Kona dla każdego ?

Pisanie tego bloga przychodzi mi chyba najciężej ze wszystkich dotychczasowych wpisów. Zawsze gdy robię podsumowanie jakiegoś okresu lub startu kończę je słowami – “przechodzi do historii”.

W tym wypadku wypowiedzenie tej sentencji nie jest takie proste. Niby walczymy o realizację marzeń jednak gdy do tego dochodzi zaczynamy czuć ogromne zakłopotanie – w końcu co tu teraz robić.

 

Tak jest właśnie w moim przypadku. Zrealizowałem jak do tej pory moje najśmielsze marzenie. Po 7 latach od rozpoczęcia przygody z jakimkolwiek sportem, po zrzuceniu 20 kilogramów, założeniu rodziny, powiększeniu jej o Stacha – wystartowałem i ukończyłem Mistrzostwa Świata Ironman, a gdy tego było mało to zrobiliśmy to wspólnie z Olimpią.

Był to jeden z moich najdłuższych projektów które przyszło mi prowadzić – ciekawe czy mogę dopisać to do swojego CV ? 🙂

Jeśli udało Ci się przebrnąć przez ten filozoficzny początek to teraz będzie już z górki, czyli kilka faktów i danych jak na mnie przystało. Oczywiście nie wszystko uda mi się zawrzeć w jednym wpisie dlatego jeśli tym razem nie znajdziesz tego czego szukałeś … to może lepiej będzie za tydzień 🙂

Czy każdy może wystartować na Konie ? Przekornie powiem – że NIE.

Mimo iż flagowym hasłem Ironmana jest Anything is Possible to osobiście się z tym nie zgadzam. Według mnie  nie wszystko, nie zawsze i nie każdy – co wcale nie zmienia w bohaterów czy też Bogów tych którzy pojechali na Kone. Po prostu w przypadku tych 2600 zawodników rocznie wszystkie uwarunkowania zostały spełnione. Za pewne jest ich znacznie więcej niż te o których przeczytacie poniżej jednak to już start na Mistrzostwach Świata to coś więcej niż Bike Maraton.

Praca czy Talent – uważam, że bez ciężkiej pracy nikt na Konę się nie dostanie, ale tak samo bez talentu. Te dwie rzecz idą z sobą w parze. Znam osoby które mogą poświęcić całe życie, zwolnić się z pracy, wydać majątek na treningi i starty a i tak nigdy nie zakwalifikują się na Kone – powodem nie jest brak zaangażowania czy chęci – powodem jest brak talentu do sportu.  To tak jakbyście wystawili mnie do Tańca z Gwiazdami – możecie dać mi najlepszych nauczycieli, nauczę się kroków, będę rozróżniać gatunki i style …. a i tak nie zatańczę w takt. To czy ma się talent na “Kone” widać bardzo szybko trzeba tylko popatrzeć na siebie z boku lub oczami trenera.

Pieniądze – to zawsze temat tabu. W Polsce nikt nie wie ile kto zarabia a powiedzenie ile kosztują zawody spotyka się z falą ogromnej krytyki szczególnie tych którzy dwa razy takie kwoty wydają rocznie na papierosy. Ale do rzeczy – Kona tania nie jest. Najpierw kwalifikacje czyli statystycznie kilka startów w Ironman , a przepraszam najpierw rok dwa treningu i wydatki na sprzęt, obiekty, trenera dopiero później starty w zawodach i wymarzona kwalifikacja. Kwalifikacja zdobyta i co dalej – trzeba za nią zapłacić a to dopiero początek wydatków 🙂 bo dostanie się na miejsce i pobyt tam do najtańszych nie należą.
Dlatego jeśli jesteś w stanie poświęcić dobrej klasy samochód aby wystartować na Konie to znaczy, że jesteś o krok bliżej startu. ( oczywiście rozłożone jest to w czasie, można zrezygnować z wakacji przez ostatnie 7 lat, wymiany samochodu, telewizji kablowej itp.)

Praca – nieliczni mogą pozwolić sobie aby trenować i nie pracować, większa grupa może pracować około 4h dziennie i trenować jednak największą grupą są ludzie na pełnym etacie którzy muszą połączyć 40h tydzień pracy z 15h tygodniem treningowym. Czy to jest normalne – oczywiście że nie ale w triathlonowym świecie to jedne z wielu przykładów tego jak bardzo potrafimy się zatracić w dążeniu do celu. I teraz bolesna prawda – jeśli pracujesz na pełen etat, dojeżdżając do pracy spędzasz w samochodzie 2 godziny dziennie, a do tego twój plan to około 12h tygodniowo, chcesz normalnie się wysypać 7h dziennie ( i błagam was nie komentujcie ze 6h wam wystarczy – przy takich obciążeniach treningowych regeneracja to podstawa, jeśli tego nie robicie to coś ucierpi a do wyboru macie cztery rzeczy – rodzina , praca , trening i zdrowie) to na życie rodzinne, zakupy i sprawy około egzystencjalne pozostaje Ci 3 godzinny dziennie , w weekendy bywa lepiej ale po ciężkich i długich sesjach treningowych jest się tak zmęczonym, że czas szybciej leci 🙂 Tylko pamiętaj, szanuj pracę bo dzięki niej stać Cię na tą zabawę 🙂

Czas – to coś czego zawsze brakuje i czego kupić się nie da, dlatego jeśli chcesz robić progress musisz nauczyć się go szukać. Czy potrafisz zrezygnować z części znajomych? Czy potrafisz zrezygnować z innych zainteresowań na rzecz twoje nowej i od teraz jedynej słusznej pasji? Czy pozbywając się telewizora przeżyjesz bez Klanu i Złotopolskich? Jeśli TAK – to znaczy, że masz kolejny element układanki

Rodzina –  jest darem o który należy dbać i go pielęgnować. Zaniedbanie jej nie tylko prowadzi do domowych konfliktów zbrojnych ale też w bardzo negatywny sposób wpływa na efekty twojej sportowej pracy. I to nie żart, nie da się zastąpić swojej rodziny rodziną Ironman-a – chodź przypominając sobie  zawodników na Konie którzy M-ke mieli wytatuowaną prawie na czole zaczynam chyba wątpić w to stwierdzenie. Dlatego zanim zaczniesz walkę o Mistrzostwa, zanim zrobisz pierwszy treningowy kilometr przedstaw swój plan najbliższym – oni nie tylko muszą go zrozumieć ale też zaakceptować – To nie Korea Północna i wrażenie tak olbrzymiej życiowej zmiany na siłę na pewno spotka się z dużą dezaprobatą – nawet jeśli do tej pory twoja połówka była bardzo potulna i spokojna.
Dodatkowo to właśnie rodziny będziesz potrzebował w tych najcięższych okresach przygotowania kiedy wracając z treningu dobrze mieć przygotowany zdrowy obiad a idąc spać nikt nie będzie Ci suszył głowy o nie wymyte podłogi..  Masz pieniądze, pracę , czas i rodzinę , no to jedziemy dalej.

Zdrowie – Ostatnim elementem układanki jest zdrowie. Najczęściej myślimy o nim dopiero jak się posypie. Ale to właśnie od niego zależy to czy uda nam się przetrwać ten morderczy okres walki o slota i przygotowań do Mistrzostw. NIe jestem od tego aby wam pisać jak się badać, co badać i na co zwracać uwagę bo akurat żaden ze mnie autorytet w tym temacie – po prostu zadbajcie o nie.

Szczęście – po co mi szczęście jak ciężko pracuję , mam talent , stać mnie na starty, praca mi na to pozwala a rodzina mnie wspiera ? Szczęście według mnie potrzebne  jest po to aby zgarnąć slota. Bo mimo super przygotowanej formy życia , na zawodach może zdarzyć się wszystko – począwszy od pojawienia się czarnego konia, który Cię pokona skończywszy na złapaniu gumy. Dlatego jeśli ktoś mówi że szczęście nie ma znaczenia to znaczy że nigdy na zawodach nie miał pecha.

Zapoznaliście się z częścią moich elementów układanki – oczywiście jest ich znacznie więcej ale coś muszę zostawić dla siebie 😀 lub po prostu was nie zanudzić….

W kolejnej odsłonie przygotowania i podróż, bo te elementy okazały się cięższe niż sam start.

Triathlon Karkonoski – czyli wycieczka po górach

Historia „Nowy Domek w Karkonoszach” wielokrotnie obiegła internety, i muszę przyznać , że ilekroć ja słyszę wprawia mnie ona w dobry nastrój – w końcu takie to prawdziwe.

Triathlon Karkonoski jest jak ten Nowy Domek,  z tej imprezy są takie fajne zdjęcia, każdy rozpisuje się, jak dobrze by było na niej wystartować, jest loteria … uuuu to na pewno musi być coś bardzo prestiżowego – wchodzę w to, najpierw się zapisze a później będę się martwił.

Cała euforia mija gdy po znalezieniu się na liście startowej i opłaceniu startu sprawdzasz profil trasy, albo i nie bo w końcu czym różni się ten start od innych, ma być trochę po górach to poćwiczę podjazdy na estakadzie nieopodal, a bieganie w parku bo podobno tam tylko kawałek jest po asfalcie.
Jeśli takie jest twoje podejście do tych zawodów – to już wiesz, że nie są one dla Ciebie.
Karkonoszman  to ciężka przeprawa która potrafi zająć od 5 do nawet 9 godzin !!! a jeśli treningi odbywały się tylko na estakadzie i w parku to bądź pewien, że raczej bliżej 9 godzin a szansa na DNF jest znacznie większa niż na ukończenie.

Jednak jeśli należysz do tej drugiej grupy, mającej świadomość z czym przyjdzie się im zmierzyć, trenującej w górach lub przynajmniej raz wcześniej pokonującej tą trasę ,  to ostrzegam – ten start jest niebezpieczny – niebezpiecznie uzależniający.
Żaden inny triathlon nie dostarczy Ci tylu emocji. Na Śnieżce jeszcze nogi będą czuły ostatnie metry podejścia a w Twoje głowie zacznie kiełkować ten szalony pomysł kolejnej edycji.
Będąc w Śląskim będziesz już planował i analizował co zrobiłeś nie tak i gdzie w przyszłym roku urwiesz kolejne minuty – tak – to jest właśnie esencja  Karkonoszmana

Tyle wstępu , teraz czas na moją krótką analizę.

Po raz pierwszy wchodząc do wody nie czułem zimna, mógłbym powiedzieć, że było mi nawet przyjemnie ciepło, jak w Poznaniu w ubiegłym sezonie – dlaczego wspominam ten start – bo właśnie wtedy po raz pierwszy odwodniłem się w wodzie – brzmi to irracjonalnie a jednak. Mocne pływanie jak na mnie , gruba pianka, ciepła woda – to idealny przepis aby po 30 minutach wiedzieć że na tych zawodach to powalczyć będę mógł – ale tylko o ukończenie.
Popełniłem pierwszy ale najważniejszy błąd – nie wyciągnąłem wniosków i nie słuchałem organizmu. Po okrążeniu bojko-łodzi rozpocząłem próby wychłodzenia się nabierając pod piankę wodę. Spowalniała mnie to znacząco jednak to był jedyny pomysł który przyszedł mi do głowy – a może trzeba było pić więcej wody z jeziora ?  Pomagało na chwile jednak nie rozwiązało problemu.

Po wyjściu na rower moje tętno szalało przez przeszło 30 km.  Na liczniku marne waty jak na rozjeździe a tętno jak na teście FTP – ależ ja byłem ugotowany. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego jak starać się jechać wolniej i nadrabiać deficyt płynów, co patrząc na temperaturę i zbliżające się podjazdy wydawało się niemal niemożliwe.
Mimo fatalnych jak na mnie watów melduje się drugi w T2 – przynajmniej tu obroniłem pozycje z ubiegłego roku. Teraz  jednak nie dysponuję taką przewagą czasową.  Rozsądek wygrywa i zakazuje dalszej rywalizacji w walce o podium . Nie abym się poddał – to do mnie nie podobne – nadal próbowałem biec ale już spokojnie w drugiej strefie bez szarpania.

Z łezką w oku patrzyłem jak mijają mnie kolejni zawodnicy, moja głowa została zmiażdżona gdy na zbiegu przy tempie 3:50 wymija mnie zawodnik lecąc jak kozica 3:10,  aby na końcu przeskoczyć leśny szlaban tak jakby to był kij na wysokości 5 centymetrów a nie metalowa rura na wysokości 1 metra –  ale spokojnie spisałem sobie wszystkie nazwiska i za rok się odkuję 🙂

Na mecie melduje się na 6 pozycji. Po raz pierwszy nikt nie musi mnie łapać, na mojej twarzy zamiast bólu jest uśmiech. Do podium straciłem około 10 minut – czy mógłbym powalczyć – oczywiście, że tak – walczyć zawsze można, jednak nie zawsze warto w końcu jesteśmy tylko amatorami.

Wnioski wyciągnięte – czas pomyśleć o cienkiej piance ze środkowej półki 🙂 chyba zbliża się kolejny wydatek.

Rower nie zawsze znaczy to samo.

Dwa koła , łańcuch, kierownica … i ta sama zasada działania. To chyba jedyne elementy jakie łączą rowerową część triathlonu z kolarstwem szosowym.

W miniony weekend startowałem na dystansie FUN ( 50km) podczas wyścigu kolarskiego w Miękini który jest elementem cyklu Via Dolny Śląsk – który osobiście uważam za strzał w dziesiątkę bo właśnie takich zawodów bardzo brakowało.

„Zaraz będą mnie zbierać z asfaltu” – to była pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy i to już po niecałych kilkuset metrach, gdzie doszło do pierwszego karambolu.
Startując kilka sezonów tylko w triathlonie, dodatkowo w wersji bez draftingu zapomniałem jak to jest jechać przez 50 km ze średnia prędkością 40km/h w grupie 50 osób przeciskając się przez ostre i wąskie zakręty , łapiąc pobocza, co chwile skacząc w ucieczce lub goniąc ucieczkę aby następnie znów wpaść w kocioł w którym raz z prawej raz z lewej czujesz na sobie łokieć innych kolarzy.

Tak właśnie wygląda peleton w amatorskim wyścigu kolarskim – to nie Tour De France, który ogląda się w telewizji – tu nikt ze sobą nie współpracuje, każdy pracuje na siebie, kombinuje od pierwszych metrów aby strzelić na końcu jak z procy. Osoby bez doświadczenia jazdy w grupie znajdują się w pędzącym peletonie ( bo utrzymanie się na ogonie takiego peletony jest możliwe) a następnie doprowadzają do sytuacji których konsekwencją bardzo często są wypadki.

Czy to jednak odstrasza mnie od kolejnego startu – oczywiście że nie, bo to jaki poziom bezpieczeństwa chce się mieć zależy tylko od nas samych. Jeśli grupa jest za silna, ma zbyt wielu nieprzewidywalnych kolarzy – wystarczy poczekać chwile, zwolnić a zaraz za plecami pojawi się kolejny peleton. Może tym razem bardziej ludzki  ( a ta minuta którą stracimy jest niczym w stosunku do szlifu który może nas pozbawić przyjemności z jazdy na kilka miesięcy i dodatkowo uszkodzić sprzęt)

Ja pojechałem tam z nastawieniem dobrej zabawy i walki w pierwszej grupie – dlatego robiłem wszystko aby pracować w niej od początku do końca. Doświadczenie jakie zdobyłem jest nieocenione. Teraz już jestem pewien , że kolarstwo to nie triathlon – ty BBS się do niczego nie przyda , patrzenie na waty mija się z celem bo jeśli jest ucieczka to gonisz ich za wszelką cenę, planowanie jedzenia – jakie planowanie – jesz i pijesz wtedy ja pije i je cały peleton. Całe moje poukładane triathlonowe  ściganie starło się z kolarskim chaosem.

W ten weekend pora no kolejne starcie podczas wyścigu w Sobótce podczas Visegrad V4 Race

Sprawdzimy czy jestem pojętnym uczniem.

PS. Dodatkowo przetestowany w boju nowy produkt #dashrade – więcej informacji niebawem

Foto:
Kasia Rokosz Fotografia

Legalny doping

„Jak jechać aby dać z siebie wszystko na rowerze  a na bieganie pozostawić odpowiednią ilość sił ?”  – to  odwieczne pytanie każdego triathlonisty.
Czy to jest w ogóle możliwe ?
Oczywiście, że tak – dowodem na to są czasy biegowe zawodników PRO – wielu z nas chciało by mięć takie życiówki na zawodach biegowych – Maraton w 2:40 !!!!

Schemat moich pierwszych startów zawsze był taki sam :
– pływanie na przeżycie
– rower w trupa
– biegnę ile mogę, potem idę, starając się stracić jak najmniej czasu z tego co wypracowałem na rowerze.
Oczywiście jest to jakieś rozwiązanie , założony efekt może uda się nam osiągnąć.
Wydaje mi się, że stosując ten schemat najbardziej ucierpi nasza regeneracja,  która zajmie dużo więcej czasu. Nie wspominając o odczuciach po przekroczaniu linii mety w stanie agonalnym.

Po kilku sezonach przyszła pora na zmianę. 3 lata temu do moich treningów zawitał pomiar mocy (Garmin Vector). Nie ukrywam, że nauka jazdy na mocy, szczególnie podczas zawodów zajęła mi dobre kilka miesięcy, jednak już po pierwszych startach widać było zmianę schematu:
– pływanie na przeżycie
– rower z pilnowaniem watów
– mocny bieg do samego końca.
co najważniejsze moje czasy, oraz samopoczucie po starcie zaczęły się poprawiać.

Jak pilnować watów

Sprawa wydaje się prosta – jedziesz patrząc na cyferki która powinny utrzymywać się w założonych widełkach – banalne.  Jednak w rzeczywistości wahania mocy mogą doprowadzić Cie do szału. Raz 150 raz 400W – i jak tu jechać równo. A dodatkowo skąd mam wiedzieć jaką mocą jechać podjazd , a jaką zjazd.  Jechanie równą mocą w terenie zaczyna wydawać się niemożliwe – i właśnie takie jest .
A jeśli coś jest niemożliwe lub ciężkie to na pewno znajdzie się ktoś kto napisze aplikacje ,która z niemożliwego zrobi możliwe i jeszcze na tym zarobi.

Tak pewnie powstał BestBikeSplit – aplikacja która pozwala nam zaplanować rozłożenie mocy na trasie kolarskiej a dodatkowo przy wykorzystaniu odpowiednich urządzeń możemy widzieć live jaką mocą powinniśmy jechać.

Czy stosowałem ten sposób – oczywiście, że tak – jednak tylko na długim dystansie . Nie jest to doping a pomaga prawie równie dobrze 🙂

Na Ironman pilnowałem się do tego stopnia, że różnica pomiędzy założoną a osiągniętą mocą wynosiła +/- 2% a czas na zawodach praktycznie pokrywała się z czasem jaki wyliczyła mi aplikacja co w walce o slota wydaje się naprawdę istotną rzeczą. Bo schodząc na bieganie dobrze wiesz jakie są Twoje rezerwy i jak bardzo możesz podkręcić swoje tempo.

Można tez nie wybierać drogi na skróty i po prostu jeździć, jeździć i jeździć… po jakimś czasie nasze ciało samo wie kiedy można przycisnąć a kiedy należy odpuścić i do pełni szczęścia potrzebne są tylko 3 liczby których powinniśmy się trzymać – moc na podjeździe , zjeździe i płaskim odcinku – w końcu każda trasa kolarska składa się tylko z tych trzech elementów 🙂

Pomiar mocy moim zdaniem jest jedną z najlepszych inwestycji w rower. Przekonacie się o tym już po pierwszym treningu.

 

 

 

 

Veni Vidi Vichy – Ironman 2016

Vichy położone jest w centralnej Francji około 1400 km od Wrocławia. Dotarcie do tego urokliwego miasta jest dla przeciętnego śmiertelnika z Polski nie lada
wyzwaniem. Do wyboru mamy tylko dwie możliwości:

– lot z przesiadkami z Wrocławia i Warszawy bądź bezpośredni z Berlina – bezpośredni ale tylko do Lyonu , tam czeka nas wynajęcie samochodu i 70 km podróż.
– 15 godzinna podróż samochodem ( na szczęście w 90% jedziemy autostradą )

Zbliżając się na miejsce ( po wybraniu drugiej opcji ) zaskoczeni jesteśmy jakością dróg które przecinają niezliczoną ilość pastwisk i winnic. Wszystkie mijane wioski przywodzą w pamięci sceny z filmów wojennych gdy Alianci wkraczali do Normandii – z tym wyjątkiem , że tu nie spadła nawet jedna bomba.

Na zwiedzanie samego Vichy (do centrum którego mieliśmy około 30 km z miejscowości Souint-Parsainw której spaliśmy) nie było za wiele czasu. Szczególnie, że robiliśmy to po w poniedziałek po starcie gdzie nogi nadal nie bardzo chciały współpracować, pomysł chodzenia pięknymi ulicami zupełnie nie przypadł im do gustu. Połączenie w jeden weekend dwóch imprez Ironman 70,3 w sobotę  oraz 140,6 w niedziele wiązało się z brakiem miejsc noclegowych w obrębie 50 km od Vichy. Jednak dla organizatora jest to podwójna korzyść przy rozstawieniu tej samej ilości barierek, namiotów itp.

Udało nam się zwiedzić na rowerach kawałek okolicy i wniosek był jeden – będąc Francuzem trzeba być dobrym kolarzem. Idealne asfalty, ciągle interwałowe trasy, piękne widoki i brak ruchy na bocznych drogach – marzenie. Och jak bardzo mieliśmy się zdziwić już za kilka dni.

Pogoda to loteria, historycznie powinno być około 24 stopni a było 37 w cieniu do tego woda w rzece nagrzała sie do 27 stopni – brak pianek – wniosek : warto na
treningach popływać czasem tylko w spodenkach.

No ale na pogodę nie ma co narzekać – każdy miał taką samą

W Vichy z uwagi na brak możliwość typowego rolling-start z brzegu wprowadzono rozwiązanie trójkowe. Co trzy sekundy do wody wskakiwały 3 osoby. Takie rozwiązanie daje maksymalny komfort przy starcie, jednak zmniejsza  możliwość złapania draftu. Na trasie pływackiej znajdują się boje z oznaczeniem dystansu co ułatwia prawidłowe rozłożenie sił – to jest olbrzymi plus szczególnie dla osób początkujących. O takim rozwiązaniu powinny pomyśleć wszystkie edycje.

Strefa zmian zlokalizowana jest bardzo blisko wyjścia z wody i wejścia na rower dlatego czas w niej spędzony jest bardzo krótki.

Trasa rowerowa to dwie pętle poprowadzone po  najbardziej dziurawych drogach  na jakich było dane mi jeździć podczas tej wyprawy. Długo zastanawiałem się jakim cudem przy takiej ilości ładnych dróg organizator był w stanie wybrać takie „dziadostwo”.  Ilość urwanych koszyków , zgubionych bidonów i innych doklejonych do rowerów elementów była zadziwiająca. Paradoksalnie na poboczach nie było zbyt wiele osób z przebitymi oponami. Bufety rozlokowane co 20-25km umożliwiają spokojną jazdę bez obawy o braki w nawodnieniu. Ulokowane są w miejscach gdzie wszyscy zawodnicy muszą zwolnić co minimalizuje prawdopodobieństwo nie złapania bidony. Dla mnie jednak strefy były bardzo krótkie co uniemożliwiało wymianę dwóch bidonów ( jeśli jednym chciałbyś sie polać lub dolać do przedniej torpedy)

Trasa biegowa to 4 pętle po 10 km. Na każdej pętli dwa podbiegi na most i 5 bufetów. Charakterystyka trasy powoduje że na całej jej długości znajduje się  niezliczona rzesza kibiców. Dodatkowo przy każdej pętli przebiega się tuż ( dosłownie tuż ) koło mety co dodatkowo daje niesamowitego motywacyjnego kopa. Nie wiem jak to jest kiedy przebiegając obok mety widzi się jak na metę wbiegają inni – taka sytuacja zamiast motywować chyba demotywuje.

Regeneracyjny bufet po starcie… ocena tego punktu zależy w wielkiej mierze od oczekiwań. Jeśli dla kogoś wystarczy zimne piwo , zimna pizza i naleśniki – to będzie
naprawdę uradowany. Ja po cyklu IM oczekuję czegoś więcej. Przede wszystkim sam dystans powoduje, że niezależnie od temperatury ma się ochotę na coś ciepłego i
nie koniecznie słodkiego. W Vichy brakowało wszystkiego co było mi potrzebne dlatego ten element zawodów oceniam chyba najgorzej.

W poniedziałek odbywa się ceremonia wręczenia nagród ( nagród w rozumieniu statuetki IM oraz wpłaty 1000 USD za slot na Kone) połączona z “uroczystym” obiadem

dla zawodników oraz ich rodzin ( jeśli wykupisz bilet za 20 EUR dla członka rodziny ) . Tu po raz kolejny spotkało mnie kartkowe zaskoczenie. Jedna woda , jeden
deser i tym razem ryż z owocami morza ( na pasta party był makaron z czymś co przypominało wyglądem dobry sos ) – było naprawdę uroczyście.

To mój czwarty start i tym samym trafia na czwarte miejsce ( Klagenfurt , Nicea, Barcelona, Vichy ) w mojej ocenie. Vichy jak do tej pory jest miejscem do którego raczej nie wrócę – czego na pewno nie mogę powiedzieć o Klagenfurcie i Nicei. Ten start dla mnie to nowa życiówka i kolejna porcja doświadczeń.

image

Woda… gdzie jest woda

Miało być testowo… miało być sprawdzenie przed Vichy a wyszło jak wyszło.

Challenge Poznań bo o tych zawodach mowa – nie chce rozpisywać się na temat organizacji, każdy kto brał udział musi takiej oceny dokonać samodzielnie. Dla mnie nie są to pierwsze ani ostatnie zawody, dlatego wydaje mi się, że szkoda energii i nerwów – lepieje poświęcić ją na trening.

Start o 12:00 – to dla mnie coś nowego , co zjeść ? jak się nawadniać ? kiedy iść spaść ? – to wszystko przetestowałem w ten weekend. Wnioski – Dobrze że nie był to mój start docelowy 🙂

Malta położona w niecce nagrzała się do iście hawajskich temperatur – mimo że jeszcze tam nie byłem to właśnie tak wyobrażam sobie start na Konie.
W połowie dystansu pływackiego miałem już przeczucia że nie jest dobrze, płynęło się wolno, jak w zupie, co jakiś czas docierała do twarzy fala zimnej – no nie przesadzajmy – chłodnej wody, jednak to było za mało aby ochłodzić przegrzany organizm.
Pianka do torby, kaska na głowę i po rower. Tak wygląda T1… a przynajmniej tak powinno wyglądać. Po raz pierwszy trudność sprawiło mi sprawne zdjęcie a może nawet spakowanie pianki. Byłem jak w amoku albo po dobrej imprezie w akademiku. Wszystko wydawało dziać się w zwolnionym tempie.

To nie dało mi jeszcze do myślenia … a powinno 🙂

Plan na te zawody był jeden. Nie ma Michał Podsiadłowskiego – to jest szansa aby spróbować mieć najszybszy czas rowerowy wśród amatorów. Niestety taki sam plan mieli również inni 🙂

90 kilometrów przez mękę … inaczej bym tego nie nazwał. Odżywianie i nawadnianie położyłem po całości. Na tak pięknej trasie mój wykres mocy przypomina raczej morze podczas sztormu a nie idealną linie prostą ( co w konsekwencji odbiło sie na moich średnich watach które były mniejsze aż o 20 od planowanych). To wszystko przyćmiewa moje wejście do T2, tu oficjalnie otrzymałem odznakę “Janusza części rowerowej”. Na belce zaczepiłem nogą o bidon, zrobiłem uślizg na blokach a następnie wywaliłem się na niebieskim dywanie  – BRAWO dla tego Pana.

Bawimy się dalej ?

Trochę czasu zajęła mi odpowiedz na to pytanie. Z obitym biodrem i  odwodnieniem nie było mowy na bieg w granicach planowanego 4:15, na początku nie było nawet mowy o 6:00  🙂
Skoro już nie mogę potrenować mięśni nóg, to może warto sprawdzić jak działa moja głowa w obliczy nieubłaganej porażki.
“Poczuj ten luz i baw się tym sportem”  – czasem warto przypomnieć sobie kilka trenerskich rad.

Po drodze spotkałem wielu znajomych, przybiłem niezliczoną ilość łapek i nareszcie wypiłem kilkanaście butelek wody.
Czas na mecie nie powala, miejsce też dalekie od założonego – to po prostu nie był mój dzień. Za to był to dzień dla wielu lepszych ode mnie.

Gratulacje należą się wszystkim którzy tego dnia startowali bo warunki nie rozpieszczały. Po raz pierwszy w grupie spadłem na drugie miejsce więc nie pozostaje mi nic innego jak wyczyścić rower nowemu liderowi – Mateusz gratulacje występu.
Ten start dał mi wiele cennych lekcji, miejmy tylko nadzieję, że wyciągnę poprawne wnioski.

Więcej na stronie  Grupa Triathlonowa RAT oraz na profilu FB

 

W pogodni za czarownicą

image

Od mojego startu w IM mija ponad miesiąc. W tym czasie sportowo  nie działo się za wiele. Zmiana pozycji na rowerze ( ma być szybciej), praca nad techniką biegu ( ma być lżej ) oraz co najważniejsze – regeneracja i sprawdzenie w jakim stanie jest mój organizm i czy w tym roku będzie można jeszcze o coś powalczyć. Po szczegółowym

sprawdzeniu cyferek z Nicei wynika, że dysponuje pewnym buforem z którego mógłbym jeszcze coś uszczknąć podczas kolejnego startu – coś co przy idealnym dniu doprowadzić by mnie mogło do slota – bo jeśli mam startować to z wysoko postawioną poprzeczką

Pierwszym testem na drodze do kolejnego IM był start  na dystansie Olimpijskim w Triathlonie Świętokrzyskim. W tym roku odbyła się pierwsza edycja tych naprawdę wartych polecenia zawodów. Widać, że organizatorzy nie nabierali doświadczenia na swoich zawodach a raczej wdrożyli najlepsze rozwiązania wykorzystywane u innych organizatorów.

image

Etap pływacki to jedna pętla po bardzo przyjemnym akwenie, strefa zmian ulokowana na zaporze, trasa rowerowa z trzema zakrętami (  w tym dwie nawrotki) i idealnym asfaltem oraz 10 km trasa biegowa w większości prowadzona ścieżkami leśnymi osłonięta od bezpośredniego działania słońca.

W tym wypadku więcej chyba nie trzeba pisać – te zawdy na pewno trafiają na moją listę startów w sezonie 2017

Wynik może nie do końca spełnił moje oczekiwania – 2:12 , powinno być trochę lepiej – ale co zrobić jak zapomina się numeru ze strefy i trzeba nadrobić 400m , a podczas etapu rowerowego sam zafundowałem sobie dwa razy stop and go a to wystarczyło aby z planowanych 290W wyszła realizacja na poziomie 275W (awaria – dobrze, że wynikła teraz a nie na IM). Liczyłem na 2:09 które było w zasięgu – ale to przy najbliższej okazji.

 

Kalendarz startów na www.gtrat.pl

Ironman Nicea “30-34 “

Ciekawe co by było gdybym ten sport poznał kilka lat wcześniej  – tego nigdy się nie dowiem. Za to dziś wiem jedno – rywalizuje w jednej z najmocniejszych grup wiekowych, w której pierwsza dziesiątka osiąga lepsze wyniki niż połowa zawodników PRO.

Tak było i tym razem podczas kolejnych zawodów Ironman, w których brałem udział – Ironman Nicea.

image

Pomysł na ten start nie urodził się w mojej głowie. Był częścią wielkiego planu przejęcia władzy nad światem, który ciągle tli się w głowie SuperMario. Na początku startować miał tylko Mariusz,  ostatecznie aż  czwórka zawodników GT RAT ( Michał Wojtyło, Mariusz Chrobot, Arek Janiszewski, Artur Chojnacki) odebrała pakiety i stanęła do rywalizacji na najtrudniejszej trasie w europejskim cyklu zawodów Ironman.

Zawody w Nicei nie słyną z kosmicznie wyżyłowanych czasów.  Tu wygrywają zawodnicy z czasem w granicach 8:30, a o zbliżeniu się do 8 godzin można zapomnieć. Tu trasa rowerowa pokrywa się z jednym z etapów Tour de France i  wymaga pokonania 2400 m przewyższeń oraz 60 km niesamowicie wąskich i technicznych zjazdów. Gwoździem do trumny jest maraton poprowadzony nadmorskim deptakiem pozbawionym odrobiny cienia ( historycznie w Nicei temperatura na maratonie nie spada poniżej 30 stopni).

Będąc po raz pierwszy na zawodach tej rangi wszystko potrafi zaskoczyć. Począwszy od lokalizacji i wyglądu mety, skończywszy na procedurach wprowadzania rowerów do strefy zmian. Wszystkie te procesy mają swój olbrzymi plus – na każdych kolejnych zawodach wszystko  będzie wyglądało tak samo – wystarczy przeżyć te pierwsze.

I tak pod względem organizacji Nicea wyprzedziła Barcelonę …  o lata świetlne. Począwszy od zaangażowania organizatorów, skończywszy na pasta party ( może z wyjątkiem bufetu po samych zawodach, którego wole sobie nie przypominać – chodź nie było tam zbyt wiele do zapamiętania). Największym zaskoczeniem było ściganie się przy ruchu otwartym z naprzeciwka . Nie brakowało sytuacji w których zza zakręty pokonywanego z prędkością 70 km/h wyskakiwał samochód – takie sytuacje niestety bardzo mocno działają na psychikę – trzeba zwolnić, w końcu jest dla kogo żyć.

Dla mnie sam start był czymś w rodzaju wakacji. 5 dni poza domem na Lazurowym Wybrzeżu – czego chcieć więcej. Jazda samochodem nie byłaby najlepszym pomysłem w końcu to 15h za kółkiem Na szczęście na ratunek przyszedł EasyJet z Berlina, którego koszty były porównywalne – nie wspominając o tym, że po 6 godzinach byliśmy w Nicei.
Tu z osobistym dietetykiem w postaci SuperMario zaczęło się ładowanie węglami – on akceptował plan żywieniowy ja zajmowałem się realizacją. Tym razem nie było pięciu pizz dziennie a tylko jedna na 3 dni przed startem. Za to nie brakowało zdrowych węgli i Jegera 🙂

image

Tym razem nie miałem zamiaru popełnić błędu w odżywianiu, zrobiłem to w Klagenfurcie i Barcelonie – do trzech razy sztuka. Na sam start z kalkulatorem wyliczona została odpowiednia ilość węgli – Enervit poszedł w ruch. Jak wszędzie tak i ty są gorsze, lepsze i kosmiczne produkty. Do tych kosmicznych  zaliczam izotonik i żele Competition.

Sam kiedyś czytałem wpisy licząc na to, że ktoś poda mi receptę na sukces. Na próżno, każdy z nas jest inny , różnie przyswajamy produkty sportowe  i inaczej na nie reagujemy. Dlatego zamiast szukać co jest najlepsze dla innych, zacznijcie sprawdzać na sobie. Tylko nie w dniu zawodów, a na kilka miesięcy przed. Ja dopiero po kilku latach znalazłem swój żywieniowy złoty środek, które i tak będę jeszcze udoskonalał.

W pełni gotowy o 6:20 czekałem na start zawodników PRO, 10 minut po nich ruszył rolling start ( nowy pomysł IM aby uniknąć niepotrzebnej pralki w wodzie – według mnie coś prostego a zarazem skutecznego w szczególności dla osób początkujących). 

Woda jak to woda, mokra i słona. Tu chyba za wiele więcej nie da się powiedzieć. Czy mogłem szybciej – pewnie tak ale była by to kwestia 1-2 minut

Strefy  mogły by być krótsze, jednak z uwagi na wąski deptak, na którym usytuowane były rowery w T1, miałem około 1km biegu, T2 to już tylko 400m

image

Rower to jazda epicką trasą, która śnić będzie mi się po nocach. Piękne widoki, kibice w każdym miasteczku a do tego przepiękny techniczny zjazd. Dla tej trasy warto tam pojechać.

Bieganie przypominał spacer po rozgrzanych węglach. Asfalcie który wprost parzył, do tego brak cienia, gąbek z wodą oraz lodu.

Jadąc do Nicei. nie jechałem po slota. Nie czuje się jeszcze na siłach aby tego dokonać, natomiast po zejściu z roweru, biegnąc przez strefę naliczyłem nie więcej niż 40 rowerów, co oznaczało że jestem w ścisłej czołówce ( startowało ponad 40 zawodników PRO z których już na trasie rowerowej sporo zostawiłem za sobą) –

postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę.
Medal zdobędę na pewno, teraz tylko kwestia czy będzie do niego ładny “żeton z palemką – idealny do wózka w markecie”. Tempo jakie sobie narzuciłem – 4:20 – udało mi się utrzymać przez około 30 km , ostatnie 12 km było już ciężką walką którą niestety przegrałem tracąc na tym odcinku około 10 minut do czasu który założyłem sobie na początku biegu.

 

Nicea jest pierwszym startem z którego jestem bardzo zadowolony – tu nie było przypadku, wszystko zostało zaplanowane a plan został zrealizowany w 110%. Kony nie ma, ale też jest zajebiś…….

Po raz pierwszy w historii jestem w pierwszej dziesiątce swojej kategorii oraz pierwszej pięćdziesiątce open będąc wyprzedzonym tylko przez 16 zawodników PRO.

Dodatkowo z tych zawodów przywiozłem olbrzymi plecak doświadczeń których nie zawaham się użyć na kolejnym pełnym dystansie. A tam będzie już walka o slota 🙂

image

 

image

 

image

Trzebnicka przeprawa z Szerszeniami

Przepiękna okolica, wspaniała trasa a do tego niesamowita rodzinna atmosfera – to tylko kilka powodów dla których Trzebnicki Maraton Rowerowy Żądło Szerszenia to zawody na których trzeba być.

Konwencja tych zawodów pozwala wszystkim amatorom kolarstwa na sprawdzenie swoich możliwości podczas dwóch zaplanowanych tras 85 oraz 150 km.
Podczas kilku godzin ścigania mamy okazje podziwiać setki hektarów rzepakowych pól, bezkresne tafle wody stawów milickich oraz  przemierzać najwspanialsze podjazdy Kocich Gór.

Zawodnicy startują w 10 osobowych grupach dobieranych losowo( w odstępie 2 minut ), to pozwala zminimalizować ryzyko olbrzymich kraks, które bardzo często mają miejsce w amatorskich wyścigach ze startu wspólnego gdzie na jednej linii staje kilka tysięcy zawodników.

Los decyduje do jakiej grupy trafimy, a mamy kilka możliwości :

Trzebnickie harty – grupa dla której utrzymanie średniego tempa na poziomie 45km/h nie stanowi najmniejszego problemu. Składa się z minimum 3 dobrych kolarzy którym większość nawet nie jest w stanie utrzymać “koła”. Trafiając do takiej grupy mamy dużą szansę na dojechanie na bardzo wysokiej pozycji.

Pitu Pitu – tu liczy się samo jechanie, pozycja ma dużo mniejsze znaczenie. Z uwagi na osiąganą prędkość ta grupa jest najbezpieczniejsza. Każdemu kto po raz pierwszy trafi na Żądło życzę aby wylądował właśnie w takiej grupie.

Wybuchowy mix – to prawdziwa niebezpieczna mieszanka nabuzowanych adrenaliną kolarzy pędzących po wygraną oraz amatorów którzy nigdy wcześniej nie jeździli w grupie. Jeśli nie czujemy się na siłach tak szybko jak tylko głowa na to pozwoli powinniśmy odpuścić swoją grupę i poczekać na inną spokojniejszą i lepiej dopasowaną do własnego poziomu.

Dlatego właśnie dla  własnego bezpieczeństwa bardzo ważne jest aby poprawnie ocenić swoje realne umiejętności.

Dla mnie Żądło to kultowy wyścig bez którego nie potrafię wyobrazić sobie sezony.

Początki to dystans mini a od dwóch lat dystans mega.

Mega potrafi dać w kość, pierwsze 120 km to płaski odcinek na którym tempo jest bardzo mocne. Często przed dojazdem do pierwszych wzniesień średnia prędkość z łatwością przekracza 40 km/m. Ostatnie 30 km to eskapada po Kocich Górach. Tam każdy nawet najmniejszy podjazd daje już mocno w kość i to właśnie na tym etapie większość grup zostaje rozbite a co mocniejsi zawodnicy próbują ucieczek – w końcu meta już tuż tuż.

Ostatni test przed IM Nicea zaliczony, wyniki trochę mnie rozczarowały, tu jednak aby realnie ocenić swoją predyspozycje niezbędna jest głębsza analiza planu treningowego. W końcu nie każdy na dzień przed startem w wyścigu biega 20 km albo jeździ 60 km w tempie zawodów 🙂 ot to taki życie triathlonisty.

Do zobaczenia już za rok !!!

 

Miękinia jak bumerang.

Jeszcze pięć lat temu po założeniu garmina każdy trening kończył się rekordem.
– pierwszy kilometr poniżej 6min/km
– pierwsze 10 km ( ooo to po kilku tygodniach )
– pierwsze 21 km ( to nawet po roku )

Obecnie wracając z treningu cieżko jest zaskoczyć samego siebie, nie wspominając już  o olbrzymiej bazie danych garmin connect – bo kto jak nie garmin i google wie o mnie najwięcej.

Coraz częściej do głowy przychodzą mi najdziwniejsze pomysły realizowania treningów ( trochę za sprawą trenara – a jak wiadomo trener ma zawsze racje 🙂 ) , trochę chcąc urozmaicić rutynę codziennego trenowania na tych samych trasach.
W ten weekend okazji ku urozmaiceniom było aż nadto. Najpierw Bike Maraton Miękinia przenoszący mnie z asfaltu  do krainy błota, a dzień póżniej zakładka w której główną cześć miał odegrać półmaraton rozgrywany również w Miękini.

Wraz z Mario – kolegą od upodleń – umówiliśmy się na poranny trening rowerowy tak aby prosto po zrobieniu pętli podjechać na start , zrobić szybkie T2 i ruszyć na 21 kilometrową trasę biegową.

Rower jak wiadomo to mój konik – jednak po starcie w maratonie MTB z tego konika wyszła raczej szkapa. Kręciło się bardzo ciężko a do tego te liczby na garminie –  załamywały !!!. Moc jak sprzed kilku lat ( nie wiem z jaką mocą wtedy jeździłem ale zapewne był to taki poziom) i bardzo wysokie tętno

to będzie ciężki dzień

Jaka szkoda, że nie wpadłem na pomysł aby skalibrować moc po wymianie baterii – zapewne nie załamywał bym się tak bardzo – tu człowiek uczy się całe życie.

Po 60 km w nogach przyszedł czas na szybkie T2, z tym szybkie to bym nie

przesadzał, ja byłem w totalnej rozsypce , gdy Mario już biegł na start ja sznurowałem nowe buty, w końcu na to w domu nigdy nie było czasu.

Na starcie spędziliśmy 30 sekund, udało mi się spotkać Olimpie , pomachać do Stacha i strzał.

Taka zakładka to zupełnie nowe doświadczenie, jeśli na rowerze tętno trzymałem w ryzach, tak teraz poszybowało ono w kosmos, a musiało bo trzeba było łapać Mateusza który wyrwał jak poparzony.
Od 2 kilometra – bo tyle zajęła mi pogoń za tym hartem, pracowaliśmy jak zgrany duet, częste zmiany, podciąganie się i motywacja a do tego równe trzymanie tempa.
Na 18 km spotkałem go , siedział sobie w rowie i czekał, tylko dlaczego właśnie na mnie  – Kryzys Kowalski.

Chwile z nim podyskutowałem o sensie dalszego biegu – każdy z nas miał inne zdanie na ten temat dlatego po kilkuset metrach rozstaliśmy się w gniewie…a niech sobie z kim innym pogada.

Te kilka chwil wystarczyło aby Mateusz odskoczył na 200 metrów. I znów czekała mnie mordercza pogoń. Jeśli ktoś uważa że 200 metrów to nic wielkiego , niech postara się po 19 kilometrach przyspieszyć o 15 sekund.

Tylko  dzięki uprzejmości Mateusza na 300 metrów przed metą biegliśmy już razem. Metry uciekały,  a my rozpoczęliśmy dyskusje jak przekroczyć metę. Pomysłów było kilka , każdy chciał być dżentelmen przepuszczając tego drugiego, ktoś ( dobrze wiemy kto ) krzykiem zasugerował aby złapać się za rączki.

Zamiast tego postawiliśmy na los – los szczęści – starając się przekroczyć metę razem. Tu szczęście uśmiechało się do mnie – do biegu wystartowałem sekundę za Mateuszem i to właśnie ta sekunda zaważyła – chodź i tak uważam że tego dnia pierwszeństwo należało się właśnie jemu 🙂

Po takiej zakładce nie mogę mieć sobie nic do zarzucenia.
Tempo biegu w granicach 3:50 daje dużo nadziei przed zbliżającym się startem w Ironamn Nicea. Dodatkowo nowa życiówka na półmaratonie – może tylko kilka sekund ale to zawsze coś 🙂 ( trasa o wiele łatwiejsza niż Ślężańska jednak w tym wypadku zmęczenie po zawodach i porannym rowerze nie pozwoliło na więcej mimo że głowa już widziała na zegarku te 1:19:59)