Rower nie zawsze znaczy to samo.

Dwa koła , łańcuch, kierownica … i ta sama zasada działania. To chyba jedyne elementy jakie łączą rowerową część triathlonu z kolarstwem szosowym.

W miniony weekend startowałem na dystansie FUN ( 50km) podczas wyścigu kolarskiego w Miękini który jest elementem cyklu Via Dolny Śląsk – który osobiście uważam za strzał w dziesiątkę bo właśnie takich zawodów bardzo brakowało.

„Zaraz będą mnie zbierać z asfaltu” – to była pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy i to już po niecałych kilkuset metrach, gdzie doszło do pierwszego karambolu.
Startując kilka sezonów tylko w triathlonie, dodatkowo w wersji bez draftingu zapomniałem jak to jest jechać przez 50 km ze średnia prędkością 40km/h w grupie 50 osób przeciskając się przez ostre i wąskie zakręty , łapiąc pobocza, co chwile skacząc w ucieczce lub goniąc ucieczkę aby następnie znów wpaść w kocioł w którym raz z prawej raz z lewej czujesz na sobie łokieć innych kolarzy.

Tak właśnie wygląda peleton w amatorskim wyścigu kolarskim – to nie Tour De France, który ogląda się w telewizji – tu nikt ze sobą nie współpracuje, każdy pracuje na siebie, kombinuje od pierwszych metrów aby strzelić na końcu jak z procy. Osoby bez doświadczenia jazdy w grupie znajdują się w pędzącym peletonie ( bo utrzymanie się na ogonie takiego peletony jest możliwe) a następnie doprowadzają do sytuacji których konsekwencją bardzo często są wypadki.

Czy to jednak odstrasza mnie od kolejnego startu – oczywiście że nie, bo to jaki poziom bezpieczeństwa chce się mieć zależy tylko od nas samych. Jeśli grupa jest za silna, ma zbyt wielu nieprzewidywalnych kolarzy – wystarczy poczekać chwile, zwolnić a zaraz za plecami pojawi się kolejny peleton. Może tym razem bardziej ludzki  ( a ta minuta którą stracimy jest niczym w stosunku do szlifu który może nas pozbawić przyjemności z jazdy na kilka miesięcy i dodatkowo uszkodzić sprzęt)

Ja pojechałem tam z nastawieniem dobrej zabawy i walki w pierwszej grupie – dlatego robiłem wszystko aby pracować w niej od początku do końca. Doświadczenie jakie zdobyłem jest nieocenione. Teraz już jestem pewien , że kolarstwo to nie triathlon – ty BBS się do niczego nie przyda , patrzenie na waty mija się z celem bo jeśli jest ucieczka to gonisz ich za wszelką cenę, planowanie jedzenia – jakie planowanie – jesz i pijesz wtedy ja pije i je cały peleton. Całe moje poukładane triathlonowe  ściganie starło się z kolarskim chaosem.

W ten weekend pora no kolejne starcie podczas wyścigu w Sobótce podczas Visegrad V4 Race

Sprawdzimy czy jestem pojętnym uczniem.

PS. Dodatkowo przetestowany w boju nowy produkt #dashrade – więcej informacji niebawem

Foto:
Kasia Rokosz Fotografia

Rozdział zamknięty

Czas definitywnie zakończyć poprzedni sezon. Dość wspominania. Przede mną jeden z najważniejszych startów w moim życiu.

Pierwsze Mistrzostwa Świata zawsze pozostaną w pamięci – niezależnie od miejsca i czasu z jakim wrócę, dla mnie będzie to olbrzymi zaszczyt ścigać się na tej wyspie, o której tyle czytałem i którą tyle razy widziałem na motywacyjnych filmach z serii – „Anything is Possible”

Wielokrotnie zabierałem się za podsumowanie sezonu,  jednak liczby które miałbym zaprezentować nijak mają się do osiągnięć Michała Podsiadłowskiego czy też Marcina Koniecznego – ale w końcu może nie muszą. Panowie to nadal nie moja liga i  teraz raczej walką będzie o pozostanie w ich pobliżu niż o triumfalne wyprzedzenie ich na jakiś zawodach.
Moim głównym celem na Kone jest przede wszystkim dobrze się bawić … no i  jak najbardziej zbliżyć się do czasu Michała –  nie mogę oprzeć się tej odrobiny męskiej rywalizacji;).

Wracajmy do faktów :
W 2017 miałem dwa starty główne :
– Karkonoszman
– Ironman Wisconsin
Tak też planowane były moje szczyty ( a raczej pagórki) formy. Tu  muszę przyznać, że mimo iż bardzo często przestawiałem sobie cześć treningów – co doprowadzało trenera do szewskiej pasji-  to i tak udało się Kubie osiągnąć zamierzony cel. Chodź  przez moje zmiany raz za razem wdrażał plan naprawczy do planu naprawczego poprzedzony planem ostatniej szansy i planem ratunkowym – wniosek na ten sezon  – nie mieszać samemu w planie przygotowanym przez trenera ( a jeśli już mam taki zamiar –  to warto to z nim ustalić przed a nie po fakcie 🙂

Kolejnym największym błędem jaki popełniłem było skupienie się na dyscyplinie która i tak szła mi najlepiej – kolarstwie. Ta nieprzemyślana decyzja kosztowała mnie dobre kila pozycji na Ironman ( tempo pływackiego spadło o około 10s na 100m – a to już są cenne minuty jeśli macie zamiar walczyć o miejsce)

W skali roku tylko kilkukrotnie osiągnąłem poziom 1000 TSS tygodniowo – co dla zwykłego śmiertelnika znaczyć może tylko jedno : w tym okresie trenowałem około 20h  tygodniowo. Patrząc na piki TSS bardzo łatwo wywnioskować kiedy byłem na obozie oraz kiedy był Karkonoszman i IM Wisconsin ( tygodnie poprzedzające starty to piki TSS)

Sam byłem zaskoczony ilościami godzin spędzonymi na treningach … więc pewnie was też to zaskoczy . Średnio w ciągu roku to 11h tygodniowo.
Jedyny wniosek jaki przychodzi mi do głowy to fakt, iż był to już mój 6 sezon ( przy naprawdę mocno przepracowanych poprzednich pięciu). To zapewne pozwoliło mi utrzymać, a nawet podnieść formę przy zmniejszeniu ilości treningów .

Zapewne też (z uwagi na Stacha i mniejszą ilość dostępnego czasu) moje treningi stały się  dużo bardziej efektywne i większość była realizowana na poziomie 0,75 -0,8 IF – co znaczyło by, że zmądrzałem 😉 – czyżby to było możliwe :)?!

W tym roku moje roztrenowanie było najdłuższe w całej mojej sportowej historii.
Ponad 3 miesiące praktycznie nic nie robienia – psychicznie bolało, ale fizycznie było bardzo potrzebne. W końcu trenowanie przez 6 lat nie pozostaje bez pływu na zmęczenie organizmu, zmęczenie  które potrafi kumulować się miesiącami a moim zdaniem nawet latami.
Nadal czuje się dużo słabszy niż w tym samym okresie w roku ubiegłym , chodź liczby pokazują że rok temu byłem na tym samym poziomie.
Moje techniczne wykształcenie karze wierzyć liczbom 🙂


Różnicą która w ubiegłym roku wyniosła mnie na zupełnie inny poziom a w tym roku jej zabraknie był Triathloncamp Majorka … domowymi sposobami przy naszym klimacie nie da się osiągnąć takiego poziomu w tak krótkim czasie ( chyba że jest się Sandersem i kocha się trenażer i bieżnie)

Nie składam jednak broni. Na horyzoncie Kona , a czas ucieka nieubłaganie.

 

Trzebnicka przeprawa z Szerszeniami

Przepiękna okolica, wspaniała trasa a do tego niesamowita rodzinna atmosfera – to tylko kilka powodów dla których Trzebnicki Maraton Rowerowy Żądło Szerszenia to zawody na których trzeba być.

Konwencja tych zawodów pozwala wszystkim amatorom kolarstwa na sprawdzenie swoich możliwości podczas dwóch zaplanowanych tras 85 oraz 150 km.
Podczas kilku godzin ścigania mamy okazje podziwiać setki hektarów rzepakowych pól, bezkresne tafle wody stawów milickich oraz  przemierzać najwspanialsze podjazdy Kocich Gór.

Zawodnicy startują w 10 osobowych grupach dobieranych losowo( w odstępie 2 minut ), to pozwala zminimalizować ryzyko olbrzymich kraks, które bardzo często mają miejsce w amatorskich wyścigach ze startu wspólnego gdzie na jednej linii staje kilka tysięcy zawodników.

Los decyduje do jakiej grupy trafimy, a mamy kilka możliwości :

Trzebnickie harty – grupa dla której utrzymanie średniego tempa na poziomie 45km/h nie stanowi najmniejszego problemu. Składa się z minimum 3 dobrych kolarzy którym większość nawet nie jest w stanie utrzymać “koła”. Trafiając do takiej grupy mamy dużą szansę na dojechanie na bardzo wysokiej pozycji.

Pitu Pitu – tu liczy się samo jechanie, pozycja ma dużo mniejsze znaczenie. Z uwagi na osiąganą prędkość ta grupa jest najbezpieczniejsza. Każdemu kto po raz pierwszy trafi na Żądło życzę aby wylądował właśnie w takiej grupie.

Wybuchowy mix – to prawdziwa niebezpieczna mieszanka nabuzowanych adrenaliną kolarzy pędzących po wygraną oraz amatorów którzy nigdy wcześniej nie jeździli w grupie. Jeśli nie czujemy się na siłach tak szybko jak tylko głowa na to pozwoli powinniśmy odpuścić swoją grupę i poczekać na inną spokojniejszą i lepiej dopasowaną do własnego poziomu.

Dlatego właśnie dla  własnego bezpieczeństwa bardzo ważne jest aby poprawnie ocenić swoje realne umiejętności.

Dla mnie Żądło to kultowy wyścig bez którego nie potrafię wyobrazić sobie sezony.

Początki to dystans mini a od dwóch lat dystans mega.

Mega potrafi dać w kość, pierwsze 120 km to płaski odcinek na którym tempo jest bardzo mocne. Często przed dojazdem do pierwszych wzniesień średnia prędkość z łatwością przekracza 40 km/m. Ostatnie 30 km to eskapada po Kocich Górach. Tam każdy nawet najmniejszy podjazd daje już mocno w kość i to właśnie na tym etapie większość grup zostaje rozbite a co mocniejsi zawodnicy próbują ucieczek – w końcu meta już tuż tuż.

Ostatni test przed IM Nicea zaliczony, wyniki trochę mnie rozczarowały, tu jednak aby realnie ocenić swoją predyspozycje niezbędna jest głębsza analiza planu treningowego. W końcu nie każdy na dzień przed startem w wyścigu biega 20 km albo jeździ 60 km w tempie zawodów 🙂 ot to taki życie triathlonisty.

Do zobaczenia już za rok !!!

 

10 -tylko czy aż?

Tradycją w GT RAT jest sprawdzenie się na początku sezony na dystansie 10km. Ten dystans jest idealnym testem biegowym pozwalającym bardzo dobrze ocenić w jakim stopniu przepracowaliśmy zimę. Tu już nic nie da się ukryć przed trenerami, a przede wszystkim innymi RAT-owcami 🙂

Na szczęście w naszej okolicy zwiększa się wybór imprez na tym dystansie. W odstępie tygodnia mieliśmy Wrocławską Dychę oraz Dziesiątkę WroActive.

Imprezy, które poza dystansem i fajną atmosferą są zupełnie od siebie różne.

Wrocławska Dycha mimo swojej wielkości jest imprezą nadal “rodzinną” i lokalną ( co jest jej olbrzymim plusem) a jej trasa biegnie po szutrowych ścieżkach.

Diesiątka WroActive to bieg na licencjonowanej 10 km bardzo szybkiej trasie biegnącej w okolicach Stadiony Miejskiego.

Nas jako biegaczy powinno to tylko cieszyć – w końcu dla każdego coś dobrego.

image

Dla mnie ten 10 kilometrowy  bieg to nie walka o wynik a sprawdzenie “parametrów” przed zbliżającymi się startami głównymi – oczywiście nie mam nic przeciwko jeśli wpada nowy rekord, jednak to nie jest głównym  założeniem tego biegu.

image

Jest już tradycją, że podczas WroActive wieje – dlatego nikt nie zwraca na to uwagi, w końcu trasa biegnie po odcinku więc tyle samo czasu wiatr przeszkadza co pomaga. Trasa należy raczej do płaskich i szybkich, występuje kilka wzniesień – no może przesadziłem to nie wzniesienia a zmarszczki na czole żony, której właśnie powiedzieliśmy ile kosztowały nasze nowe buty biegowe. Jedyną trudnością jest delikatny i krótki podbieg na 9 kilometrze – wytrawny biegacz pewnie nawet go nie odnotuje w swojej głowie.

Po przekroczeniu linii mety jak zawsze byłem zadowolony …. przez dobre 10 sekund. Chwile później zaczęło się analizowanie czy możliwe było złamanie 36 min … już wiem – TAK – ale nie w tym roku. Mimo, że biegłem z małym buforem bezpieczeństwa, to nie na tyle dużym aby wycisnąć z niego dodatkowe 39 sekund.

Dystans : 10 km
Czas 00:36:39

image

 

P.S.
Oczywiście nie ustrzegłem się błędów – teraz już wiem że chcąc robić takie czasy trzeba się ubrać na krótko 🙂 – człowiek uczy się całe życie.

 

image

Już nie spacer – jeszcze nie trening

W moim planie treningowym zawitała nowa jednosta – spacerobieg.
Jednosta jest na tyle mało opisana w książkach treningowych, że nie do końca wiadomo jak idelanie wpsować ją w istniejący już plan.

Może jako regeneracja , albo dłuższe wybieganie ?

Właśnie taki tok myślenia zawitał do mojej głowy przed pierwszym planowanym biegiem z wózkiem – ach to wieloletnie trenowanie pozostawia skazy na psychice 🙂

Jak bardzo byłem zaskoczony gdy moje planowanie już od pierwszej chwili okazało się błędem.

Kiedy idziemy biegać ?

W planie oczywiście wpisana  sobota godzina 14 ….a w rzeczywistoci sprawdził się tylko dzień, bo co do godziny to pełna decyzyjność została w rękach naszego małego terrorysty 🙂 I stało sie już jasne – bieganie będzie wtedy kiedy Stach będzie gotowy.

Jak szybko biegniemy ?

Udało się wyjść  – ufff – pierwsza przeszkoda pokonana. Rozpoczynamy aktywną regeneracje. Zaplanowane tempo 6:00 szybko wcielam w życie. I tu znowy niespodzianka – dla Stacha to stanowczo za wolno. Za mało szumu za mało bujania i świat jakoś tak w miejscu stoii. Po kilku kilometrach doszliśmy do porozumienia i wpsólnie odnaleźliśmy złoty środek 5:15, które dla oby z nas było do zaakceptowania – ale czy to jest aktywna regeneracja?

Nasza wózko-biegowa przygoda dopiero się rozpoczyna. Najważniejsze że sparing-partner bardzo lubi tą formę aktywności ( biorąc pod uwagę że po przekroczeniu prędkości przelotowej od razu zasypia). W najbliższym czasie mam zamiar dojść do takiego poziomy sprawności aby udało się zbliżyć takim spacerem do założeń treningu regeneracyjnego.

Oczywiście czeka nas dobór odpowiedniego wózka, których na szczęście obecnie na rynku już nie brakuje… ale o tym wszystkim już niedługo

IRONMAN Barcelona oczyma “weterana”

Zawody na długim dystansie niosą za sobą zawsze olbrzymie emocje. Niezależnie od tego czy jest to pierwszy czy setny start atmosfera jaka panuje wokół czerwonego M jest magiczna. Na kilka dni przed zawodami spora grupa osób chodzi jak na szpilkach, na innych działa to jak zegarek hipnotyzera – jedno jest pewne – nie da się przejąć obok tej imprezy obojętnie .

Przed pierwszym IM strach był tak ogromny, że nie mogłem w nocy spać, przed drugim ( na którym byłem tylko jako kibic) stresowałem się jeszcze bardziej niż Mariusz a na trzecim – na trzecim stało się coś dziwnego – byłem spokojny, dziwnie spokojny.

Przespałem wszystkie noce, sprzęt przygotowałem dużo wcześniej, sprawdziłem plan żywienia. Byłem spokojny do tego stopnia, że w dniu zawodów nie miałem konieczności korzystania z Toi-Toi , co w moim przypadku było naprawdę nie lada wyczynem.

Nie mam przepisu na spokój, w moim przypadku złożyło się na to wiele składowych:

– po pierwsze obecność przyjaciół z Grupy  Triathlonowej RAT
– brak nakręcania się na kilka dni przed startem
– odpowiednie podejście – jesteśmy na wakacjach, a start odbywa się przy okazji
– i to co chyba najważniejsze – dla mnie ten sezon był zrealizowany już w 100% a start w IM miał być tylko wisienką na torcie podzielonym na dwanaście kawałków między wszystkich IRON-RAT-owców

Swissman dał mi olbrzymią pewność siebie ale nie zrozumcie mnie źle. Nie biegam w koło opowiadając jaki to jestem najlepszy, bo tak się nie czuje. Nie opowiadam o tym  na każdym kroku, bo jeśli ktoś ma ochotę posłuchać, zapyta albo napisze do mnie bezpośrednio. Ta pewność siebie o której pisze przekłada się tylko w odniesieniu do zawodów. Na te kilka chwil przed wystrzałem. Po raz pierwszy w życiu nie bałem się wystrzału, byłem bardzo skupiony, każda kolejna minuta była zaplanowana, wiedziałem w czym jestem dobry, a na co muszę uważać.

O samych zawodach napisano już wiele dlatego skoncentruje się bezpośrednio na moim starcie.

Pływanie w morzu było wymagające – jeśli wcześniej nie pływało się w słonej wodzie i przy takich falach. Dla mnie to był szok, jednak nie tak straszny jak wcześniej o tym czytałem. Woda była słona – ale do przeżycia, język po godzinie spuchł – ale opuchlizna szybko zniknęła, były fale – ale trasa pływacka prowadziła po pętli, więc raz pomagały raz przeszkadzały. Podczas tego startu na uprzywilejowanej pozycji byli szybcy pływacy, gdyż z każda minuta wiatr wiał coraz silniej, dlatego ogromny szacunek dla osób z końca stawki.

Rower to moja mocna strona. Wiedziałem, że na tej trasie mogę ugrać bardzo wiele. Zaryzykowałem z doborem kół a dzięki Olimpius.pl miałem możliwość pojechać na dysku i to ryzyko się opłaciło. Dysk daje nie tylko 100 punktów do wyglądu PRO 😉 ale jest też “kartą przetargową” jeśli walczy się o wysokie pozycje. Sama trasa była ekstremalnie szybka, co na 177 km dało mi średnią prędkość 40km/h, która na innej trasie byłaby dla mnie nieosiągalna.  Dlaczego średnia ze 177? Gdyż właśnie na tym kilometrze trasy musiałem odstać swoje 5 min kary. Czy kara była słuszna, czy też nie to temat na innego posta. Jeśli spytacie więźniów za co siedzą – wszyscy odpowiedzą, że za niewinność, dlatego właśnie tłumaczenie mija się z celem. Swoje odsiedziałem i pojechałem dalej, kończąc część kolarską ze średnią 38,9 km/h (niby mała różnica a jednak) ;).

Bieganie w moim wykonaniu to była walka z motywacją a raczej jej brakiem. Próbowałem sobie też wmówić, że nie zniszczyłem nóg na ostatnich 30 km roweru kiedy usiłowałem odrobić 5 min straty… Nigdy tego nie róbcie 🙂 – nie da się odrobić tylu minut bez konsekwencji dla swojego organizmu.

Ostatecznie zrealizowałem 80% założonego planu – złamałem barierę 9:30 . Ten start dał mi  niesamowitą wiedzę z której teraz muszę wyciągnąć wnioski… i wdrożyć plan naprawczy 😉

Swissman 2015 – RatRun

T2 to strefa jakich mało – jedna toaleta , mały namiot oraz parking dla support car-ów, a to wszystko nad brzegiem lazurowego jeziora.

Dojeżdżając już z daleka widzę  jak mój support właśnie dociera na parking  – Panowie ledwo zdążyli – a już myślałem że będę mógł odpocząć

Oglądając filmy widziałem dziesiątki osób kibicujących wpadającym do T2 zawodnikom. U mnie było zupełnie inaczej  –  pusto i cicho …

Przekraczając belkę, w tym wypadku dosłownie była to kłoda drewna położona w poprzek drogi, usłyszałem tylko dzwonek, który zwiastował przybycie zawodnika do T2. Powoli zaczęło docierać do mnie, to co Kuba jakiś czas temu wspominał na górze – jestem gdzieś bardzo wysoko w klasyfikacji, brak kibiców , ciągła obecność samochodu organizatora oraz zadowolenie trenera ( który miał oczy jak 5 złoty ), to wszystko zaczynało mieć teraz sens.

Rower wymieniam za plecak pełen suchych ubrań.

– Michał jak się czujesz ?
– Może być ale teraz muszę chwile odpocząć bo nie dam rady
– Idź się przebieraj a ja zajmę się rowerem , jak będziesz gotowy ruszaj.


Jak na złość z nieba zaczyna mocno padać, na tyle mocno iż  z stojącego ToiToi robię sobie przebieralnie – w końcu i tak jestem sam w strefie.

Od rozmowy z Kubą nie mijają 2 minuty gdy w mojej głowie pojawia się wizja osób, które wyprzedają mnie gdy ja siedzę w  “przebieralni”

Na zewnątrz nadal Kuba zbiera moje rzeczy gdy ja jak poparzony wyskakuje i pędzę przed siebie

– Co ? Już ? Miałeś odpocząć
– Chyba już , widzimy się za 15 km

Na trasie biegowej przygotowanej przez organizatora można zatracić poczucie czasu. Pierwsze 20 km to ścieżki pieszo-rowerowe prowadzące przez piękne alpejskie miasteczka usytuowane w dolinach tuż obok lazurowych jezior. Nigdy do tej pory nie było mi dane biegać w takich miejscach – dlatego właśnie tą cześć trasy wspominam najmilej

Co jakiś czas z nieba padał deszcz, tak szybko jak przychodził tak samo szybko odchodził. To chyba urok tych góry – bo tubylcy zdawali się nawet nie zauważać tej lejącej się z nieba wody.

Od 15 do 28 km towarzyszy mi Kuba. Była to naprawdę dobra decyzja, bo ściana ( jedna z wielu, leczy ta była wyjątkowo wysoka ) na 25 km samodzielnie mogła by okazać się nie do przeskoczenia. Kilka słów trenera, motywująca rozmowa z Kacprem Adamem oraz świadomość, że na  monitorach kropka, która śledzi tak wiele osób, właśnie stanęła – dało mi porządnego kopa. Teraz byłem już za blisko aby się poddać, o rezygnacji nie było mowy , teraz musiałem trzymać tempo i gnać do przodu (gnać to chyba zbyt przesadzone słowo). Nadal miałem szanse na otrzymanie się w  TOP5

Na 28 km Kuba znika aby zgodnie z regulaminem w punkcie kontrolnym na 32km “odprawić” nasze plecaki. W tym momencie doceniam role supportu – nie koniecznie jako wielbłąda do noszenia kurtki, a raczej osoby która potrafi zauważyć zbliżający się kryzys, i tak poprowadzić myśli aby bezpiecznie go ominąć.

– Michał potrzebujesz czegoś w punkcie kontrolny, jakieś żele , cola ?
– Załatwicie mi kanapkę, taką jak na wycieczki z serem.

Wokół punktu kontrolnego tłoczyło sie dziesiątki osób. Przypadkowi turyści, organizatorzy , ale przede wszystkim rodziny i znajomi uczestników.  Z daleka widziałem powiewającą flagę GT RAT – był mój support , dojechał też Wojtek – wszyscy na miejscu.

Organizator bierze mnie do namiotu, uścisk dłoni, kilka kontrolnych pytań – czy aby na pewno wiem co robię-  i dostaje  zielone światło na dalszą drogę.

No to zaczynamy ostatnie 10 km . Jeszcze 10 godzin wcześniej cel był jeden – być w pierwszej 20stce. Już wiedziałem że zrealizowałem go w 100%   – więc czemu nie spróbować zrobić 200 %. Spojrzałem na Kubę , szybka analiza sytuacji i zmiana planów. Dajemy z siebie wszystko. Staramy się utrzymać pozycją przy okazji kończąc trasę biegową w maksimum 5h.

Czułem  się jak Frodo który szedł , szedł i szedł a ta jego góra ciągle była daleko. W każdym możliwym momencie starałem się biec, takich momentów nie było jednak zbyt wiele. Szybki marsz zdawał się  być bardziej efektywną formą pokonywania tej trasy. Na 4 km podbiegu spadam o jedną lokatę w dół.

– Kuba nie oddam już nawet jednego miejsca, nawet jakbym miął tu na czworaka zasuwać.

Jeszcze kilka zakrętów , na szczycie widać już flagi Swissman-a , teraz nogi niosą same. Nie czuć zmęczenia , głodu , pragnienia – całe ciało przepełnia radość a do oczu cisną się łzy.
Nie myślę o tym, że jestem piąty na mecie , jestem szczęśliwy bo dotarłem, spełniłem swoje marzenie, które kilka miesięcy wcześniej wydawało być się nie osiągalne. Niemożliwym jest opisanie emocji, które w tym czasie mi towarzyszyły, nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś podobnego.
Euforia po chwili zaczyna ustępować miejsca uczuciu zimna i zmęczenie. Mimo mojej chęci pozostania w tym miejscu trener szybko sprowadza mnie do kolejki.

  Hostel znajduje się tuż obok dolnej stacji kolejki oraz miejsca gdzie rozpoczyna się ostatnie 10 km trasy biegowej.  Z tego miejsca mogę obserwować kolejnych zawodników rozpoczynających ostatni etap zmagań  – tak naprawdę to oni, idąc z łapkami sa prawdziwymi bohaterami tych zawodów.

Rozładowany do tej pory telefon dostaje w końcu dawkę prądu. Po chwili zmuszony jestem go wyłączyć aby móc iść spać 🙂 Dziesiątki maili , postów , telefonów –  chyba dopiero w tym momencie dociera do mnie co tak naprawdę się tego dnia stało.
Przynajmniej na rok 🙂 bo mam nadzieje, że jakiś Polak wygra te zawody, jestem najszybszym Polakiem w historii zawodów Xtreme.

Ten sukces nie jest sukcesem jednej osoby.
Szczególne podziękowania dla Olimpii za wsparcie na każdym etapie przygotowań, Kuba Adama za bycie moim trenerem do ostatniego metra :), Rafałowi za spokój na trasie i przygotowanie godne najlepszego pilota WRC , Michałowi Kuczyńskiemy za relacje foto. Wojtkowi za poświęcenie swojego prywatnego czasu i wspieranie mnie na trasie zawodów. No i przede wszystkim Wam , patrzącym godzinami w niebieską kropkę przesuwającą się po mapie. Nie raz dawaliście mi motywacyjnego kopa.

Nie martwcie się to jeszcze nie koniec.
Czekam tylko na pomysły o czym chcielibyście przeczytać, co was interesuje i nurtuje. Z przyjemnością podzielę się z Wami zdobytym doświadczeniem.

Swissman 2015 – swim time

Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Mimo buforu czasu który sobie przyjęliśmy, praktycznie wszystko obywało się na „styk”. Człowiek wciśnięty o 3:00 nad ranem w strój triathlonowy i piankę  przestaje logicznie myśleć. Wszystkie czynności zabierają mu dwa razy więcej czasu, najprostsze decyzje wydają się być nie do rozwiązania a rozmowy ograniczają się do prostych zwrotów.

– Gdzie kask ?
– Nie wiem
– Chcesz batona ?
– Może
– Zimno Ci ?
– Hyyyyy…

T1 inne niż wszystkie na których do tej pory byłem, chodź pierwsze miejsce zawsze należeć będzie do Karkonoszman-a. Wszystko jak w zwolnionym tempie, nikt się nie spieszy , nikt nie goni. Garstka zawodników rozstawia sprzęt. Wiedząc o temperaturze jaka czeka na zawodników na pierwszej przełęczy nikomu nie przychodzi do głowy aby jechać w mokrym stroju. Wszyscy przygotowani są na przebieranie – jak się okazało pierwsze ale nie ostatnie tego dnia.

Kilometrowy spacer do przystani podnosi spokojne do tej pory tętno.  Gdy ostatni zawodnik wsiada na prom, a kapitan rozpoczyna odcumowywanie zapada cisza. Wszyscy wpatrzeni w mrok dopijają resztki izotoników zjadając przy tym energetyczne przekąski.

– Czy my naprawdę będziemy tak daleko płynąć?

Cztery kilometry z pokładu promy wydają się nie lada wyzwaniem. Mimo świadomości ile czasu powinno mi to zająć ogarnia mnie coraz większy strach. Pierwszy raz będę startował w kompletnych ciemnościach!

Nie ma odliczania do startu ani tłumu kibiców. Wchodzimy do wody i BBBOOOOOMMMMM!!!!!

Olbrzymia raca rozpoczyna ten długi dzień.

Pierwsze 200 metrów to walka o dobrą pozycję i typowa”pralka”. Po kilku minutach wypływamy za wyspę i sytuacja diametralnie się zmienia. Z każdą chwilą ilość osób wokół mnie maleje, aż po kilkudziesięciu metrach jestem zupełnie sam.

– Czy to ja tak źle nawiguje , czy może ludzie tak się rozpłynęli ?

Strach, strach i jeszcze raz strach – tylko po co tu się bać. Płynąłem, z każdym pociągnięciem ręki zbliżałem się do brzegu. Trzeba było zacząc myśleć o jednym – machać rękoma i płynąć jak najszybciej się da – a nawet jeśli z nawigacją mi nie pójdzie, stracę kilka minut – ale co to jest w stosunku do 16 godzin które planowałem zrobić. W oddali szczyty powoli rozświetlane są przez wschodzące słońce. Ten widok zmienia  strach w euforie. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że naprawdę się zaczęło…

Na horyzoncie powoli zarysowuje się czekający na nas tłum. Ostatnia korekta kierunku i po chwili moje stopy dotykają piasku. Wokół mnie nie ma nikogo. Kilka czepków zbliża się z lewej strony ale nadal mają ponad 200 metrów do brzegu. Już po plaży biegnie za mną Kuba, który w T1 pomaga mi się przebrać a następnie pakuje moje rzeczy i rusza do punktu na 30 km .

Nie mija 5 minut i wsiadam na rower.

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu w którym możliwe będzie spotkanie się ze mną.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami …

cdn.

Michał Kuczyński


Grupa Triathlonowa RAT

TriathlonCAMP

Bez odwrotu

„Do smaków należy dorosnać” ciągle powtarzali mi znajomi gdy wybierałem oliwki z pizzy.Od tego czasu mijają koljene lata a oliwki nadal nie przekonują mnie swoim smakiem , chodz teraz już jestem w stnaie je zjeść – chodź nie powiem że ze smakiem – czy to znaczy że jeszcze nie dojrzałem do ich smaku, a może ten smak nigdy nie będzie czymś przyjemnym dla mojego podniebienia.

 Moim zdaniem takimi samymi relacjami można opisac start w zaodach Ironman – same zawody są dla każdego jednak nie każdy dorósł aby wziąść w nich udział.

 Czy tak samo będzie ze Swissman 2015 ????

Tego nie wiem ale na pwno się o tym przekonam na własnej skórze.

Zakwalifikowanie się do startu w Swissman 2015 obudziło we mnie potrzebę  powrotu do pisania, może jako pamiątka dla mnie samego , może dla potomnych  a może po prostu aby złapać oddech pomiędzy treningami.

Trening trochę inaczej

Basen, bieganie, spinning, siłowania
Wszystko to w różnych kombinacjach wykonujemy kilka razy w tygodniu. Wielu osób pyta mnie „Czy to ci się nie nudzi?”, „Ile tak można?”. A odpowiedz jest prosta: Nie nudzi się i można tylko rutynę należy czasami przełamywać.

Każdy z nas wie, że rutyna jest najgorszym przeciwnikiem związków, bo potrafi zniszczyć nawet takie, które wydawałyby się niezniszczalne.

Nie chcąc pozwolić, aby rutyna wdarła się do mojego planu treningowego postanowiłem wziąć dzień urlopu i wybrać się do moich rodziców. Plan był prostu – dzień wolnego od treningu i dzień blisko rodziny – to miało naładować moje baterie i wyrwać mnie z rutyny.

Chwile z rodziną były, jednak zamiast dnia odpoczynku miałem 6 godzinny trening w „domowej” siłowni wykorzystując nowatorskie przyrządy do ćwiczeń.

Uwierzcie mi, że nie ma nic lepszego niż trening na świeżym powietrzy.
Następnego dnia nie chciały się z tym zgodzić jedynie mój biceps, triceps i plecy …. Oj czułem te 6 godzin jeszcze 2 dni później :)