Dzielimy na trzy

Bieg Sylwestrowy w Trzebnicy zawitał do mojego kalendarze już kilka lat temu. Ten start jednak miał być wyjątkowy. Podczas domowe narady wojennej zapadła decyzja o wspólnym starcie, starcie które miał naładować nas energią na zbliżające się miesiące ciężkich treningów w ciemnie i zimnie.

 

Kto był ten wiem , kto nie był ten musi przynajmniej raz spróbować startu w Trzebnicy – bo klimat tego biegu jest naprawdę wyjątkowy, mimo że rodzinnie bo kto w Sylwestra wybierze się na bieg który byłby oddalony o godziny jazdy.. raczej nikt dlatego ilość znajomych twarzy była oszałamiająca.

Normalnie tuż przed startem sprawdzałem czy mam numer , jadłem żel i zastanawiałem się nad strategią, tym razem pompowałem koła i powolnym krokiem zmierzałem na koniec startującego tłumu, w końcu nie będę z wózkiem się przeciskał , bo i po co.

Zdjęcie

Co na to Stach , on tak jak zawsze niecierpliwie czekał aż zaczniemy, co chwile dając sygnał do startu 🙂 i tak jak zawsze uśmiech pojawił się gdy tylko osiągnęliśmy prędkość przelotową 5:00 min/km

Jeśli chciałbyś zaczerpnąć więcej informacji na temat biegania z wózkiem zapraszam do kontaktu oraz odwiedzenia strony https://scandinavianbaby.pl/ oraz http://www.gtrat.pl/

Woda… gdzie jest woda

Miało być testowo… miało być sprawdzenie przed Vichy a wyszło jak wyszło.

Challenge Poznań bo o tych zawodach mowa – nie chce rozpisywać się na temat organizacji, każdy kto brał udział musi takiej oceny dokonać samodzielnie. Dla mnie nie są to pierwsze ani ostatnie zawody, dlatego wydaje mi się, że szkoda energii i nerwów – lepieje poświęcić ją na trening.

Start o 12:00 – to dla mnie coś nowego , co zjeść ? jak się nawadniać ? kiedy iść spaść ? – to wszystko przetestowałem w ten weekend. Wnioski – Dobrze że nie był to mój start docelowy 🙂

Malta położona w niecce nagrzała się do iście hawajskich temperatur – mimo że jeszcze tam nie byłem to właśnie tak wyobrażam sobie start na Konie.
W połowie dystansu pływackiego miałem już przeczucia że nie jest dobrze, płynęło się wolno, jak w zupie, co jakiś czas docierała do twarzy fala zimnej – no nie przesadzajmy – chłodnej wody, jednak to było za mało aby ochłodzić przegrzany organizm.
Pianka do torby, kaska na głowę i po rower. Tak wygląda T1… a przynajmniej tak powinno wyglądać. Po raz pierwszy trudność sprawiło mi sprawne zdjęcie a może nawet spakowanie pianki. Byłem jak w amoku albo po dobrej imprezie w akademiku. Wszystko wydawało dziać się w zwolnionym tempie.

To nie dało mi jeszcze do myślenia … a powinno 🙂

Plan na te zawody był jeden. Nie ma Michał Podsiadłowskiego – to jest szansa aby spróbować mieć najszybszy czas rowerowy wśród amatorów. Niestety taki sam plan mieli również inni 🙂

90 kilometrów przez mękę … inaczej bym tego nie nazwał. Odżywianie i nawadnianie położyłem po całości. Na tak pięknej trasie mój wykres mocy przypomina raczej morze podczas sztormu a nie idealną linie prostą ( co w konsekwencji odbiło sie na moich średnich watach które były mniejsze aż o 20 od planowanych). To wszystko przyćmiewa moje wejście do T2, tu oficjalnie otrzymałem odznakę “Janusza części rowerowej”. Na belce zaczepiłem nogą o bidon, zrobiłem uślizg na blokach a następnie wywaliłem się na niebieskim dywanie  – BRAWO dla tego Pana.

Bawimy się dalej ?

Trochę czasu zajęła mi odpowiedz na to pytanie. Z obitym biodrem i  odwodnieniem nie było mowy na bieg w granicach planowanego 4:15, na początku nie było nawet mowy o 6:00  🙂
Skoro już nie mogę potrenować mięśni nóg, to może warto sprawdzić jak działa moja głowa w obliczy nieubłaganej porażki.
“Poczuj ten luz i baw się tym sportem”  – czasem warto przypomnieć sobie kilka trenerskich rad.

Po drodze spotkałem wielu znajomych, przybiłem niezliczoną ilość łapek i nareszcie wypiłem kilkanaście butelek wody.
Czas na mecie nie powala, miejsce też dalekie od założonego – to po prostu nie był mój dzień. Za to był to dzień dla wielu lepszych ode mnie.

Gratulacje należą się wszystkim którzy tego dnia startowali bo warunki nie rozpieszczały. Po raz pierwszy w grupie spadłem na drugie miejsce więc nie pozostaje mi nic innego jak wyczyścić rower nowemu liderowi – Mateusz gratulacje występu.
Ten start dał mi wiele cennych lekcji, miejmy tylko nadzieję, że wyciągnę poprawne wnioski.

Więcej na stronie  Grupa Triathlonowa RAT oraz na profilu FB

 

Trzebnicka przeprawa z Szerszeniami

Przepiękna okolica, wspaniała trasa a do tego niesamowita rodzinna atmosfera – to tylko kilka powodów dla których Trzebnicki Maraton Rowerowy Żądło Szerszenia to zawody na których trzeba być.

Konwencja tych zawodów pozwala wszystkim amatorom kolarstwa na sprawdzenie swoich możliwości podczas dwóch zaplanowanych tras 85 oraz 150 km.
Podczas kilku godzin ścigania mamy okazje podziwiać setki hektarów rzepakowych pól, bezkresne tafle wody stawów milickich oraz  przemierzać najwspanialsze podjazdy Kocich Gór.

Zawodnicy startują w 10 osobowych grupach dobieranych losowo( w odstępie 2 minut ), to pozwala zminimalizować ryzyko olbrzymich kraks, które bardzo często mają miejsce w amatorskich wyścigach ze startu wspólnego gdzie na jednej linii staje kilka tysięcy zawodników.

Los decyduje do jakiej grupy trafimy, a mamy kilka możliwości :

Trzebnickie harty – grupa dla której utrzymanie średniego tempa na poziomie 45km/h nie stanowi najmniejszego problemu. Składa się z minimum 3 dobrych kolarzy którym większość nawet nie jest w stanie utrzymać “koła”. Trafiając do takiej grupy mamy dużą szansę na dojechanie na bardzo wysokiej pozycji.

Pitu Pitu – tu liczy się samo jechanie, pozycja ma dużo mniejsze znaczenie. Z uwagi na osiąganą prędkość ta grupa jest najbezpieczniejsza. Każdemu kto po raz pierwszy trafi na Żądło życzę aby wylądował właśnie w takiej grupie.

Wybuchowy mix – to prawdziwa niebezpieczna mieszanka nabuzowanych adrenaliną kolarzy pędzących po wygraną oraz amatorów którzy nigdy wcześniej nie jeździli w grupie. Jeśli nie czujemy się na siłach tak szybko jak tylko głowa na to pozwoli powinniśmy odpuścić swoją grupę i poczekać na inną spokojniejszą i lepiej dopasowaną do własnego poziomu.

Dlatego właśnie dla  własnego bezpieczeństwa bardzo ważne jest aby poprawnie ocenić swoje realne umiejętności.

Dla mnie Żądło to kultowy wyścig bez którego nie potrafię wyobrazić sobie sezony.

Początki to dystans mini a od dwóch lat dystans mega.

Mega potrafi dać w kość, pierwsze 120 km to płaski odcinek na którym tempo jest bardzo mocne. Często przed dojazdem do pierwszych wzniesień średnia prędkość z łatwością przekracza 40 km/m. Ostatnie 30 km to eskapada po Kocich Górach. Tam każdy nawet najmniejszy podjazd daje już mocno w kość i to właśnie na tym etapie większość grup zostaje rozbite a co mocniejsi zawodnicy próbują ucieczek – w końcu meta już tuż tuż.

Ostatni test przed IM Nicea zaliczony, wyniki trochę mnie rozczarowały, tu jednak aby realnie ocenić swoją predyspozycje niezbędna jest głębsza analiza planu treningowego. W końcu nie każdy na dzień przed startem w wyścigu biega 20 km albo jeździ 60 km w tempie zawodów 🙂 ot to taki życie triathlonisty.

Do zobaczenia już za rok !!!

 

Miękinia jak bumerang.

Jeszcze pięć lat temu po założeniu garmina każdy trening kończył się rekordem.
– pierwszy kilometr poniżej 6min/km
– pierwsze 10 km ( ooo to po kilku tygodniach )
– pierwsze 21 km ( to nawet po roku )

Obecnie wracając z treningu cieżko jest zaskoczyć samego siebie, nie wspominając już  o olbrzymiej bazie danych garmin connect – bo kto jak nie garmin i google wie o mnie najwięcej.

Coraz częściej do głowy przychodzą mi najdziwniejsze pomysły realizowania treningów ( trochę za sprawą trenara – a jak wiadomo trener ma zawsze racje 🙂 ) , trochę chcąc urozmaicić rutynę codziennego trenowania na tych samych trasach.
W ten weekend okazji ku urozmaiceniom było aż nadto. Najpierw Bike Maraton Miękinia przenoszący mnie z asfaltu  do krainy błota, a dzień póżniej zakładka w której główną cześć miał odegrać półmaraton rozgrywany również w Miękini.

Wraz z Mario – kolegą od upodleń – umówiliśmy się na poranny trening rowerowy tak aby prosto po zrobieniu pętli podjechać na start , zrobić szybkie T2 i ruszyć na 21 kilometrową trasę biegową.

Rower jak wiadomo to mój konik – jednak po starcie w maratonie MTB z tego konika wyszła raczej szkapa. Kręciło się bardzo ciężko a do tego te liczby na garminie –  załamywały !!!. Moc jak sprzed kilku lat ( nie wiem z jaką mocą wtedy jeździłem ale zapewne był to taki poziom) i bardzo wysokie tętno

to będzie ciężki dzień

Jaka szkoda, że nie wpadłem na pomysł aby skalibrować moc po wymianie baterii – zapewne nie załamywał bym się tak bardzo – tu człowiek uczy się całe życie.

Po 60 km w nogach przyszedł czas na szybkie T2, z tym szybkie to bym nie

przesadzał, ja byłem w totalnej rozsypce , gdy Mario już biegł na start ja sznurowałem nowe buty, w końcu na to w domu nigdy nie było czasu.

Na starcie spędziliśmy 30 sekund, udało mi się spotkać Olimpie , pomachać do Stacha i strzał.

Taka zakładka to zupełnie nowe doświadczenie, jeśli na rowerze tętno trzymałem w ryzach, tak teraz poszybowało ono w kosmos, a musiało bo trzeba było łapać Mateusza który wyrwał jak poparzony.
Od 2 kilometra – bo tyle zajęła mi pogoń za tym hartem, pracowaliśmy jak zgrany duet, częste zmiany, podciąganie się i motywacja a do tego równe trzymanie tempa.
Na 18 km spotkałem go , siedział sobie w rowie i czekał, tylko dlaczego właśnie na mnie  – Kryzys Kowalski.

Chwile z nim podyskutowałem o sensie dalszego biegu – każdy z nas miał inne zdanie na ten temat dlatego po kilkuset metrach rozstaliśmy się w gniewie…a niech sobie z kim innym pogada.

Te kilka chwil wystarczyło aby Mateusz odskoczył na 200 metrów. I znów czekała mnie mordercza pogoń. Jeśli ktoś uważa że 200 metrów to nic wielkiego , niech postara się po 19 kilometrach przyspieszyć o 15 sekund.

Tylko  dzięki uprzejmości Mateusza na 300 metrów przed metą biegliśmy już razem. Metry uciekały,  a my rozpoczęliśmy dyskusje jak przekroczyć metę. Pomysłów było kilka , każdy chciał być dżentelmen przepuszczając tego drugiego, ktoś ( dobrze wiemy kto ) krzykiem zasugerował aby złapać się za rączki.

Zamiast tego postawiliśmy na los – los szczęści – starając się przekroczyć metę razem. Tu szczęście uśmiechało się do mnie – do biegu wystartowałem sekundę za Mateuszem i to właśnie ta sekunda zaważyła – chodź i tak uważam że tego dnia pierwszeństwo należało się właśnie jemu 🙂

Po takiej zakładce nie mogę mieć sobie nic do zarzucenia.
Tempo biegu w granicach 3:50 daje dużo nadziei przed zbliżającym się startem w Ironamn Nicea. Dodatkowo nowa życiówka na półmaratonie – może tylko kilka sekund ale to zawsze coś 🙂 ( trasa o wiele łatwiejsza niż Ślężańska jednak w tym wypadku zmęczenie po zawodach i porannym rowerze nie pozwoliło na więcej mimo że głowa już widziała na zegarku te 1:19:59)