Kona dla każdego ?

Pisanie tego bloga przychodzi mi chyba najciężej ze wszystkich dotychczasowych wpisów. Zawsze gdy robię podsumowanie jakiegoś okresu lub startu kończę je słowami – “przechodzi do historii”.

W tym wypadku wypowiedzenie tej sentencji nie jest takie proste. Niby walczymy o realizację marzeń jednak gdy do tego dochodzi zaczynamy czuć ogromne zakłopotanie – w końcu co tu teraz robić.

 

Tak jest właśnie w moim przypadku. Zrealizowałem jak do tej pory moje najśmielsze marzenie. Po 7 latach od rozpoczęcia przygody z jakimkolwiek sportem, po zrzuceniu 20 kilogramów, założeniu rodziny, powiększeniu jej o Stacha – wystartowałem i ukończyłem Mistrzostwa Świata Ironman, a gdy tego było mało to zrobiliśmy to wspólnie z Olimpią.

Był to jeden z moich najdłuższych projektów które przyszło mi prowadzić – ciekawe czy mogę dopisać to do swojego CV ? 🙂

Jeśli udało Ci się przebrnąć przez ten filozoficzny początek to teraz będzie już z górki, czyli kilka faktów i danych jak na mnie przystało. Oczywiście nie wszystko uda mi się zawrzeć w jednym wpisie dlatego jeśli tym razem nie znajdziesz tego czego szukałeś … to może lepiej będzie za tydzień 🙂

Czy każdy może wystartować na Konie ? Przekornie powiem – że NIE.

Mimo iż flagowym hasłem Ironmana jest Anything is Possible to osobiście się z tym nie zgadzam. Według mnie  nie wszystko, nie zawsze i nie każdy – co wcale nie zmienia w bohaterów czy też Bogów tych którzy pojechali na Kone. Po prostu w przypadku tych 2600 zawodników rocznie wszystkie uwarunkowania zostały spełnione. Za pewne jest ich znacznie więcej niż te o których przeczytacie poniżej jednak to już start na Mistrzostwach Świata to coś więcej niż Bike Maraton.

Praca czy Talent – uważam, że bez ciężkiej pracy nikt na Konę się nie dostanie, ale tak samo bez talentu. Te dwie rzecz idą z sobą w parze. Znam osoby które mogą poświęcić całe życie, zwolnić się z pracy, wydać majątek na treningi i starty a i tak nigdy nie zakwalifikują się na Kone – powodem nie jest brak zaangażowania czy chęci – powodem jest brak talentu do sportu.  To tak jakbyście wystawili mnie do Tańca z Gwiazdami – możecie dać mi najlepszych nauczycieli, nauczę się kroków, będę rozróżniać gatunki i style …. a i tak nie zatańczę w takt. To czy ma się talent na “Kone” widać bardzo szybko trzeba tylko popatrzeć na siebie z boku lub oczami trenera.

Pieniądze – to zawsze temat tabu. W Polsce nikt nie wie ile kto zarabia a powiedzenie ile kosztują zawody spotyka się z falą ogromnej krytyki szczególnie tych którzy dwa razy takie kwoty wydają rocznie na papierosy. Ale do rzeczy – Kona tania nie jest. Najpierw kwalifikacje czyli statystycznie kilka startów w Ironman , a przepraszam najpierw rok dwa treningu i wydatki na sprzęt, obiekty, trenera dopiero później starty w zawodach i wymarzona kwalifikacja. Kwalifikacja zdobyta i co dalej – trzeba za nią zapłacić a to dopiero początek wydatków 🙂 bo dostanie się na miejsce i pobyt tam do najtańszych nie należą.
Dlatego jeśli jesteś w stanie poświęcić dobrej klasy samochód aby wystartować na Konie to znaczy, że jesteś o krok bliżej startu. ( oczywiście rozłożone jest to w czasie, można zrezygnować z wakacji przez ostatnie 7 lat, wymiany samochodu, telewizji kablowej itp.)

Praca – nieliczni mogą pozwolić sobie aby trenować i nie pracować, większa grupa może pracować około 4h dziennie i trenować jednak największą grupą są ludzie na pełnym etacie którzy muszą połączyć 40h tydzień pracy z 15h tygodniem treningowym. Czy to jest normalne – oczywiście że nie ale w triathlonowym świecie to jedne z wielu przykładów tego jak bardzo potrafimy się zatracić w dążeniu do celu. I teraz bolesna prawda – jeśli pracujesz na pełen etat, dojeżdżając do pracy spędzasz w samochodzie 2 godziny dziennie, a do tego twój plan to około 12h tygodniowo, chcesz normalnie się wysypać 7h dziennie ( i błagam was nie komentujcie ze 6h wam wystarczy – przy takich obciążeniach treningowych regeneracja to podstawa, jeśli tego nie robicie to coś ucierpi a do wyboru macie cztery rzeczy – rodzina , praca , trening i zdrowie) to na życie rodzinne, zakupy i sprawy około egzystencjalne pozostaje Ci 3 godzinny dziennie , w weekendy bywa lepiej ale po ciężkich i długich sesjach treningowych jest się tak zmęczonym, że czas szybciej leci 🙂 Tylko pamiętaj, szanuj pracę bo dzięki niej stać Cię na tą zabawę 🙂

Czas – to coś czego zawsze brakuje i czego kupić się nie da, dlatego jeśli chcesz robić progress musisz nauczyć się go szukać. Czy potrafisz zrezygnować z części znajomych? Czy potrafisz zrezygnować z innych zainteresowań na rzecz twoje nowej i od teraz jedynej słusznej pasji? Czy pozbywając się telewizora przeżyjesz bez Klanu i Złotopolskich? Jeśli TAK – to znaczy, że masz kolejny element układanki

Rodzina –  jest darem o który należy dbać i go pielęgnować. Zaniedbanie jej nie tylko prowadzi do domowych konfliktów zbrojnych ale też w bardzo negatywny sposób wpływa na efekty twojej sportowej pracy. I to nie żart, nie da się zastąpić swojej rodziny rodziną Ironman-a – chodź przypominając sobie  zawodników na Konie którzy M-ke mieli wytatuowaną prawie na czole zaczynam chyba wątpić w to stwierdzenie. Dlatego zanim zaczniesz walkę o Mistrzostwa, zanim zrobisz pierwszy treningowy kilometr przedstaw swój plan najbliższym – oni nie tylko muszą go zrozumieć ale też zaakceptować – To nie Korea Północna i wrażenie tak olbrzymiej życiowej zmiany na siłę na pewno spotka się z dużą dezaprobatą – nawet jeśli do tej pory twoja połówka była bardzo potulna i spokojna.
Dodatkowo to właśnie rodziny będziesz potrzebował w tych najcięższych okresach przygotowania kiedy wracając z treningu dobrze mieć przygotowany zdrowy obiad a idąc spać nikt nie będzie Ci suszył głowy o nie wymyte podłogi..  Masz pieniądze, pracę , czas i rodzinę , no to jedziemy dalej.

Zdrowie – Ostatnim elementem układanki jest zdrowie. Najczęściej myślimy o nim dopiero jak się posypie. Ale to właśnie od niego zależy to czy uda nam się przetrwać ten morderczy okres walki o slota i przygotowań do Mistrzostw. NIe jestem od tego aby wam pisać jak się badać, co badać i na co zwracać uwagę bo akurat żaden ze mnie autorytet w tym temacie – po prostu zadbajcie o nie.

Szczęście – po co mi szczęście jak ciężko pracuję , mam talent , stać mnie na starty, praca mi na to pozwala a rodzina mnie wspiera ? Szczęście według mnie potrzebne  jest po to aby zgarnąć slota. Bo mimo super przygotowanej formy życia , na zawodach może zdarzyć się wszystko – począwszy od pojawienia się czarnego konia, który Cię pokona skończywszy na złapaniu gumy. Dlatego jeśli ktoś mówi że szczęście nie ma znaczenia to znaczy że nigdy na zawodach nie miał pecha.

Zapoznaliście się z częścią moich elementów układanki – oczywiście jest ich znacznie więcej ale coś muszę zostawić dla siebie 😀 lub po prostu was nie zanudzić….

W kolejnej odsłonie przygotowania i podróż, bo te elementy okazały się cięższe niż sam start.

Triathlon Karkonoski – czyli wycieczka po górach

Historia „Nowy Domek w Karkonoszach” wielokrotnie obiegła internety, i muszę przyznać , że ilekroć ja słyszę wprawia mnie ona w dobry nastrój – w końcu takie to prawdziwe.

Triathlon Karkonoski jest jak ten Nowy Domek,  z tej imprezy są takie fajne zdjęcia, każdy rozpisuje się, jak dobrze by było na niej wystartować, jest loteria … uuuu to na pewno musi być coś bardzo prestiżowego – wchodzę w to, najpierw się zapisze a później będę się martwił.

Cała euforia mija gdy po znalezieniu się na liście startowej i opłaceniu startu sprawdzasz profil trasy, albo i nie bo w końcu czym różni się ten start od innych, ma być trochę po górach to poćwiczę podjazdy na estakadzie nieopodal, a bieganie w parku bo podobno tam tylko kawałek jest po asfalcie.
Jeśli takie jest twoje podejście do tych zawodów – to już wiesz, że nie są one dla Ciebie.
Karkonoszman  to ciężka przeprawa która potrafi zająć od 5 do nawet 9 godzin !!! a jeśli treningi odbywały się tylko na estakadzie i w parku to bądź pewien, że raczej bliżej 9 godzin a szansa na DNF jest znacznie większa niż na ukończenie.

Jednak jeśli należysz do tej drugiej grupy, mającej świadomość z czym przyjdzie się im zmierzyć, trenującej w górach lub przynajmniej raz wcześniej pokonującej tą trasę ,  to ostrzegam – ten start jest niebezpieczny – niebezpiecznie uzależniający.
Żaden inny triathlon nie dostarczy Ci tylu emocji. Na Śnieżce jeszcze nogi będą czuły ostatnie metry podejścia a w Twoje głowie zacznie kiełkować ten szalony pomysł kolejnej edycji.
Będąc w Śląskim będziesz już planował i analizował co zrobiłeś nie tak i gdzie w przyszłym roku urwiesz kolejne minuty – tak – to jest właśnie esencja  Karkonoszmana

Tyle wstępu , teraz czas na moją krótką analizę.

Po raz pierwszy wchodząc do wody nie czułem zimna, mógłbym powiedzieć, że było mi nawet przyjemnie ciepło, jak w Poznaniu w ubiegłym sezonie – dlaczego wspominam ten start – bo właśnie wtedy po raz pierwszy odwodniłem się w wodzie – brzmi to irracjonalnie a jednak. Mocne pływanie jak na mnie , gruba pianka, ciepła woda – to idealny przepis aby po 30 minutach wiedzieć że na tych zawodach to powalczyć będę mógł – ale tylko o ukończenie.
Popełniłem pierwszy ale najważniejszy błąd – nie wyciągnąłem wniosków i nie słuchałem organizmu. Po okrążeniu bojko-łodzi rozpocząłem próby wychłodzenia się nabierając pod piankę wodę. Spowalniała mnie to znacząco jednak to był jedyny pomysł który przyszedł mi do głowy – a może trzeba było pić więcej wody z jeziora ?  Pomagało na chwile jednak nie rozwiązało problemu.

Po wyjściu na rower moje tętno szalało przez przeszło 30 km.  Na liczniku marne waty jak na rozjeździe a tętno jak na teście FTP – ależ ja byłem ugotowany. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego jak starać się jechać wolniej i nadrabiać deficyt płynów, co patrząc na temperaturę i zbliżające się podjazdy wydawało się niemal niemożliwe.
Mimo fatalnych jak na mnie watów melduje się drugi w T2 – przynajmniej tu obroniłem pozycje z ubiegłego roku. Teraz  jednak nie dysponuję taką przewagą czasową.  Rozsądek wygrywa i zakazuje dalszej rywalizacji w walce o podium . Nie abym się poddał – to do mnie nie podobne – nadal próbowałem biec ale już spokojnie w drugiej strefie bez szarpania.

Z łezką w oku patrzyłem jak mijają mnie kolejni zawodnicy, moja głowa została zmiażdżona gdy na zbiegu przy tempie 3:50 wymija mnie zawodnik lecąc jak kozica 3:10,  aby na końcu przeskoczyć leśny szlaban tak jakby to był kij na wysokości 5 centymetrów a nie metalowa rura na wysokości 1 metra –  ale spokojnie spisałem sobie wszystkie nazwiska i za rok się odkuję 🙂

Na mecie melduje się na 6 pozycji. Po raz pierwszy nikt nie musi mnie łapać, na mojej twarzy zamiast bólu jest uśmiech. Do podium straciłem około 10 minut – czy mógłbym powalczyć – oczywiście, że tak – walczyć zawsze można, jednak nie zawsze warto w końcu jesteśmy tylko amatorami.

Wnioski wyciągnięte – czas pomyśleć o cienkiej piance ze środkowej półki 🙂 chyba zbliża się kolejny wydatek.

Legalny doping

„Jak jechać aby dać z siebie wszystko na rowerze  a na bieganie pozostawić odpowiednią ilość sił ?”  – to  odwieczne pytanie każdego triathlonisty.
Czy to jest w ogóle możliwe ?
Oczywiście, że tak – dowodem na to są czasy biegowe zawodników PRO – wielu z nas chciało by mięć takie życiówki na zawodach biegowych – Maraton w 2:40 !!!!

Schemat moich pierwszych startów zawsze był taki sam :
– pływanie na przeżycie
– rower w trupa
– biegnę ile mogę, potem idę, starając się stracić jak najmniej czasu z tego co wypracowałem na rowerze.
Oczywiście jest to jakieś rozwiązanie , założony efekt może uda się nam osiągnąć.
Wydaje mi się, że stosując ten schemat najbardziej ucierpi nasza regeneracja,  która zajmie dużo więcej czasu. Nie wspominając o odczuciach po przekroczaniu linii mety w stanie agonalnym.

Po kilku sezonach przyszła pora na zmianę. 3 lata temu do moich treningów zawitał pomiar mocy (Garmin Vector). Nie ukrywam, że nauka jazdy na mocy, szczególnie podczas zawodów zajęła mi dobre kilka miesięcy, jednak już po pierwszych startach widać było zmianę schematu:
– pływanie na przeżycie
– rower z pilnowaniem watów
– mocny bieg do samego końca.
co najważniejsze moje czasy, oraz samopoczucie po starcie zaczęły się poprawiać.

Jak pilnować watów

Sprawa wydaje się prosta – jedziesz patrząc na cyferki która powinny utrzymywać się w założonych widełkach – banalne.  Jednak w rzeczywistości wahania mocy mogą doprowadzić Cie do szału. Raz 150 raz 400W – i jak tu jechać równo. A dodatkowo skąd mam wiedzieć jaką mocą jechać podjazd , a jaką zjazd.  Jechanie równą mocą w terenie zaczyna wydawać się niemożliwe – i właśnie takie jest .
A jeśli coś jest niemożliwe lub ciężkie to na pewno znajdzie się ktoś kto napisze aplikacje ,która z niemożliwego zrobi możliwe i jeszcze na tym zarobi.

Tak pewnie powstał BestBikeSplit – aplikacja która pozwala nam zaplanować rozłożenie mocy na trasie kolarskiej a dodatkowo przy wykorzystaniu odpowiednich urządzeń możemy widzieć live jaką mocą powinniśmy jechać.

Czy stosowałem ten sposób – oczywiście, że tak – jednak tylko na długim dystansie . Nie jest to doping a pomaga prawie równie dobrze 🙂

Na Ironman pilnowałem się do tego stopnia, że różnica pomiędzy założoną a osiągniętą mocą wynosiła +/- 2% a czas na zawodach praktycznie pokrywała się z czasem jaki wyliczyła mi aplikacja co w walce o slota wydaje się naprawdę istotną rzeczą. Bo schodząc na bieganie dobrze wiesz jakie są Twoje rezerwy i jak bardzo możesz podkręcić swoje tempo.

Można tez nie wybierać drogi na skróty i po prostu jeździć, jeździć i jeździć… po jakimś czasie nasze ciało samo wie kiedy można przycisnąć a kiedy należy odpuścić i do pełni szczęścia potrzebne są tylko 3 liczby których powinniśmy się trzymać – moc na podjeździe , zjeździe i płaskim odcinku – w końcu każda trasa kolarska składa się tylko z tych trzech elementów 🙂

Pomiar mocy moim zdaniem jest jedną z najlepszych inwestycji w rower. Przekonacie się o tym już po pierwszym treningu.

 

 

 

 

Sinusoidalne wahania formy

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło że to roczny wykres wahań formy . W końcu nie zawsze można mieć szczyt 🙂

I nie miałbym  nic przeciwko temu gdyby nie fakt iż jest to wykres z ostaniach 2 miesięcy podczas których co rusz nękają nasz dom egipskie plagi. Człowiek się dwoi i troi aby się zabezpieczyć i uodpornić ( na tyle na ile to możliwe) , a te zarazki i tak znają sposób aby się do nas wprowadzić.

Takowym to sposobem właśnie odbębniam chyba już trzecią infekcje.  Moja forma to raczej krzywa spadkowa a motywacja już puka w dno od spodu.

Dodatkowo aby jeszcze skuteczniej się załamać w TrainingPeaks codziennie pokazuje mi stosunek mojej obecnej formy do tej sprzed roku – chyba wyłączę ta opcje 🙂

Nie popełniajcie tego samego błędu, który mi przytrafia się po dziś dzień – zapominam, że w tej zabawie najważniejsza jest właśnie zabawa.

Do zobaczenia ( mam nadzieje ) już niebawem na treningu

Dzielimy na trzy

Bieg Sylwestrowy w Trzebnicy zawitał do mojego kalendarze już kilka lat temu. Ten start jednak miał być wyjątkowy. Podczas domowe narady wojennej zapadła decyzja o wspólnym starcie, starcie które miał naładować nas energią na zbliżające się miesiące ciężkich treningów w ciemnie i zimnie.

 

Kto był ten wiem , kto nie był ten musi przynajmniej raz spróbować startu w Trzebnicy – bo klimat tego biegu jest naprawdę wyjątkowy, mimo że rodzinnie bo kto w Sylwestra wybierze się na bieg który byłby oddalony o godziny jazdy.. raczej nikt dlatego ilość znajomych twarzy była oszałamiająca.

Normalnie tuż przed startem sprawdzałem czy mam numer , jadłem żel i zastanawiałem się nad strategią, tym razem pompowałem koła i powolnym krokiem zmierzałem na koniec startującego tłumu, w końcu nie będę z wózkiem się przeciskał , bo i po co.

Zdjęcie

Co na to Stach , on tak jak zawsze niecierpliwie czekał aż zaczniemy, co chwile dając sygnał do startu 🙂 i tak jak zawsze uśmiech pojawił się gdy tylko osiągnęliśmy prędkość przelotową 5:00 min/km

Jeśli chciałbyś zaczerpnąć więcej informacji na temat biegania z wózkiem zapraszam do kontaktu oraz odwiedzenia strony https://scandinavianbaby.pl/ oraz http://www.gtrat.pl/

Ironman Nicea “30-34 “

Ciekawe co by było gdybym ten sport poznał kilka lat wcześniej  – tego nigdy się nie dowiem. Za to dziś wiem jedno – rywalizuje w jednej z najmocniejszych grup wiekowych, w której pierwsza dziesiątka osiąga lepsze wyniki niż połowa zawodników PRO.

Tak było i tym razem podczas kolejnych zawodów Ironman, w których brałem udział – Ironman Nicea.

image

Pomysł na ten start nie urodził się w mojej głowie. Był częścią wielkiego planu przejęcia władzy nad światem, który ciągle tli się w głowie SuperMario. Na początku startować miał tylko Mariusz,  ostatecznie aż  czwórka zawodników GT RAT ( Michał Wojtyło, Mariusz Chrobot, Arek Janiszewski, Artur Chojnacki) odebrała pakiety i stanęła do rywalizacji na najtrudniejszej trasie w europejskim cyklu zawodów Ironman.

Zawody w Nicei nie słyną z kosmicznie wyżyłowanych czasów.  Tu wygrywają zawodnicy z czasem w granicach 8:30, a o zbliżeniu się do 8 godzin można zapomnieć. Tu trasa rowerowa pokrywa się z jednym z etapów Tour de France i  wymaga pokonania 2400 m przewyższeń oraz 60 km niesamowicie wąskich i technicznych zjazdów. Gwoździem do trumny jest maraton poprowadzony nadmorskim deptakiem pozbawionym odrobiny cienia ( historycznie w Nicei temperatura na maratonie nie spada poniżej 30 stopni).

Będąc po raz pierwszy na zawodach tej rangi wszystko potrafi zaskoczyć. Począwszy od lokalizacji i wyglądu mety, skończywszy na procedurach wprowadzania rowerów do strefy zmian. Wszystkie te procesy mają swój olbrzymi plus – na każdych kolejnych zawodach wszystko  będzie wyglądało tak samo – wystarczy przeżyć te pierwsze.

I tak pod względem organizacji Nicea wyprzedziła Barcelonę …  o lata świetlne. Począwszy od zaangażowania organizatorów, skończywszy na pasta party ( może z wyjątkiem bufetu po samych zawodach, którego wole sobie nie przypominać – chodź nie było tam zbyt wiele do zapamiętania). Największym zaskoczeniem było ściganie się przy ruchu otwartym z naprzeciwka . Nie brakowało sytuacji w których zza zakręty pokonywanego z prędkością 70 km/h wyskakiwał samochód – takie sytuacje niestety bardzo mocno działają na psychikę – trzeba zwolnić, w końcu jest dla kogo żyć.

Dla mnie sam start był czymś w rodzaju wakacji. 5 dni poza domem na Lazurowym Wybrzeżu – czego chcieć więcej. Jazda samochodem nie byłaby najlepszym pomysłem w końcu to 15h za kółkiem Na szczęście na ratunek przyszedł EasyJet z Berlina, którego koszty były porównywalne – nie wspominając o tym, że po 6 godzinach byliśmy w Nicei.
Tu z osobistym dietetykiem w postaci SuperMario zaczęło się ładowanie węglami – on akceptował plan żywieniowy ja zajmowałem się realizacją. Tym razem nie było pięciu pizz dziennie a tylko jedna na 3 dni przed startem. Za to nie brakowało zdrowych węgli i Jegera 🙂

image

Tym razem nie miałem zamiaru popełnić błędu w odżywianiu, zrobiłem to w Klagenfurcie i Barcelonie – do trzech razy sztuka. Na sam start z kalkulatorem wyliczona została odpowiednia ilość węgli – Enervit poszedł w ruch. Jak wszędzie tak i ty są gorsze, lepsze i kosmiczne produkty. Do tych kosmicznych  zaliczam izotonik i żele Competition.

Sam kiedyś czytałem wpisy licząc na to, że ktoś poda mi receptę na sukces. Na próżno, każdy z nas jest inny , różnie przyswajamy produkty sportowe  i inaczej na nie reagujemy. Dlatego zamiast szukać co jest najlepsze dla innych, zacznijcie sprawdzać na sobie. Tylko nie w dniu zawodów, a na kilka miesięcy przed. Ja dopiero po kilku latach znalazłem swój żywieniowy złoty środek, które i tak będę jeszcze udoskonalał.

W pełni gotowy o 6:20 czekałem na start zawodników PRO, 10 minut po nich ruszył rolling start ( nowy pomysł IM aby uniknąć niepotrzebnej pralki w wodzie – według mnie coś prostego a zarazem skutecznego w szczególności dla osób początkujących). 

Woda jak to woda, mokra i słona. Tu chyba za wiele więcej nie da się powiedzieć. Czy mogłem szybciej – pewnie tak ale była by to kwestia 1-2 minut

Strefy  mogły by być krótsze, jednak z uwagi na wąski deptak, na którym usytuowane były rowery w T1, miałem około 1km biegu, T2 to już tylko 400m

image

Rower to jazda epicką trasą, która śnić będzie mi się po nocach. Piękne widoki, kibice w każdym miasteczku a do tego przepiękny techniczny zjazd. Dla tej trasy warto tam pojechać.

Bieganie przypominał spacer po rozgrzanych węglach. Asfalcie który wprost parzył, do tego brak cienia, gąbek z wodą oraz lodu.

Jadąc do Nicei. nie jechałem po slota. Nie czuje się jeszcze na siłach aby tego dokonać, natomiast po zejściu z roweru, biegnąc przez strefę naliczyłem nie więcej niż 40 rowerów, co oznaczało że jestem w ścisłej czołówce ( startowało ponad 40 zawodników PRO z których już na trasie rowerowej sporo zostawiłem za sobą) –

postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę.
Medal zdobędę na pewno, teraz tylko kwestia czy będzie do niego ładny “żeton z palemką – idealny do wózka w markecie”. Tempo jakie sobie narzuciłem – 4:20 – udało mi się utrzymać przez około 30 km , ostatnie 12 km było już ciężką walką którą niestety przegrałem tracąc na tym odcinku około 10 minut do czasu który założyłem sobie na początku biegu.

 

Nicea jest pierwszym startem z którego jestem bardzo zadowolony – tu nie było przypadku, wszystko zostało zaplanowane a plan został zrealizowany w 110%. Kony nie ma, ale też jest zajebiś…….

Po raz pierwszy w historii jestem w pierwszej dziesiątce swojej kategorii oraz pierwszej pięćdziesiątce open będąc wyprzedzonym tylko przez 16 zawodników PRO.

Dodatkowo z tych zawodów przywiozłem olbrzymi plecak doświadczeń których nie zawaham się użyć na kolejnym pełnym dystansie. A tam będzie już walka o slota 🙂

image

 

image

 

image

Trzebnicka przeprawa z Szerszeniami

Przepiękna okolica, wspaniała trasa a do tego niesamowita rodzinna atmosfera – to tylko kilka powodów dla których Trzebnicki Maraton Rowerowy Żądło Szerszenia to zawody na których trzeba być.

Konwencja tych zawodów pozwala wszystkim amatorom kolarstwa na sprawdzenie swoich możliwości podczas dwóch zaplanowanych tras 85 oraz 150 km.
Podczas kilku godzin ścigania mamy okazje podziwiać setki hektarów rzepakowych pól, bezkresne tafle wody stawów milickich oraz  przemierzać najwspanialsze podjazdy Kocich Gór.

Zawodnicy startują w 10 osobowych grupach dobieranych losowo( w odstępie 2 minut ), to pozwala zminimalizować ryzyko olbrzymich kraks, które bardzo często mają miejsce w amatorskich wyścigach ze startu wspólnego gdzie na jednej linii staje kilka tysięcy zawodników.

Los decyduje do jakiej grupy trafimy, a mamy kilka możliwości :

Trzebnickie harty – grupa dla której utrzymanie średniego tempa na poziomie 45km/h nie stanowi najmniejszego problemu. Składa się z minimum 3 dobrych kolarzy którym większość nawet nie jest w stanie utrzymać “koła”. Trafiając do takiej grupy mamy dużą szansę na dojechanie na bardzo wysokiej pozycji.

Pitu Pitu – tu liczy się samo jechanie, pozycja ma dużo mniejsze znaczenie. Z uwagi na osiąganą prędkość ta grupa jest najbezpieczniejsza. Każdemu kto po raz pierwszy trafi na Żądło życzę aby wylądował właśnie w takiej grupie.

Wybuchowy mix – to prawdziwa niebezpieczna mieszanka nabuzowanych adrenaliną kolarzy pędzących po wygraną oraz amatorów którzy nigdy wcześniej nie jeździli w grupie. Jeśli nie czujemy się na siłach tak szybko jak tylko głowa na to pozwoli powinniśmy odpuścić swoją grupę i poczekać na inną spokojniejszą i lepiej dopasowaną do własnego poziomu.

Dlatego właśnie dla  własnego bezpieczeństwa bardzo ważne jest aby poprawnie ocenić swoje realne umiejętności.

Dla mnie Żądło to kultowy wyścig bez którego nie potrafię wyobrazić sobie sezony.

Początki to dystans mini a od dwóch lat dystans mega.

Mega potrafi dać w kość, pierwsze 120 km to płaski odcinek na którym tempo jest bardzo mocne. Często przed dojazdem do pierwszych wzniesień średnia prędkość z łatwością przekracza 40 km/m. Ostatnie 30 km to eskapada po Kocich Górach. Tam każdy nawet najmniejszy podjazd daje już mocno w kość i to właśnie na tym etapie większość grup zostaje rozbite a co mocniejsi zawodnicy próbują ucieczek – w końcu meta już tuż tuż.

Ostatni test przed IM Nicea zaliczony, wyniki trochę mnie rozczarowały, tu jednak aby realnie ocenić swoją predyspozycje niezbędna jest głębsza analiza planu treningowego. W końcu nie każdy na dzień przed startem w wyścigu biega 20 km albo jeździ 60 km w tempie zawodów 🙂 ot to taki życie triathlonisty.

Do zobaczenia już za rok !!!

 

Miękinia jak bumerang.

Jeszcze pięć lat temu po założeniu garmina każdy trening kończył się rekordem.
– pierwszy kilometr poniżej 6min/km
– pierwsze 10 km ( ooo to po kilku tygodniach )
– pierwsze 21 km ( to nawet po roku )

Obecnie wracając z treningu cieżko jest zaskoczyć samego siebie, nie wspominając już  o olbrzymiej bazie danych garmin connect – bo kto jak nie garmin i google wie o mnie najwięcej.

Coraz częściej do głowy przychodzą mi najdziwniejsze pomysły realizowania treningów ( trochę za sprawą trenara – a jak wiadomo trener ma zawsze racje 🙂 ) , trochę chcąc urozmaicić rutynę codziennego trenowania na tych samych trasach.
W ten weekend okazji ku urozmaiceniom było aż nadto. Najpierw Bike Maraton Miękinia przenoszący mnie z asfaltu  do krainy błota, a dzień póżniej zakładka w której główną cześć miał odegrać półmaraton rozgrywany również w Miękini.

Wraz z Mario – kolegą od upodleń – umówiliśmy się na poranny trening rowerowy tak aby prosto po zrobieniu pętli podjechać na start , zrobić szybkie T2 i ruszyć na 21 kilometrową trasę biegową.

Rower jak wiadomo to mój konik – jednak po starcie w maratonie MTB z tego konika wyszła raczej szkapa. Kręciło się bardzo ciężko a do tego te liczby na garminie –  załamywały !!!. Moc jak sprzed kilku lat ( nie wiem z jaką mocą wtedy jeździłem ale zapewne był to taki poziom) i bardzo wysokie tętno

to będzie ciężki dzień

Jaka szkoda, że nie wpadłem na pomysł aby skalibrować moc po wymianie baterii – zapewne nie załamywał bym się tak bardzo – tu człowiek uczy się całe życie.

Po 60 km w nogach przyszedł czas na szybkie T2, z tym szybkie to bym nie

przesadzał, ja byłem w totalnej rozsypce , gdy Mario już biegł na start ja sznurowałem nowe buty, w końcu na to w domu nigdy nie było czasu.

Na starcie spędziliśmy 30 sekund, udało mi się spotkać Olimpie , pomachać do Stacha i strzał.

Taka zakładka to zupełnie nowe doświadczenie, jeśli na rowerze tętno trzymałem w ryzach, tak teraz poszybowało ono w kosmos, a musiało bo trzeba było łapać Mateusza który wyrwał jak poparzony.
Od 2 kilometra – bo tyle zajęła mi pogoń za tym hartem, pracowaliśmy jak zgrany duet, częste zmiany, podciąganie się i motywacja a do tego równe trzymanie tempa.
Na 18 km spotkałem go , siedział sobie w rowie i czekał, tylko dlaczego właśnie na mnie  – Kryzys Kowalski.

Chwile z nim podyskutowałem o sensie dalszego biegu – każdy z nas miał inne zdanie na ten temat dlatego po kilkuset metrach rozstaliśmy się w gniewie…a niech sobie z kim innym pogada.

Te kilka chwil wystarczyło aby Mateusz odskoczył na 200 metrów. I znów czekała mnie mordercza pogoń. Jeśli ktoś uważa że 200 metrów to nic wielkiego , niech postara się po 19 kilometrach przyspieszyć o 15 sekund.

Tylko  dzięki uprzejmości Mateusza na 300 metrów przed metą biegliśmy już razem. Metry uciekały,  a my rozpoczęliśmy dyskusje jak przekroczyć metę. Pomysłów było kilka , każdy chciał być dżentelmen przepuszczając tego drugiego, ktoś ( dobrze wiemy kto ) krzykiem zasugerował aby złapać się za rączki.

Zamiast tego postawiliśmy na los – los szczęści – starając się przekroczyć metę razem. Tu szczęście uśmiechało się do mnie – do biegu wystartowałem sekundę za Mateuszem i to właśnie ta sekunda zaważyła – chodź i tak uważam że tego dnia pierwszeństwo należało się właśnie jemu 🙂

Po takiej zakładce nie mogę mieć sobie nic do zarzucenia.
Tempo biegu w granicach 3:50 daje dużo nadziei przed zbliżającym się startem w Ironamn Nicea. Dodatkowo nowa życiówka na półmaratonie – może tylko kilka sekund ale to zawsze coś 🙂 ( trasa o wiele łatwiejsza niż Ślężańska jednak w tym wypadku zmęczenie po zawodach i porannym rowerze nie pozwoliło na więcej mimo że głowa już widziała na zegarku te 1:19:59)

Święta święta i po … wadze

Święta mają to do siebie , że bardzo ciężko jest utrzymać jakikolwiek reżim.

image

Zmiana otoczenia, zmiana planu dnia a do tego przysmaki na stole. O ile łatwo było zapanować nad sobą przez pierwsze “postne” dni … o tyle po święceniu sprawa była już jasna  – FAT RAT Challenge należy odwołać lub przynajmniej wstrzymać na jakiś czas.

Rozleniwiony organizm zamiast trenować chciał spać, a od tego wietrzna pogoda nie zachęcała do wyjścia na rower. Całe szczęście, że ostatnie dni zrobiły się pogodne i słonecznie, umożliwiło to odebranie kilku KOM-ów lokalnym ścigaczom 🙂 w końcu to mój teren .. 🙂

 

 

 

image

Może to zabrzmi dla niektórych bardzo dziwnie ale przez prawie tydzień czułem zmęczenie po Półmaratonie Ślężańskim, czułem albo chciałem czuć bo było to idealne wytłumaczenie z jakiego powodu nie chce mi się iść na trening 🙂

 

Teraz najgorsze kila dni – ponowne wejście w rytm – całe szczęście, że powoli za oknem widać wiosnę, na początku jak to zawsze bywa będzie wietrznie, ale najważniejsze że za oknem już cieplej i jaśniej 🙂

Zając na wyłączność

Najważniejsze to mieć zająca

Pamiętaj że gdy ty gonisz jednych , drudzy gonią Ciebie.

W sporcie chyba to to już być musi 🙂

W tym sezonie do naszej grupy dołączył Michał, który już od samego początku ciągle mnie zaskakiwał. Na treningach biegowych jego przewaga była miażdżąca. Na treningach rowerowych nie potrafiłem zerwać go z koła, Na pływaniu  – ufff tu jeszcze musi się wypływać

Mistrzostwem było gdy na treningu kolarskim w Sobótce podczas podjazdy na Tąpadła wzięło mu się na opowiadanie historii – WTF – ja tu ledwo powietrze łapie. Gdy po delikatnej sugestii z mojej strony, że spokojnie może mnie wyprzedzić bo w końcu naszywka najszybszego kolarza w grupie to nie zakaz wyprzedzania. Wyjechał , odjechał i znikł …. nie czekał aż powtórzę mu to drugi raz.

To dało mi do myślenia – wnioski – nigdy nie biec na zawodach za Michałem. U mnie jednak świadomość i działanie to dwa zupełnie odrębne działy w mózgu które za bardzo nie lubią z sobą współpracować.
Całe szczęście że na dyszce nie widziałem Michała – a pewnie nawet gdybym go widział to spalił bym się po pierwszym kilometrze.

W Sobótce było już inaczej, po kilkuset metrach poczułem takie koleżeńskie poklepanie po lewym pośladku – niby przyjemne ale to było jak przepowiedzenie początku mojego końca.

O nie – utrzymam go za wszelką cenę – i przystąpiłem do działania ( świadomość chyba jeszcze spała) . Kilka pierwszych kilometrów mam go dosłownie na kilkanaście metrów przed sobą, potem kilkadziesiąt , kilkaset … no i na Tąpadłach już go nie widzę.

Teraz do akcji wkroczyła świadomość, świadomość, że jestem w połowie trasy i może pora pomyśleć jak tu przebiec drugą połowę.

Tu jednak zaczyna się ta przyjemniejsza część z górki, można było trochę nogi rozkręcić i wejść we własny rytm. W tym roku zbieg okazał się o wiele wiele przyjemniejszy niż w latach ubiegłych bo to na nim udało mi się dogonić wszystkich którzy odbiegli ode mnie na podbiegu.

Jak Basetk od 15 km starałem się kontrolować sytuacje – tylko po co skoro biegnie tu kilka tysięcy osób a pierwsze miejsca już są na mecie 😀

Po raz pierwszy po przekroczeniu linii mety nie chciałem więcej…czas mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Oczywiście Mario obstawiał go prawidłowo, a ja w obliczeniach dałem sobie zbyt dużą strefę komfortu.

Teraz nie pozostaje mi nic innego niż zakończyć tą startową piramidę z przytupem. Była dyszka , była połówka – to gdzie w weekend jest maraton ?

Wczoraj wiele osób pytało się jak to możliwe że po narodzinach dziecka przy 4 godzinnych nocach, można jeszcze tak biegać…sekret jest tylko jeden – codziennie świeże mleko 😀 Stach pije i rośnie – to co, mi ma nie pomóc.

 

www.gtrat.pl