Kona dla każdego ?

Pisanie tego bloga przychodzi mi chyba najciężej ze wszystkich dotychczasowych wpisów. Zawsze gdy robię podsumowanie jakiegoś okresu lub startu kończę je słowami – “przechodzi do historii”.

W tym wypadku wypowiedzenie tej sentencji nie jest takie proste. Niby walczymy o realizację marzeń jednak gdy do tego dochodzi zaczynamy czuć ogromne zakłopotanie – w końcu co tu teraz robić.

 

Tak jest właśnie w moim przypadku. Zrealizowałem jak do tej pory moje najśmielsze marzenie. Po 7 latach od rozpoczęcia przygody z jakimkolwiek sportem, po zrzuceniu 20 kilogramów, założeniu rodziny, powiększeniu jej o Stacha – wystartowałem i ukończyłem Mistrzostwa Świata Ironman, a gdy tego było mało to zrobiliśmy to wspólnie z Olimpią.

Był to jeden z moich najdłuższych projektów które przyszło mi prowadzić – ciekawe czy mogę dopisać to do swojego CV ? 🙂

Jeśli udało Ci się przebrnąć przez ten filozoficzny początek to teraz będzie już z górki, czyli kilka faktów i danych jak na mnie przystało. Oczywiście nie wszystko uda mi się zawrzeć w jednym wpisie dlatego jeśli tym razem nie znajdziesz tego czego szukałeś … to może lepiej będzie za tydzień 🙂

Czy każdy może wystartować na Konie ? Przekornie powiem – że NIE.

Mimo iż flagowym hasłem Ironmana jest Anything is Possible to osobiście się z tym nie zgadzam. Według mnie  nie wszystko, nie zawsze i nie każdy – co wcale nie zmienia w bohaterów czy też Bogów tych którzy pojechali na Kone. Po prostu w przypadku tych 2600 zawodników rocznie wszystkie uwarunkowania zostały spełnione. Za pewne jest ich znacznie więcej niż te o których przeczytacie poniżej jednak to już start na Mistrzostwach Świata to coś więcej niż Bike Maraton.

Praca czy Talent – uważam, że bez ciężkiej pracy nikt na Konę się nie dostanie, ale tak samo bez talentu. Te dwie rzecz idą z sobą w parze. Znam osoby które mogą poświęcić całe życie, zwolnić się z pracy, wydać majątek na treningi i starty a i tak nigdy nie zakwalifikują się na Kone – powodem nie jest brak zaangażowania czy chęci – powodem jest brak talentu do sportu.  To tak jakbyście wystawili mnie do Tańca z Gwiazdami – możecie dać mi najlepszych nauczycieli, nauczę się kroków, będę rozróżniać gatunki i style …. a i tak nie zatańczę w takt. To czy ma się talent na “Kone” widać bardzo szybko trzeba tylko popatrzeć na siebie z boku lub oczami trenera.

Pieniądze – to zawsze temat tabu. W Polsce nikt nie wie ile kto zarabia a powiedzenie ile kosztują zawody spotyka się z falą ogromnej krytyki szczególnie tych którzy dwa razy takie kwoty wydają rocznie na papierosy. Ale do rzeczy – Kona tania nie jest. Najpierw kwalifikacje czyli statystycznie kilka startów w Ironman , a przepraszam najpierw rok dwa treningu i wydatki na sprzęt, obiekty, trenera dopiero później starty w zawodach i wymarzona kwalifikacja. Kwalifikacja zdobyta i co dalej – trzeba za nią zapłacić a to dopiero początek wydatków 🙂 bo dostanie się na miejsce i pobyt tam do najtańszych nie należą.
Dlatego jeśli jesteś w stanie poświęcić dobrej klasy samochód aby wystartować na Konie to znaczy, że jesteś o krok bliżej startu. ( oczywiście rozłożone jest to w czasie, można zrezygnować z wakacji przez ostatnie 7 lat, wymiany samochodu, telewizji kablowej itp.)

Praca – nieliczni mogą pozwolić sobie aby trenować i nie pracować, większa grupa może pracować około 4h dziennie i trenować jednak największą grupą są ludzie na pełnym etacie którzy muszą połączyć 40h tydzień pracy z 15h tygodniem treningowym. Czy to jest normalne – oczywiście że nie ale w triathlonowym świecie to jedne z wielu przykładów tego jak bardzo potrafimy się zatracić w dążeniu do celu. I teraz bolesna prawda – jeśli pracujesz na pełen etat, dojeżdżając do pracy spędzasz w samochodzie 2 godziny dziennie, a do tego twój plan to około 12h tygodniowo, chcesz normalnie się wysypać 7h dziennie ( i błagam was nie komentujcie ze 6h wam wystarczy – przy takich obciążeniach treningowych regeneracja to podstawa, jeśli tego nie robicie to coś ucierpi a do wyboru macie cztery rzeczy – rodzina , praca , trening i zdrowie) to na życie rodzinne, zakupy i sprawy około egzystencjalne pozostaje Ci 3 godzinny dziennie , w weekendy bywa lepiej ale po ciężkich i długich sesjach treningowych jest się tak zmęczonym, że czas szybciej leci 🙂 Tylko pamiętaj, szanuj pracę bo dzięki niej stać Cię na tą zabawę 🙂

Czas – to coś czego zawsze brakuje i czego kupić się nie da, dlatego jeśli chcesz robić progress musisz nauczyć się go szukać. Czy potrafisz zrezygnować z części znajomych? Czy potrafisz zrezygnować z innych zainteresowań na rzecz twoje nowej i od teraz jedynej słusznej pasji? Czy pozbywając się telewizora przeżyjesz bez Klanu i Złotopolskich? Jeśli TAK – to znaczy, że masz kolejny element układanki

Rodzina –  jest darem o który należy dbać i go pielęgnować. Zaniedbanie jej nie tylko prowadzi do domowych konfliktów zbrojnych ale też w bardzo negatywny sposób wpływa na efekty twojej sportowej pracy. I to nie żart, nie da się zastąpić swojej rodziny rodziną Ironman-a – chodź przypominając sobie  zawodników na Konie którzy M-ke mieli wytatuowaną prawie na czole zaczynam chyba wątpić w to stwierdzenie. Dlatego zanim zaczniesz walkę o Mistrzostwa, zanim zrobisz pierwszy treningowy kilometr przedstaw swój plan najbliższym – oni nie tylko muszą go zrozumieć ale też zaakceptować – To nie Korea Północna i wrażenie tak olbrzymiej życiowej zmiany na siłę na pewno spotka się z dużą dezaprobatą – nawet jeśli do tej pory twoja połówka była bardzo potulna i spokojna.
Dodatkowo to właśnie rodziny będziesz potrzebował w tych najcięższych okresach przygotowania kiedy wracając z treningu dobrze mieć przygotowany zdrowy obiad a idąc spać nikt nie będzie Ci suszył głowy o nie wymyte podłogi..  Masz pieniądze, pracę , czas i rodzinę , no to jedziemy dalej.

Zdrowie – Ostatnim elementem układanki jest zdrowie. Najczęściej myślimy o nim dopiero jak się posypie. Ale to właśnie od niego zależy to czy uda nam się przetrwać ten morderczy okres walki o slota i przygotowań do Mistrzostw. NIe jestem od tego aby wam pisać jak się badać, co badać i na co zwracać uwagę bo akurat żaden ze mnie autorytet w tym temacie – po prostu zadbajcie o nie.

Szczęście – po co mi szczęście jak ciężko pracuję , mam talent , stać mnie na starty, praca mi na to pozwala a rodzina mnie wspiera ? Szczęście według mnie potrzebne  jest po to aby zgarnąć slota. Bo mimo super przygotowanej formy życia , na zawodach może zdarzyć się wszystko – począwszy od pojawienia się czarnego konia, który Cię pokona skończywszy na złapaniu gumy. Dlatego jeśli ktoś mówi że szczęście nie ma znaczenia to znaczy że nigdy na zawodach nie miał pecha.

Zapoznaliście się z częścią moich elementów układanki – oczywiście jest ich znacznie więcej ale coś muszę zostawić dla siebie 😀 lub po prostu was nie zanudzić….

W kolejnej odsłonie przygotowania i podróż, bo te elementy okazały się cięższe niż sam start.

Triathlon Karkonoski – czyli wycieczka po górach

Historia „Nowy Domek w Karkonoszach” wielokrotnie obiegła internety, i muszę przyznać , że ilekroć ja słyszę wprawia mnie ona w dobry nastrój – w końcu takie to prawdziwe.

Triathlon Karkonoski jest jak ten Nowy Domek,  z tej imprezy są takie fajne zdjęcia, każdy rozpisuje się, jak dobrze by było na niej wystartować, jest loteria … uuuu to na pewno musi być coś bardzo prestiżowego – wchodzę w to, najpierw się zapisze a później będę się martwił.

Cała euforia mija gdy po znalezieniu się na liście startowej i opłaceniu startu sprawdzasz profil trasy, albo i nie bo w końcu czym różni się ten start od innych, ma być trochę po górach to poćwiczę podjazdy na estakadzie nieopodal, a bieganie w parku bo podobno tam tylko kawałek jest po asfalcie.
Jeśli takie jest twoje podejście do tych zawodów – to już wiesz, że nie są one dla Ciebie.
Karkonoszman  to ciężka przeprawa która potrafi zająć od 5 do nawet 9 godzin !!! a jeśli treningi odbywały się tylko na estakadzie i w parku to bądź pewien, że raczej bliżej 9 godzin a szansa na DNF jest znacznie większa niż na ukończenie.

Jednak jeśli należysz do tej drugiej grupy, mającej świadomość z czym przyjdzie się im zmierzyć, trenującej w górach lub przynajmniej raz wcześniej pokonującej tą trasę ,  to ostrzegam – ten start jest niebezpieczny – niebezpiecznie uzależniający.
Żaden inny triathlon nie dostarczy Ci tylu emocji. Na Śnieżce jeszcze nogi będą czuły ostatnie metry podejścia a w Twoje głowie zacznie kiełkować ten szalony pomysł kolejnej edycji.
Będąc w Śląskim będziesz już planował i analizował co zrobiłeś nie tak i gdzie w przyszłym roku urwiesz kolejne minuty – tak – to jest właśnie esencja  Karkonoszmana

Tyle wstępu , teraz czas na moją krótką analizę.

Po raz pierwszy wchodząc do wody nie czułem zimna, mógłbym powiedzieć, że było mi nawet przyjemnie ciepło, jak w Poznaniu w ubiegłym sezonie – dlaczego wspominam ten start – bo właśnie wtedy po raz pierwszy odwodniłem się w wodzie – brzmi to irracjonalnie a jednak. Mocne pływanie jak na mnie , gruba pianka, ciepła woda – to idealny przepis aby po 30 minutach wiedzieć że na tych zawodach to powalczyć będę mógł – ale tylko o ukończenie.
Popełniłem pierwszy ale najważniejszy błąd – nie wyciągnąłem wniosków i nie słuchałem organizmu. Po okrążeniu bojko-łodzi rozpocząłem próby wychłodzenia się nabierając pod piankę wodę. Spowalniała mnie to znacząco jednak to był jedyny pomysł który przyszedł mi do głowy – a może trzeba było pić więcej wody z jeziora ?  Pomagało na chwile jednak nie rozwiązało problemu.

Po wyjściu na rower moje tętno szalało przez przeszło 30 km.  Na liczniku marne waty jak na rozjeździe a tętno jak na teście FTP – ależ ja byłem ugotowany. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego jak starać się jechać wolniej i nadrabiać deficyt płynów, co patrząc na temperaturę i zbliżające się podjazdy wydawało się niemal niemożliwe.
Mimo fatalnych jak na mnie watów melduje się drugi w T2 – przynajmniej tu obroniłem pozycje z ubiegłego roku. Teraz  jednak nie dysponuję taką przewagą czasową.  Rozsądek wygrywa i zakazuje dalszej rywalizacji w walce o podium . Nie abym się poddał – to do mnie nie podobne – nadal próbowałem biec ale już spokojnie w drugiej strefie bez szarpania.

Z łezką w oku patrzyłem jak mijają mnie kolejni zawodnicy, moja głowa została zmiażdżona gdy na zbiegu przy tempie 3:50 wymija mnie zawodnik lecąc jak kozica 3:10,  aby na końcu przeskoczyć leśny szlaban tak jakby to był kij na wysokości 5 centymetrów a nie metalowa rura na wysokości 1 metra –  ale spokojnie spisałem sobie wszystkie nazwiska i za rok się odkuję 🙂

Na mecie melduje się na 6 pozycji. Po raz pierwszy nikt nie musi mnie łapać, na mojej twarzy zamiast bólu jest uśmiech. Do podium straciłem około 10 minut – czy mógłbym powalczyć – oczywiście, że tak – walczyć zawsze można, jednak nie zawsze warto w końcu jesteśmy tylko amatorami.

Wnioski wyciągnięte – czas pomyśleć o cienkiej piance ze środkowej półki 🙂 chyba zbliża się kolejny wydatek.

Rower nie zawsze znaczy to samo.

Dwa koła , łańcuch, kierownica … i ta sama zasada działania. To chyba jedyne elementy jakie łączą rowerową część triathlonu z kolarstwem szosowym.

W miniony weekend startowałem na dystansie FUN ( 50km) podczas wyścigu kolarskiego w Miękini który jest elementem cyklu Via Dolny Śląsk – który osobiście uważam za strzał w dziesiątkę bo właśnie takich zawodów bardzo brakowało.

„Zaraz będą mnie zbierać z asfaltu” – to była pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy i to już po niecałych kilkuset metrach, gdzie doszło do pierwszego karambolu.
Startując kilka sezonów tylko w triathlonie, dodatkowo w wersji bez draftingu zapomniałem jak to jest jechać przez 50 km ze średnia prędkością 40km/h w grupie 50 osób przeciskając się przez ostre i wąskie zakręty , łapiąc pobocza, co chwile skacząc w ucieczce lub goniąc ucieczkę aby następnie znów wpaść w kocioł w którym raz z prawej raz z lewej czujesz na sobie łokieć innych kolarzy.

Tak właśnie wygląda peleton w amatorskim wyścigu kolarskim – to nie Tour De France, który ogląda się w telewizji – tu nikt ze sobą nie współpracuje, każdy pracuje na siebie, kombinuje od pierwszych metrów aby strzelić na końcu jak z procy. Osoby bez doświadczenia jazdy w grupie znajdują się w pędzącym peletonie ( bo utrzymanie się na ogonie takiego peletony jest możliwe) a następnie doprowadzają do sytuacji których konsekwencją bardzo często są wypadki.

Czy to jednak odstrasza mnie od kolejnego startu – oczywiście że nie, bo to jaki poziom bezpieczeństwa chce się mieć zależy tylko od nas samych. Jeśli grupa jest za silna, ma zbyt wielu nieprzewidywalnych kolarzy – wystarczy poczekać chwile, zwolnić a zaraz za plecami pojawi się kolejny peleton. Może tym razem bardziej ludzki  ( a ta minuta którą stracimy jest niczym w stosunku do szlifu który może nas pozbawić przyjemności z jazdy na kilka miesięcy i dodatkowo uszkodzić sprzęt)

Ja pojechałem tam z nastawieniem dobrej zabawy i walki w pierwszej grupie – dlatego robiłem wszystko aby pracować w niej od początku do końca. Doświadczenie jakie zdobyłem jest nieocenione. Teraz już jestem pewien , że kolarstwo to nie triathlon – ty BBS się do niczego nie przyda , patrzenie na waty mija się z celem bo jeśli jest ucieczka to gonisz ich za wszelką cenę, planowanie jedzenia – jakie planowanie – jesz i pijesz wtedy ja pije i je cały peleton. Całe moje poukładane triathlonowe  ściganie starło się z kolarskim chaosem.

W ten weekend pora no kolejne starcie podczas wyścigu w Sobótce podczas Visegrad V4 Race

Sprawdzimy czy jestem pojętnym uczniem.

PS. Dodatkowo przetestowany w boju nowy produkt #dashrade – więcej informacji niebawem

Foto:
Kasia Rokosz Fotografia

Sportowa emerytura

Wyniki nie pozostawiają wątpliwości – czas na sportową emeryturę.
Półmaraton Ślężański nie jest dla mnie must have – ale zawsze cieszę się gdy staje na jego starcie – w końcu to chyba jedyne zawodu na których startowałem tak wiele razy.

Po sobotnim biegu Strava uświadomiła mi, że już najwyższy czas na sportową emeryturę. Moje wyniki z roku na rok są coraz gorsze, najwyższa pora skończyć z bieganiem.
( startu z 2012 roku brakuje – czas 1:58 – jak na debiut byłem bardziej niż zadowolony )

Ostatnio bardzo często spotykam się z sytuacją, w której zawodnicy amatorzy porównują swoje wyniki bazując na „stravie” bądź innych przypominajkach. Do czego to prowadzi? Jeśli wynik jest lepszy, to mamy dodatkowy bodziec motywacyjny do treningów, jesteśmy dumni z siebie i chwalimy się na FB swoim nowym medalem …. i dobrze –  chwalić się powinniśmy bo dla większości naszych znajomych i tak jesteśmy robotami.

Co jeśli nasz wynik jest gorszy niż rok temu ?
– łapiesz doła
– chcesz zapomnieć o tym starcie
– najlepiej chciałbyś go wykasować z  inernetów aby znajomi nie widzieli wyników
– a co jeśli ktoś spyta co działo się w weekend – jaki weekend? Nic nie wiem nic nie pamiętam

Czy nasze wyniki muszą poprawiać się z roku na rok ? – oczywiście że nie.
Nigdy nie znajdziemy się dwa razy na takim samym etapie przygotowań .
W jednym roku mógł być to wasz start główny, poprzedzony odpowiednią regeneracją, w innym natomiast podeszliśmy do niego z marszu bo takie było zalecenie trenera.
Nie wspominając o okresie przygotowawczym, który mógł rozpocząć się w październiku bądź listopadzie – a ten miesiąc różnicy to dodatkowe 4 tygodnie treningów.
Może zmieniła się ilość godzin treningowych, bo twoje życie rodzinne lub zawodowe tego wymagało?

Jeśli macie ochotę pobawić się w analizę która da wam pewien punkt odniesienia to najlepiej cofnąć się o rok, a nie tylko do dnia startu. Gwarantuje wam, że nie jest tak źle jak by się mogło wydawać 🙂

Każdy start to dodatkowa porcja doświadczeń, która powinna wylądować w naszym sportowym plecaku. Czasem bywa lepiej, czasem bywa gorzej ….a  w tym wszystkim najważniejsza jest przecież dobra zabawa i ludzie którzy nas otaczają.

 

Kona counter – 222 dni

Kolejny tydzień „prawie zgodnie z planem”
11h i IF na poziomie 0,72  to akceptowalny wynik . Oczywiście chciałbym te kilka godzin więcej – jednak w naszym związku żonglujemy 20 godzinnym tygodniem treningowym – jeśli ktoś z nas robi więcej druga osoba musi robić mnie 🙂

 

Rozdział zamknięty

Czas definitywnie zakończyć poprzedni sezon. Dość wspominania. Przede mną jeden z najważniejszych startów w moim życiu.

Pierwsze Mistrzostwa Świata zawsze pozostaną w pamięci – niezależnie od miejsca i czasu z jakim wrócę, dla mnie będzie to olbrzymi zaszczyt ścigać się na tej wyspie, o której tyle czytałem i którą tyle razy widziałem na motywacyjnych filmach z serii – „Anything is Possible”

Wielokrotnie zabierałem się za podsumowanie sezonu,  jednak liczby które miałbym zaprezentować nijak mają się do osiągnięć Michała Podsiadłowskiego czy też Marcina Koniecznego – ale w końcu może nie muszą. Panowie to nadal nie moja liga i  teraz raczej walką będzie o pozostanie w ich pobliżu niż o triumfalne wyprzedzenie ich na jakiś zawodach.
Moim głównym celem na Kone jest przede wszystkim dobrze się bawić … no i  jak najbardziej zbliżyć się do czasu Michała –  nie mogę oprzeć się tej odrobiny męskiej rywalizacji;).

Wracajmy do faktów :
W 2017 miałem dwa starty główne :
– Karkonoszman
– Ironman Wisconsin
Tak też planowane były moje szczyty ( a raczej pagórki) formy. Tu  muszę przyznać, że mimo iż bardzo często przestawiałem sobie cześć treningów – co doprowadzało trenera do szewskiej pasji-  to i tak udało się Kubie osiągnąć zamierzony cel. Chodź  przez moje zmiany raz za razem wdrażał plan naprawczy do planu naprawczego poprzedzony planem ostatniej szansy i planem ratunkowym – wniosek na ten sezon  – nie mieszać samemu w planie przygotowanym przez trenera ( a jeśli już mam taki zamiar –  to warto to z nim ustalić przed a nie po fakcie 🙂

Kolejnym największym błędem jaki popełniłem było skupienie się na dyscyplinie która i tak szła mi najlepiej – kolarstwie. Ta nieprzemyślana decyzja kosztowała mnie dobre kila pozycji na Ironman ( tempo pływackiego spadło o około 10s na 100m – a to już są cenne minuty jeśli macie zamiar walczyć o miejsce)

W skali roku tylko kilkukrotnie osiągnąłem poziom 1000 TSS tygodniowo – co dla zwykłego śmiertelnika znaczyć może tylko jedno : w tym okresie trenowałem około 20h  tygodniowo. Patrząc na piki TSS bardzo łatwo wywnioskować kiedy byłem na obozie oraz kiedy był Karkonoszman i IM Wisconsin ( tygodnie poprzedzające starty to piki TSS)

Sam byłem zaskoczony ilościami godzin spędzonymi na treningach … więc pewnie was też to zaskoczy . Średnio w ciągu roku to 11h tygodniowo.
Jedyny wniosek jaki przychodzi mi do głowy to fakt, iż był to już mój 6 sezon ( przy naprawdę mocno przepracowanych poprzednich pięciu). To zapewne pozwoliło mi utrzymać, a nawet podnieść formę przy zmniejszeniu ilości treningów .

Zapewne też (z uwagi na Stacha i mniejszą ilość dostępnego czasu) moje treningi stały się  dużo bardziej efektywne i większość była realizowana na poziomie 0,75 -0,8 IF – co znaczyło by, że zmądrzałem 😉 – czyżby to było możliwe :)?!

W tym roku moje roztrenowanie było najdłuższe w całej mojej sportowej historii.
Ponad 3 miesiące praktycznie nic nie robienia – psychicznie bolało, ale fizycznie było bardzo potrzebne. W końcu trenowanie przez 6 lat nie pozostaje bez pływu na zmęczenie organizmu, zmęczenie  które potrafi kumulować się miesiącami a moim zdaniem nawet latami.
Nadal czuje się dużo słabszy niż w tym samym okresie w roku ubiegłym , chodź liczby pokazują że rok temu byłem na tym samym poziomie.
Moje techniczne wykształcenie karze wierzyć liczbom 🙂


Różnicą która w ubiegłym roku wyniosła mnie na zupełnie inny poziom a w tym roku jej zabraknie był Triathloncamp Majorka … domowymi sposobami przy naszym klimacie nie da się osiągnąć takiego poziomu w tak krótkim czasie ( chyba że jest się Sandersem i kocha się trenażer i bieżnie)

Nie składam jednak broni. Na horyzoncie Kona , a czas ucieka nieubłaganie.

 

Sinusoidalne wahania formy

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło że to roczny wykres wahań formy . W końcu nie zawsze można mieć szczyt 🙂

I nie miałbym  nic przeciwko temu gdyby nie fakt iż jest to wykres z ostaniach 2 miesięcy podczas których co rusz nękają nasz dom egipskie plagi. Człowiek się dwoi i troi aby się zabezpieczyć i uodpornić ( na tyle na ile to możliwe) , a te zarazki i tak znają sposób aby się do nas wprowadzić.

Takowym to sposobem właśnie odbębniam chyba już trzecią infekcje.  Moja forma to raczej krzywa spadkowa a motywacja już puka w dno od spodu.

Dodatkowo aby jeszcze skuteczniej się załamać w TrainingPeaks codziennie pokazuje mi stosunek mojej obecnej formy do tej sprzed roku – chyba wyłączę ta opcje 🙂

Nie popełniajcie tego samego błędu, który mi przytrafia się po dziś dzień – zapominam, że w tej zabawie najważniejsza jest właśnie zabawa.

Do zobaczenia ( mam nadzieje ) już niebawem na treningu

Zwift – taki mamy klimat

Taki mamy klimat

Niestety nic z tym nie zrobimy ( co też nie do końca jest prawdą bo na chwilę obecną robimy wszystko aby doprowadzić do jeszcze większego globalnego ocieplenia – a wtedy może będziemy mieli jak w Australii , albo chociaż w Hiszpanii … a może jak na lodowcu – kto wie )

Każdym kto planuje przetrwać okres zimy, a przy okazji zbudować rowerową formę musi odpowiedzieć sobie na pytanie – “ Jak tego dokonać aby nie oszaleć”

Do dyspozycji mamy kilka możliwości

  • zajęcia grupowe “spinning” – tylko czy to tak naprawdę jest trening, są to bardzo cenne zajęcia dla osób zaczynających zabawę z kolarstwem jednak mają pewne ograniczenia – zajęcia trwają przeważnie 50 min, osoba prowadząca często ma misję do spełnienia więc realizacja własnego treningu jest niemożliwa a do tego ta urywająca głowę muzyka. Tu na ratunek przyszło kilka klubów takich jak PumaGym w których odbywają się 2 godzinne zajęcia nastawione na triathlonistów i kolarzy.
  • MTB, przełaj – bo w końcu po to jest zima aby poszaleć na MTB, tylko jak tu zrobić trening interwałowy przy -10 stopniach.
  • trenażer – najczęściej spotykane rozwiązanie wśród amatoro-zawodowców oraz osób które chcą przepracować  zimę zgodnie z planem treningowym

Osobiście należę do tej ostatniej grupy, mam świadomość jak ważna jest realizacja plany, jednak mam też słabość – ciężko mi zmobilizować się do wysiedzenia 90 minut na tej przytłaczającej maszynie.

Moja głowa po 60 minutach mówi dość, po 75 zaczyna się migotanie przedsionków a po 90 ostatnie resztki motywacji znikają. (Oczywiście Świat udowadnia, że między nami zwykłymi śmiertelnikami znajdują się jednostki które potrafią wytrwać w tej pozycji nawet 6 godzin – co dla mnie jest wyjątkiem od reguły).

Testowałem już wszystko co tylko przyszło mi do głowy

  • muzyka
  • filmy
  • seriale
  • szkolenia techniczne
  • nauka języka
  • Sufferfest
  • Filmy Elite i Tacx

i to wszystko nie pomagało. Najbliższy sukcesu był Tacx – jednak powtarzalność filmów powodowała że po jakimś czasie dokładnie wiedziałem jaki samochód teraz mnie minie

W GT RAT pojawili się nowi zapaleńcy i nowe pomysły – rozpoczęła się era Zwift-a. Tak jak i w przypadku filmów elite i tacx aby aplikacja działała poprawnie należy posiadać “inteligentny” trenażer – czyli taki z pomiarem mocy lub pomiar mocy w rowerze ( wtedy opór na trenażerze się nie zmienia, jednak aplikacja przelicza generowaną moc na prędkość dostosowując ją w zależności od nachylenia trasy)

Mój zestaw to :

– pomiar mocy Vector 2S
– trenażer Elite TurboMunt
– Komputer z Ant+ i aplikacją Zwift *
– Smartfon z aplikacją Zwift *
*Komputer i smartfon powinny znajdować się w tej samej sieci WiFi.

Ciepło ubrany i przygotowany na godziny kalibrowania zabrałem cały sprzęt i udałem się do piwnicy. Ku mojemu zaskoczeniu po włączeniu aplikacji na telefonie i komputerze już po 5 sekundach wszystko było sparowane a mój avatar siedział na rowerze czekając na moja akcje – pierwszy plus

No to jazda. Mija kilka sekund a tu przemyka koło mnie kolejny 50 osobowy peleton – łałł – to robi wrażenie – mimo że grafika woła o pomstę do nieba, to chyba nie to jest tu najważniejsze. Ma być grywalność i to moim zdaniem zostało osiągnięte.

Wielu polskich blogerów ocenia aplikację negatywnie z dwóch powodów

  • posiada ograniczoną liczbę lokacji ( jeśli się nie myle obecnie są 3 ) – może i tak , ale każda z nich posiada kilka wariantów pętli co powoduje że po dwóch godzinach nie jest się znudzonym, szczególnie że w każdej z lokacji praktycznie cały czas jest około 1500 – 2000 zawodników z którymi można się ścigać , bądź też jechać na wspólną wycieczkę
  • miesięczny koszt abonamentu to 40 PLN ( 10 USD) – czyli w przeliczeniu na nasze to 3 piwa na rynku , dobry burger + piwo albo też 1,5 h zajęć na spinningu – tu już musicie odpowiedzieć sobie sami na pytanie –  czy to mało czy dużo? Osobiście uważam, że ta kwota to jest adekwatna do tego co można otrzymać w zamian, nie zapominając, że aplikacja ciągle się rozwija. Dodatkowo w każdej chwili można zawiesić opłaty, gdy tylko przyjdzie wiosna i wrócić do nich w kolejnym zimowym sezonie.

Na razie to tyle na gorąco z frontu, pokręcę jeszcze kilka godzin i zobaczymy czy to miłość czy tylko chwilowa fascynacja.

P.S.

Spotkanie kolegi z grupy gdzieś na wysypach Vanuatu – bezcenne

 

W pogodni za czarownicą

image

Od mojego startu w IM mija ponad miesiąc. W tym czasie sportowo  nie działo się za wiele. Zmiana pozycji na rowerze ( ma być szybciej), praca nad techniką biegu ( ma być lżej ) oraz co najważniejsze – regeneracja i sprawdzenie w jakim stanie jest mój organizm i czy w tym roku będzie można jeszcze o coś powalczyć. Po szczegółowym

sprawdzeniu cyferek z Nicei wynika, że dysponuje pewnym buforem z którego mógłbym jeszcze coś uszczknąć podczas kolejnego startu – coś co przy idealnym dniu doprowadzić by mnie mogło do slota – bo jeśli mam startować to z wysoko postawioną poprzeczką

Pierwszym testem na drodze do kolejnego IM był start  na dystansie Olimpijskim w Triathlonie Świętokrzyskim. W tym roku odbyła się pierwsza edycja tych naprawdę wartych polecenia zawodów. Widać, że organizatorzy nie nabierali doświadczenia na swoich zawodach a raczej wdrożyli najlepsze rozwiązania wykorzystywane u innych organizatorów.

image

Etap pływacki to jedna pętla po bardzo przyjemnym akwenie, strefa zmian ulokowana na zaporze, trasa rowerowa z trzema zakrętami (  w tym dwie nawrotki) i idealnym asfaltem oraz 10 km trasa biegowa w większości prowadzona ścieżkami leśnymi osłonięta od bezpośredniego działania słońca.

W tym wypadku więcej chyba nie trzeba pisać – te zawdy na pewno trafiają na moją listę startów w sezonie 2017

Wynik może nie do końca spełnił moje oczekiwania – 2:12 , powinno być trochę lepiej – ale co zrobić jak zapomina się numeru ze strefy i trzeba nadrobić 400m , a podczas etapu rowerowego sam zafundowałem sobie dwa razy stop and go a to wystarczyło aby z planowanych 290W wyszła realizacja na poziomie 275W (awaria – dobrze, że wynikła teraz a nie na IM). Liczyłem na 2:09 które było w zasięgu – ale to przy najbliższej okazji.

 

Kalendarz startów na www.gtrat.pl

Miękinia jak bumerang.

Jeszcze pięć lat temu po założeniu garmina każdy trening kończył się rekordem.
– pierwszy kilometr poniżej 6min/km
– pierwsze 10 km ( ooo to po kilku tygodniach )
– pierwsze 21 km ( to nawet po roku )

Obecnie wracając z treningu cieżko jest zaskoczyć samego siebie, nie wspominając już  o olbrzymiej bazie danych garmin connect – bo kto jak nie garmin i google wie o mnie najwięcej.

Coraz częściej do głowy przychodzą mi najdziwniejsze pomysły realizowania treningów ( trochę za sprawą trenara – a jak wiadomo trener ma zawsze racje 🙂 ) , trochę chcąc urozmaicić rutynę codziennego trenowania na tych samych trasach.
W ten weekend okazji ku urozmaiceniom było aż nadto. Najpierw Bike Maraton Miękinia przenoszący mnie z asfaltu  do krainy błota, a dzień póżniej zakładka w której główną cześć miał odegrać półmaraton rozgrywany również w Miękini.

Wraz z Mario – kolegą od upodleń – umówiliśmy się na poranny trening rowerowy tak aby prosto po zrobieniu pętli podjechać na start , zrobić szybkie T2 i ruszyć na 21 kilometrową trasę biegową.

Rower jak wiadomo to mój konik – jednak po starcie w maratonie MTB z tego konika wyszła raczej szkapa. Kręciło się bardzo ciężko a do tego te liczby na garminie –  załamywały !!!. Moc jak sprzed kilku lat ( nie wiem z jaką mocą wtedy jeździłem ale zapewne był to taki poziom) i bardzo wysokie tętno

to będzie ciężki dzień

Jaka szkoda, że nie wpadłem na pomysł aby skalibrować moc po wymianie baterii – zapewne nie załamywał bym się tak bardzo – tu człowiek uczy się całe życie.

Po 60 km w nogach przyszedł czas na szybkie T2, z tym szybkie to bym nie

przesadzał, ja byłem w totalnej rozsypce , gdy Mario już biegł na start ja sznurowałem nowe buty, w końcu na to w domu nigdy nie było czasu.

Na starcie spędziliśmy 30 sekund, udało mi się spotkać Olimpie , pomachać do Stacha i strzał.

Taka zakładka to zupełnie nowe doświadczenie, jeśli na rowerze tętno trzymałem w ryzach, tak teraz poszybowało ono w kosmos, a musiało bo trzeba było łapać Mateusza który wyrwał jak poparzony.
Od 2 kilometra – bo tyle zajęła mi pogoń za tym hartem, pracowaliśmy jak zgrany duet, częste zmiany, podciąganie się i motywacja a do tego równe trzymanie tempa.
Na 18 km spotkałem go , siedział sobie w rowie i czekał, tylko dlaczego właśnie na mnie  – Kryzys Kowalski.

Chwile z nim podyskutowałem o sensie dalszego biegu – każdy z nas miał inne zdanie na ten temat dlatego po kilkuset metrach rozstaliśmy się w gniewie…a niech sobie z kim innym pogada.

Te kilka chwil wystarczyło aby Mateusz odskoczył na 200 metrów. I znów czekała mnie mordercza pogoń. Jeśli ktoś uważa że 200 metrów to nic wielkiego , niech postara się po 19 kilometrach przyspieszyć o 15 sekund.

Tylko  dzięki uprzejmości Mateusza na 300 metrów przed metą biegliśmy już razem. Metry uciekały,  a my rozpoczęliśmy dyskusje jak przekroczyć metę. Pomysłów było kilka , każdy chciał być dżentelmen przepuszczając tego drugiego, ktoś ( dobrze wiemy kto ) krzykiem zasugerował aby złapać się za rączki.

Zamiast tego postawiliśmy na los – los szczęści – starając się przekroczyć metę razem. Tu szczęście uśmiechało się do mnie – do biegu wystartowałem sekundę za Mateuszem i to właśnie ta sekunda zaważyła – chodź i tak uważam że tego dnia pierwszeństwo należało się właśnie jemu 🙂

Po takiej zakładce nie mogę mieć sobie nic do zarzucenia.
Tempo biegu w granicach 3:50 daje dużo nadziei przed zbliżającym się startem w Ironamn Nicea. Dodatkowo nowa życiówka na półmaratonie – może tylko kilka sekund ale to zawsze coś 🙂 ( trasa o wiele łatwiejsza niż Ślężańska jednak w tym wypadku zmęczenie po zawodach i porannym rowerze nie pozwoliło na więcej mimo że głowa już widziała na zegarku te 1:19:59)