli pogoda mnie nie zaskoczy wiem że jestem w stanie pokonać trasę rowerową

– batony domowej roboty w połączeniu z tabletkami i żelami Enervit-a zdały egzamin

– pić, pić i jeszcze raz pić – znacznie więcej niż 2 bidony na 4 godziny 🙂

– mniej patrzeć na zegarek a wiecej zaufać swoim swojej głowie

– pomyśleć o zmianie kasety na 11-28 🙂 ale tego juz wózek nie pociągnie 🙂

– więcej spać

– nie zapomnieć soli na start

– zapewnić sobie na mecie Enervit R2 🙂

Jem by żyć

Analizujac
plan trasy oraz otoczenie lini startu, jestem jak najlepszy agent służb
specjalnych – w mgnieniu oka odnajduje wszystkie cele, by być
przygotowanym na najgorsze, które wiadomo że nadejcie – nie umknie mi lokalizacja żadnej toalety ani ToiToi-a .
Jakoś to będzie – było moją
stałą dewizą. Jadłem przed i w trakcie startu nie testowane wcześniej produkty,  a następnie byłem zły na kolejne żołądkowe problemy.

Start
w Swissmanie zminił nie tylko moje podejście do treningów , uświadomił
mi też,  że tu już nie bedzie tak łatwo.

Dystans + przewyższenia = tysiące
kalorii które bede musiał przyjać na trasie. Kalorie = jedzenie .
Jedzenie = problemy
Problemy – na to tym razem nie moge sobie pozowlić – w końcu na trasie kolarskiej i biegowej nie ma toalet. 🙂

W ruch poszły wyszukiwarki internetowe, w których po wspisaniu  “baton energetyczny domowej roboty" wytskoczyło dziesiątki pozycji.

Trudno – zaczynamy od początku.

Przedemna
kilka dni testowania  smaków , składów i kaloryczności – jeśli już znajdę
typ, który mi najabardziej pasuje podziele się nim z wami. Oczywiście
przepisem 🙂 no chyba  że spotkamy się na treningu. 

Oczywiście nie wszytko można zrobić samemu – izotoniki i żele pozostają , ale o tym już niebawem.