Sinusoidalne wahania formy

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło że to roczny wykres wahań formy . W końcu nie zawsze można mieć szczyt 🙂

I nie miałbym  nic przeciwko temu gdyby nie fakt iż jest to wykres z ostaniach 2 miesięcy podczas których co rusz nękają nasz dom egipskie plagi. Człowiek się dwoi i troi aby się zabezpieczyć i uodpornić ( na tyle na ile to możliwe) , a te zarazki i tak znają sposób aby się do nas wprowadzić.

Takowym to sposobem właśnie odbębniam chyba już trzecią infekcje.  Moja forma to raczej krzywa spadkowa a motywacja już puka w dno od spodu.

Dodatkowo aby jeszcze skuteczniej się załamać w TrainingPeaks codziennie pokazuje mi stosunek mojej obecnej formy do tej sprzed roku – chyba wyłączę ta opcje 🙂

Nie popełniajcie tego samego błędu, który mi przytrafia się po dziś dzień – zapominam, że w tej zabawie najważniejsza jest właśnie zabawa.

Do zobaczenia ( mam nadzieje ) już niebawem na treningu

Zwift – taki mamy klimat

Taki mamy klimat

Niestety nic z tym nie zrobimy ( co też nie do końca jest prawdą bo na chwilę obecną robimy wszystko aby doprowadzić do jeszcze większego globalnego ocieplenia – a wtedy może będziemy mieli jak w Australii , albo chociaż w Hiszpanii … a może jak na lodowcu – kto wie )

Każdym kto planuje przetrwać okres zimy, a przy okazji zbudować rowerową formę musi odpowiedzieć sobie na pytanie – “ Jak tego dokonać aby nie oszaleć”

Do dyspozycji mamy kilka możliwości

  • zajęcia grupowe “spinning” – tylko czy to tak naprawdę jest trening, są to bardzo cenne zajęcia dla osób zaczynających zabawę z kolarstwem jednak mają pewne ograniczenia – zajęcia trwają przeważnie 50 min, osoba prowadząca często ma misję do spełnienia więc realizacja własnego treningu jest niemożliwa a do tego ta urywająca głowę muzyka. Tu na ratunek przyszło kilka klubów takich jak PumaGym w których odbywają się 2 godzinne zajęcia nastawione na triathlonistów i kolarzy.
  • MTB, przełaj – bo w końcu po to jest zima aby poszaleć na MTB, tylko jak tu zrobić trening interwałowy przy -10 stopniach.
  • trenażer – najczęściej spotykane rozwiązanie wśród amatoro-zawodowców oraz osób które chcą przepracować  zimę zgodnie z planem treningowym

Osobiście należę do tej ostatniej grupy, mam świadomość jak ważna jest realizacja plany, jednak mam też słabość – ciężko mi zmobilizować się do wysiedzenia 90 minut na tej przytłaczającej maszynie.

Moja głowa po 60 minutach mówi dość, po 75 zaczyna się migotanie przedsionków a po 90 ostatnie resztki motywacji znikają. (Oczywiście Świat udowadnia, że między nami zwykłymi śmiertelnikami znajdują się jednostki które potrafią wytrwać w tej pozycji nawet 6 godzin – co dla mnie jest wyjątkiem od reguły).

Testowałem już wszystko co tylko przyszło mi do głowy

  • muzyka
  • filmy
  • seriale
  • szkolenia techniczne
  • nauka języka
  • Sufferfest
  • Filmy Elite i Tacx

i to wszystko nie pomagało. Najbliższy sukcesu był Tacx – jednak powtarzalność filmów powodowała że po jakimś czasie dokładnie wiedziałem jaki samochód teraz mnie minie

W GT RAT pojawili się nowi zapaleńcy i nowe pomysły – rozpoczęła się era Zwift-a. Tak jak i w przypadku filmów elite i tacx aby aplikacja działała poprawnie należy posiadać “inteligentny” trenażer – czyli taki z pomiarem mocy lub pomiar mocy w rowerze ( wtedy opór na trenażerze się nie zmienia, jednak aplikacja przelicza generowaną moc na prędkość dostosowując ją w zależności od nachylenia trasy)

Mój zestaw to :

– pomiar mocy Vector 2S
– trenażer Elite TurboMunt
– Komputer z Ant+ i aplikacją Zwift *
– Smartfon z aplikacją Zwift *
*Komputer i smartfon powinny znajdować się w tej samej sieci WiFi.

Ciepło ubrany i przygotowany na godziny kalibrowania zabrałem cały sprzęt i udałem się do piwnicy. Ku mojemu zaskoczeniu po włączeniu aplikacji na telefonie i komputerze już po 5 sekundach wszystko było sparowane a mój avatar siedział na rowerze czekając na moja akcje – pierwszy plus

No to jazda. Mija kilka sekund a tu przemyka koło mnie kolejny 50 osobowy peleton – łałł – to robi wrażenie – mimo że grafika woła o pomstę do nieba, to chyba nie to jest tu najważniejsze. Ma być grywalność i to moim zdaniem zostało osiągnięte.

Wielu polskich blogerów ocenia aplikację negatywnie z dwóch powodów

  • posiada ograniczoną liczbę lokacji ( jeśli się nie myle obecnie są 3 ) – może i tak , ale każda z nich posiada kilka wariantów pętli co powoduje że po dwóch godzinach nie jest się znudzonym, szczególnie że w każdej z lokacji praktycznie cały czas jest około 1500 – 2000 zawodników z którymi można się ścigać , bądź też jechać na wspólną wycieczkę
  • miesięczny koszt abonamentu to 40 PLN ( 10 USD) – czyli w przeliczeniu na nasze to 3 piwa na rynku , dobry burger + piwo albo też 1,5 h zajęć na spinningu – tu już musicie odpowiedzieć sobie sami na pytanie –  czy to mało czy dużo? Osobiście uważam, że ta kwota to jest adekwatna do tego co można otrzymać w zamian, nie zapominając, że aplikacja ciągle się rozwija. Dodatkowo w każdej chwili można zawiesić opłaty, gdy tylko przyjdzie wiosna i wrócić do nich w kolejnym zimowym sezonie.

Na razie to tyle na gorąco z frontu, pokręcę jeszcze kilka godzin i zobaczymy czy to miłość czy tylko chwilowa fascynacja.

P.S.

Spotkanie kolegi z grupy gdzieś na wysypach Vanuatu – bezcenne

 

Miękinia w błocie

Czy trenowanie triathlony sprawia mi przyjemność?  – oczywiście że tak, inaczej bym tego nie robił.
Minęły te czasy kiedy robiłem coś na pokaz i dla innych, kiedy to szło się za szkołę na papierosa , tylko po to by być częścią tej “fajniejszej” grupy.
Teraz wszystko co robię, musie mniej lub bardziej sprawiać mi przyjemność- tylko w taki sposób jestem w stanie ciągle przeć do przodu.

Przychodzą jednak takie dni kiedy ilość i monotonność treningów potrafi przytłoczyć. Ciężko stwierdzić kiedy to się zaczyna, bardzo łatwo jednak zauważyć kiedy dochodzimy do granicy możliwości. Jeszcze kilka dni temu spod stosu, który mnie przygniatała wystawały już tylko koniuszki moich palców, gdy na ratunek przyszedł Bike Maraton Miękinia.

Czemu Bike Maraton ? – bo to nie triathlon (a  bycie członkiem Grupy Triathlonowej RAT nie ogranicza mnie tylko do triathlonu ):) może i jest tam rower ale przy okazji dużo błota , znacznie więcej adrenaliny i zupełnie inny poziom rywalizacji. Dodatkowo  dla mnie taki start to bardziej zabawa niż zacięta walka o każdą pozycje.

Tym startem żyłem ponad tydzień – na samą myśl o sobocie wewnętrzne sam do siebie się uśmiechałem.
Mój profesjonalizm zawodnika szybko dał o sobie znać. Nie sprawdziłem trasy ( do tego stopnia, że rano pojechałem na miejsce starty sprzed 2 lat :), nie sprawdziłem czy w rowerze wszystko mi działa ( i oczywiście nie działało), zgubiłem wcześniej odebrany numer i po raz pierwszy stałem na końcu swojego sektora.
To wszystko jednak nie miało znaczenia – liczyło się tylko ponowne naładowanie baterii, które wymagały szybkiego zastrzyku energii

W tym MTB coś jednak jest – gdy pierwsze krople błota spadają na twarz od razu człowiek wie, że żyje. Pod tym względem I edycja Bike Maratonu nigdy nie zawodzi – tu błoto jest zawsze i pod dostatkiem. Po 300 metrach byłem już mokry, po kolejnych kilkuset było mi już wszystko jedno czy omijam czy też jadę środkiem przez największe bagna ( PS – środek bardzo często był znacznie szybszy)

Zabawa zabawą, jednak po przeanalizowaniu wykresów stwierdzam, że nie było lekko. Cały dystans pokonany w stylu interwałowym w tętnie z 4 strefy . Start na 400 pozycji a meta już na 50,.  ilość TSS jakie daje mi 3 godziny ciężkiego pedałowania na szosie – należała mi się regeneracja 🙂

-Kochanie chyba sobie dzisiaj odpocznę bo trochę się zajechałem na tych zawodach a jutro mam półmaraton.
– Ale mówiłeś, że to dla przyjemności i nie będzie ścigania
– No tak mówiłem
– To po czym ty chcesz odpoczywać, przecież to trwało 2 godziny

Tak to właśnie jest jak się ma żonę która trenuje – w ramach regeneracji kopanie oczka wodnego – ważne że na świeżym powietrzu.

Nadchodzi nowe

Miniony sezon powinienem i na pewno uznam za jeden z najlepszych w moim życiu. Spełniłem wiele z marzeń a na dodatek nie jednej osobie wysoko zawiesiłem poprzeczkę 😉 pewnie to tylko kwestia czasu aby ktoś z Polski pokonał mój wynik … jednak ta świadomość bycia gonionym a nie goniącym jest naprawdę fajna (chodź nie będzie trwać wiecznie).

To by było na tyle jeśli chodzi o miniony rok…
Ten rok sportowo nie będzie walka o miejsca a jedynie radością ze startów.
Po raz pierwszy start w IM nie będzie obarczony presją wyniki.
Po raz pieszy przedkłada olimpijki nad połówki.
Po raz pierwszy triathlon schodzi na dalszy plan.
Po raz pierwszy kibicować będzie mi Stach….

Swissman 2015 – RatRide

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu, w którym możliwe będzie spotkanie.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami. Mimo moich obaw wynikających z lęku przed źle oznakowaną trasą  na każdym skrzyżowaniu stał policjant wskazujący drogę oraz dający mi pierwszeństwo przejazdu.

Skupiony na kadencji i mocy nawet nie zauważam pierwszego punktu, na który dosłownie sekundy przed moim przejazdem przyjechał mój support car. Całe szczęście, że był to dopiero 30 km trasy więc wody i jedzenia miałem jeszcze pod dostatkiem.

Zgodnie z profilem trasa przez pierwsze 50 km powinna być bardzo prosta , z dosłownie 2%-4% średnim wzniesieniem na całej długości – okazało się jednak że na profilu nie było widać dziesiątek hopek, które wypączkowały dosłownie  znikąd – ale jak miało być je widać skoro tyż obok nich na papierze  znajdował sie 40 km podjazd . Przy takim kolosie te hopki wydawały się być jedynie małymi zmarszczkami –na pierwszych kilometrach to  nie wysokość ale ilość dała się we znaki.

Na takich zawodach zawsze musi wiać – ale dlaczego zawsze w twarz ?

Do 30 km trasa rowerowa wiodła u południowego podnóża Alp – mimo czołowego wiatru temperatura była wprost idealna na poranne ściganie – szczególnie, że miałem na sobie suchy strój rowerowy co dawało mi dodatkowy komfort termiczny.

Wystarczył jeden zakręt aby ta sielanka dobiegła końca. Zimne podmuch wiatru, krople wody dosłownie znikąd a do tego ciemne niebo w oddali uświadamiało mi że już niebawem czeka mnie mocna wspinaczka.

Po 50 km zapala mi się rezerwa – w bidonach widać dno a ostatni baton zostaje właśnie pochłonięty. To wszystko należało przewidzieć kilka dni wcześniej. Na szczęście to wszystko było częścią naszego planu . Po kilku minutach widzę w oddali setki ludzi czekających na swoje zespoły – a wśród nich mój support team. Poczułem się jak zawodnik F1. Bez zbędnych słów oraz mojego zaangażowania bidony zostały wymienione, batony wylądowały w kieszeniach a od trenera otrzymałem niezbędne uwagi.

Jeszcze klocki hamulcowe nie wystygły a ja już mogłem pędzić dalej.

Jak ważny był ten punkt świadczyć może fakt , że od tego momentu praktycznie aż do szczytu pierwszej przełęczy byłem zdany sam na siebie.

Z każdym pokonywanym kilometrem spadała temperatura , słońce powoli ustępowało miejsca chmurom a przypadkowe do tej pory krople deszczu przeradzały się w deszcz. Na domiar złego gdy wjechałem na 5 kilometrowy odcinek z kostki brukowej o średnim nachyleniu 13% silny  wiatr postanowił utrudnić mi zadanie.

Do szczytu jeszcze około 40 min, mimo mocnego kręcenia moje ciało coraz szybciej się wychładza, chwilami deszcze przechodzi w śnieg z deszczem oraz grad.  W tym momencie w moje głowie była pustka przestałem odczuwać przeszywający chłód, przestałem zastanawiać się ile jeszcze mam do pokonania, przestałem dodawać czas i liczyć minuty, cały cukier trafiał do pieca aby zasilić moje nogi – głowa została wyłączona.

Wiedziałem jedno , gdzieś tam na 2200m są oni – gdzieś tam w chmurach. 

Przełęcz to nic innego jak strefa zmian  która była mistrzostwem w wykonaniu   Kuby i Rafała. Nim się obejrzałem jedzenie i picie było na miejscu ja dopinałem ostatni zamek mogąc  ruszać w drogę.
Na zjeździe we mgle i padającym deszczu ze śniegiem doceniłem mój nowy nabytek – kask Casco z Olimpius.PL z pomarańczową szybką – przyznaje ze dał mi on olbrzymią przewagę na zjazdach nad osobami używającymi standardowych okularów. Teraz już widziałem jak czują się kierowcy F1 jadący w deszczu 🙂 Szybka nie parowała , idealnie odprowadzała wodę, zwiększała widoczność a dodatkowo dawała mi ochronę przed gradem, którego uderzenia były bardzo odczuwalne.

Strach na szybkim zjeździe szybko ustąpił miejsca uczucie przeszywającego zimna, to właśnie zimno pchało mnie aby nie zwalniać jechać jeszcze szybciej wypatrując kolejnego podjazdy na którym będę mógł się choć trochę ugrzać.

Kolejna przełęcz to dodatkowe 300m wysokości i 3 stopnie mniej na termometrze. Chciałbym napisać jak piękne były widoki , jak wspaniale się czułem i jak bardzo polecam to miejsce – i pewnie bym tak napisał gdyby nie brak widoczności , bolące nogi i własne palce na  które  musiałem patrzeć hamując bo nie do końca byłem pewien czy klamki się zaciskają czy nie.

Trzecia a zarazem ostania przełęcz mimo swojego stromego podjazdu wyryła się w mojej pamięci jako ta najlżejsza. Może świadomość zbliżającego się końca części rowerowej, 30 kilometrowego zjazdu, albo co ważniejsze wysokiej 25 stopniowej temperatury jaka czekała na mnie w T2 zmazała wszystkie negatywne myśli.

Support GT RAT i TriathlonCamp jak zawsze w pełnej gotowości czekał nam nie na górze. I tak samo szybko jak ostatnio byłem znów na rowerze.

To uczycie gdy wchodzi się przemarzniętym do domu , wkładając ręce do letniej wody a one szczypią – tak strasznie szczypią. Dla mnie to szczypanie oznaczało tylko jedno – robi się cieplej.  Po około 20 min, zjeżdżając ubrany na cebulkę zaczynam rozpinać kolejne warstwy. Na 5 km przed T2 wyglądam jak powiewająca flaga – zatrzymanie się nie wchodzi w grę – a nawet jeśli, to co ja bym zrobił z taka ilością ubrań : )

T2 to strefa jakich mało – jedna toaleta , mały namiot oraz parking dla support …

 

Foto:

Michał Kuczyński