Zając na wyłączność

Najważniejsze to mieć zająca

Pamiętaj że gdy ty gonisz jednych , drudzy gonią Ciebie.

W sporcie chyba to to już być musi 🙂

W tym sezonie do naszej grupy dołączył Michał, który już od samego początku ciągle mnie zaskakiwał. Na treningach biegowych jego przewaga była miażdżąca. Na treningach rowerowych nie potrafiłem zerwać go z koła, Na pływaniu  – ufff tu jeszcze musi się wypływać

Mistrzostwem było gdy na treningu kolarskim w Sobótce podczas podjazdy na Tąpadła wzięło mu się na opowiadanie historii – WTF – ja tu ledwo powietrze łapie. Gdy po delikatnej sugestii z mojej strony, że spokojnie może mnie wyprzedzić bo w końcu naszywka najszybszego kolarza w grupie to nie zakaz wyprzedzania. Wyjechał , odjechał i znikł …. nie czekał aż powtórzę mu to drugi raz.

To dało mi do myślenia – wnioski – nigdy nie biec na zawodach za Michałem. U mnie jednak świadomość i działanie to dwa zupełnie odrębne działy w mózgu które za bardzo nie lubią z sobą współpracować.
Całe szczęście że na dyszce nie widziałem Michała – a pewnie nawet gdybym go widział to spalił bym się po pierwszym kilometrze.

W Sobótce było już inaczej, po kilkuset metrach poczułem takie koleżeńskie poklepanie po lewym pośladku – niby przyjemne ale to było jak przepowiedzenie początku mojego końca.

O nie – utrzymam go za wszelką cenę – i przystąpiłem do działania ( świadomość chyba jeszcze spała) . Kilka pierwszych kilometrów mam go dosłownie na kilkanaście metrów przed sobą, potem kilkadziesiąt , kilkaset … no i na Tąpadłach już go nie widzę.

Teraz do akcji wkroczyła świadomość, świadomość, że jestem w połowie trasy i może pora pomyśleć jak tu przebiec drugą połowę.

Tu jednak zaczyna się ta przyjemniejsza część z górki, można było trochę nogi rozkręcić i wejść we własny rytm. W tym roku zbieg okazał się o wiele wiele przyjemniejszy niż w latach ubiegłych bo to na nim udało mi się dogonić wszystkich którzy odbiegli ode mnie na podbiegu.

Jak Basetk od 15 km starałem się kontrolować sytuacje – tylko po co skoro biegnie tu kilka tysięcy osób a pierwsze miejsca już są na mecie 😀

Po raz pierwszy po przekroczeniu linii mety nie chciałem więcej…czas mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Oczywiście Mario obstawiał go prawidłowo, a ja w obliczeniach dałem sobie zbyt dużą strefę komfortu.

Teraz nie pozostaje mi nic innego niż zakończyć tą startową piramidę z przytupem. Była dyszka , była połówka – to gdzie w weekend jest maraton ?

Wczoraj wiele osób pytało się jak to możliwe że po narodzinach dziecka przy 4 godzinnych nocach, można jeszcze tak biegać…sekret jest tylko jeden – codziennie świeże mleko 😀 Stach pije i rośnie – to co, mi ma nie pomóc.

 

www.gtrat.pl

10 -tylko czy aż?

Tradycją w GT RAT jest sprawdzenie się na początku sezony na dystansie 10km. Ten dystans jest idealnym testem biegowym pozwalającym bardzo dobrze ocenić w jakim stopniu przepracowaliśmy zimę. Tu już nic nie da się ukryć przed trenerami, a przede wszystkim innymi RAT-owcami 🙂

Na szczęście w naszej okolicy zwiększa się wybór imprez na tym dystansie. W odstępie tygodnia mieliśmy Wrocławską Dychę oraz Dziesiątkę WroActive.

Imprezy, które poza dystansem i fajną atmosferą są zupełnie od siebie różne.

Wrocławska Dycha mimo swojej wielkości jest imprezą nadal “rodzinną” i lokalną ( co jest jej olbrzymim plusem) a jej trasa biegnie po szutrowych ścieżkach.

Diesiątka WroActive to bieg na licencjonowanej 10 km bardzo szybkiej trasie biegnącej w okolicach Stadiony Miejskiego.

Nas jako biegaczy powinno to tylko cieszyć – w końcu dla każdego coś dobrego.

image

Dla mnie ten 10 kilometrowy  bieg to nie walka o wynik a sprawdzenie “parametrów” przed zbliżającymi się startami głównymi – oczywiście nie mam nic przeciwko jeśli wpada nowy rekord, jednak to nie jest głównym  założeniem tego biegu.

image

Jest już tradycją, że podczas WroActive wieje – dlatego nikt nie zwraca na to uwagi, w końcu trasa biegnie po odcinku więc tyle samo czasu wiatr przeszkadza co pomaga. Trasa należy raczej do płaskich i szybkich, występuje kilka wzniesień – no może przesadziłem to nie wzniesienia a zmarszczki na czole żony, której właśnie powiedzieliśmy ile kosztowały nasze nowe buty biegowe. Jedyną trudnością jest delikatny i krótki podbieg na 9 kilometrze – wytrawny biegacz pewnie nawet go nie odnotuje w swojej głowie.

Po przekroczeniu linii mety jak zawsze byłem zadowolony …. przez dobre 10 sekund. Chwile później zaczęło się analizowanie czy możliwe było złamanie 36 min … już wiem – TAK – ale nie w tym roku. Mimo, że biegłem z małym buforem bezpieczeństwa, to nie na tyle dużym aby wycisnąć z niego dodatkowe 39 sekund.

Dystans : 10 km
Czas 00:36:39

image

 

P.S.
Oczywiście nie ustrzegłem się błędów – teraz już wiem że chcąc robić takie czasy trzeba się ubrać na krótko 🙂 – człowiek uczy się całe życie.

 

image

Start główny – czy aby na pewno

Powoli w mojej głowie klaruje się wizja tego sezonu.

Tak to nie pomyłka, jest połowa marca i to co powinno być już pewne od dobrych kilku miesięcy dopiero teraz zaczyna nabierać kształtów, które w obliczy zeszłorocznych wydarzeń dla niektórych mogły by wydawać się raczej rozgrzewką 🙂

Nie ukrywam – nie łatwe jest pogodzenie powiększonej rodziny, pracy i treningów ( i to w tej kolejności).
Trenowanie, które do tej pory zajmowało większość mojej głowy i było na pierwszym miejscu – spadło o kilka lokat. W końcu sens życia to rodzina , a bez pracy nie stać mnie będzie na trenowanie  , tak więc trzecie miejsce dla treningów jest jak najbardziej trafione.

Wracajmy jednak to tematy.

Za namową Mariusza ( i po części przez niego) już za kilka miesięcy stanę na starcie Ironman Nicea wraz trzema RAT-owymi towarzyszami niedoli 🙂 Arkiem , Arturem i Mariuszem.

Nicea to jedna z najcięższych europejskich tras Ironman-a, dlatego nie ma co liczyć na poprawienie wyniku z Barcelony, która pod względem prędkości trasy leży na dokładnie przeciwległym biegunie.
Czy w związku z tym mam odpuścić ?
Oczywiście, że nie – bo skoro jedzie się już na taki start to trzeba dać z siebie wszystko , wszystko na co w danym momencie Cię stać – wielu z was może się z tym nie zgadzać, jednak w moim przekonaniu dystansu IM nie robi się dla zabawy – robi się go po to aby pokonywać własne ograniczenia , zdobywać doświadczenia aż w końcu po to aby zakwalifikować się na Kone. Może właśnie dzięki takiemu podejściu ten dystans zawsze będę darzył olbrzymim szacunkiem, niezależnie od czasu z jakim będę go pokonywał.

Trasa pływacka i biegowa to standard – mokro i płasko. Tu cała walka toczyć się będzie na cześć rowerowej, a tu od samego patrzenia na profil bolą nogi :D.

image

Już nie spacer – jeszcze nie trening

W moim planie treningowym zawitała nowa jednosta – spacerobieg.
Jednosta jest na tyle mało opisana w książkach treningowych, że nie do końca wiadomo jak idelanie wpsować ją w istniejący już plan.

Może jako regeneracja , albo dłuższe wybieganie ?

Właśnie taki tok myślenia zawitał do mojej głowy przed pierwszym planowanym biegiem z wózkiem – ach to wieloletnie trenowanie pozostawia skazy na psychice 🙂

Jak bardzo byłem zaskoczony gdy moje planowanie już od pierwszej chwili okazało się błędem.

Kiedy idziemy biegać ?

W planie oczywiście wpisana  sobota godzina 14 ….a w rzeczywistoci sprawdził się tylko dzień, bo co do godziny to pełna decyzyjność została w rękach naszego małego terrorysty 🙂 I stało sie już jasne – bieganie będzie wtedy kiedy Stach będzie gotowy.

Jak szybko biegniemy ?

Udało się wyjść  – ufff – pierwsza przeszkoda pokonana. Rozpoczynamy aktywną regeneracje. Zaplanowane tempo 6:00 szybko wcielam w życie. I tu znowy niespodzianka – dla Stacha to stanowczo za wolno. Za mało szumu za mało bujania i świat jakoś tak w miejscu stoii. Po kilku kilometrach doszliśmy do porozumienia i wpsólnie odnaleźliśmy złoty środek 5:15, które dla oby z nas było do zaakceptowania – ale czy to jest aktywna regeneracja?

Nasza wózko-biegowa przygoda dopiero się rozpoczyna. Najważniejsze że sparing-partner bardzo lubi tą formę aktywności ( biorąc pod uwagę że po przekroczeniu prędkości przelotowej od razu zasypia). W najbliższym czasie mam zamiar dojść do takiego poziomy sprawności aby udało się zbliżyć takim spacerem do założeń treningu regeneracyjnego.

Oczywiście czeka nas dobór odpowiedniego wózka, których na szczęście obecnie na rynku już nie brakuje… ale o tym wszystkim już niedługo

Nadchodzi nowe

Miniony sezon powinienem i na pewno uznam za jeden z najlepszych w moim życiu. Spełniłem wiele z marzeń a na dodatek nie jednej osobie wysoko zawiesiłem poprzeczkę 😉 pewnie to tylko kwestia czasu aby ktoś z Polski pokonał mój wynik … jednak ta świadomość bycia gonionym a nie goniącym jest naprawdę fajna (chodź nie będzie trwać wiecznie).

To by było na tyle jeśli chodzi o miniony rok…
Ten rok sportowo nie będzie walka o miejsca a jedynie radością ze startów.
Po raz pierwszy start w IM nie będzie obarczony presją wyniki.
Po raz pieszy przedkłada olimpijki nad połówki.
Po raz pierwszy triathlon schodzi na dalszy plan.
Po raz pierwszy kibicować będzie mi Stach….

IRONMAN Barcelona oczyma “weterana”

Zawody na długim dystansie niosą za sobą zawsze olbrzymie emocje. Niezależnie od tego czy jest to pierwszy czy setny start atmosfera jaka panuje wokół czerwonego M jest magiczna. Na kilka dni przed zawodami spora grupa osób chodzi jak na szpilkach, na innych działa to jak zegarek hipnotyzera – jedno jest pewne – nie da się przejąć obok tej imprezy obojętnie .

Przed pierwszym IM strach był tak ogromny, że nie mogłem w nocy spać, przed drugim ( na którym byłem tylko jako kibic) stresowałem się jeszcze bardziej niż Mariusz a na trzecim – na trzecim stało się coś dziwnego – byłem spokojny, dziwnie spokojny.

Przespałem wszystkie noce, sprzęt przygotowałem dużo wcześniej, sprawdziłem plan żywienia. Byłem spokojny do tego stopnia, że w dniu zawodów nie miałem konieczności korzystania z Toi-Toi , co w moim przypadku było naprawdę nie lada wyczynem.

Nie mam przepisu na spokój, w moim przypadku złożyło się na to wiele składowych:

– po pierwsze obecność przyjaciół z Grupy  Triathlonowej RAT
– brak nakręcania się na kilka dni przed startem
– odpowiednie podejście – jesteśmy na wakacjach, a start odbywa się przy okazji
– i to co chyba najważniejsze – dla mnie ten sezon był zrealizowany już w 100% a start w IM miał być tylko wisienką na torcie podzielonym na dwanaście kawałków między wszystkich IRON-RAT-owców

Swissman dał mi olbrzymią pewność siebie ale nie zrozumcie mnie źle. Nie biegam w koło opowiadając jaki to jestem najlepszy, bo tak się nie czuje. Nie opowiadam o tym  na każdym kroku, bo jeśli ktoś ma ochotę posłuchać, zapyta albo napisze do mnie bezpośrednio. Ta pewność siebie o której pisze przekłada się tylko w odniesieniu do zawodów. Na te kilka chwil przed wystrzałem. Po raz pierwszy w życiu nie bałem się wystrzału, byłem bardzo skupiony, każda kolejna minuta była zaplanowana, wiedziałem w czym jestem dobry, a na co muszę uważać.

O samych zawodach napisano już wiele dlatego skoncentruje się bezpośrednio na moim starcie.

Pływanie w morzu było wymagające – jeśli wcześniej nie pływało się w słonej wodzie i przy takich falach. Dla mnie to był szok, jednak nie tak straszny jak wcześniej o tym czytałem. Woda była słona – ale do przeżycia, język po godzinie spuchł – ale opuchlizna szybko zniknęła, były fale – ale trasa pływacka prowadziła po pętli, więc raz pomagały raz przeszkadzały. Podczas tego startu na uprzywilejowanej pozycji byli szybcy pływacy, gdyż z każda minuta wiatr wiał coraz silniej, dlatego ogromny szacunek dla osób z końca stawki.

Rower to moja mocna strona. Wiedziałem, że na tej trasie mogę ugrać bardzo wiele. Zaryzykowałem z doborem kół a dzięki Olimpius.pl miałem możliwość pojechać na dysku i to ryzyko się opłaciło. Dysk daje nie tylko 100 punktów do wyglądu PRO 😉 ale jest też “kartą przetargową” jeśli walczy się o wysokie pozycje. Sama trasa była ekstremalnie szybka, co na 177 km dało mi średnią prędkość 40km/h, która na innej trasie byłaby dla mnie nieosiągalna.  Dlaczego średnia ze 177? Gdyż właśnie na tym kilometrze trasy musiałem odstać swoje 5 min kary. Czy kara była słuszna, czy też nie to temat na innego posta. Jeśli spytacie więźniów za co siedzą – wszyscy odpowiedzą, że za niewinność, dlatego właśnie tłumaczenie mija się z celem. Swoje odsiedziałem i pojechałem dalej, kończąc część kolarską ze średnią 38,9 km/h (niby mała różnica a jednak) ;).

Bieganie w moim wykonaniu to była walka z motywacją a raczej jej brakiem. Próbowałem sobie też wmówić, że nie zniszczyłem nóg na ostatnich 30 km roweru kiedy usiłowałem odrobić 5 min straty… Nigdy tego nie róbcie 🙂 – nie da się odrobić tylu minut bez konsekwencji dla swojego organizmu.

Ostatecznie zrealizowałem 80% założonego planu – złamałem barierę 9:30 . Ten start dał mi  niesamowitą wiedzę z której teraz muszę wyciągnąć wnioski… i wdrożyć plan naprawczy 😉

Swissman 2015 – RatRun

T2 to strefa jakich mało – jedna toaleta , mały namiot oraz parking dla support car-ów, a to wszystko nad brzegiem lazurowego jeziora.

Dojeżdżając już z daleka widzę  jak mój support właśnie dociera na parking  – Panowie ledwo zdążyli – a już myślałem że będę mógł odpocząć

Oglądając filmy widziałem dziesiątki osób kibicujących wpadającym do T2 zawodnikom. U mnie było zupełnie inaczej  –  pusto i cicho …

Przekraczając belkę, w tym wypadku dosłownie była to kłoda drewna położona w poprzek drogi, usłyszałem tylko dzwonek, który zwiastował przybycie zawodnika do T2. Powoli zaczęło docierać do mnie, to co Kuba jakiś czas temu wspominał na górze – jestem gdzieś bardzo wysoko w klasyfikacji, brak kibiców , ciągła obecność samochodu organizatora oraz zadowolenie trenera ( który miał oczy jak 5 złoty ), to wszystko zaczynało mieć teraz sens.

Rower wymieniam za plecak pełen suchych ubrań.

– Michał jak się czujesz ?
– Może być ale teraz muszę chwile odpocząć bo nie dam rady
– Idź się przebieraj a ja zajmę się rowerem , jak będziesz gotowy ruszaj.


Jak na złość z nieba zaczyna mocno padać, na tyle mocno iż  z stojącego ToiToi robię sobie przebieralnie – w końcu i tak jestem sam w strefie.

Od rozmowy z Kubą nie mijają 2 minuty gdy w mojej głowie pojawia się wizja osób, które wyprzedają mnie gdy ja siedzę w  “przebieralni”

Na zewnątrz nadal Kuba zbiera moje rzeczy gdy ja jak poparzony wyskakuje i pędzę przed siebie

– Co ? Już ? Miałeś odpocząć
– Chyba już , widzimy się za 15 km

Na trasie biegowej przygotowanej przez organizatora można zatracić poczucie czasu. Pierwsze 20 km to ścieżki pieszo-rowerowe prowadzące przez piękne alpejskie miasteczka usytuowane w dolinach tuż obok lazurowych jezior. Nigdy do tej pory nie było mi dane biegać w takich miejscach – dlatego właśnie tą cześć trasy wspominam najmilej

Co jakiś czas z nieba padał deszcz, tak szybko jak przychodził tak samo szybko odchodził. To chyba urok tych góry – bo tubylcy zdawali się nawet nie zauważać tej lejącej się z nieba wody.

Od 15 do 28 km towarzyszy mi Kuba. Była to naprawdę dobra decyzja, bo ściana ( jedna z wielu, leczy ta była wyjątkowo wysoka ) na 25 km samodzielnie mogła by okazać się nie do przeskoczenia. Kilka słów trenera, motywująca rozmowa z Kacprem Adamem oraz świadomość, że na  monitorach kropka, która śledzi tak wiele osób, właśnie stanęła – dało mi porządnego kopa. Teraz byłem już za blisko aby się poddać, o rezygnacji nie było mowy , teraz musiałem trzymać tempo i gnać do przodu (gnać to chyba zbyt przesadzone słowo). Nadal miałem szanse na otrzymanie się w  TOP5

Na 28 km Kuba znika aby zgodnie z regulaminem w punkcie kontrolnym na 32km “odprawić” nasze plecaki. W tym momencie doceniam role supportu – nie koniecznie jako wielbłąda do noszenia kurtki, a raczej osoby która potrafi zauważyć zbliżający się kryzys, i tak poprowadzić myśli aby bezpiecznie go ominąć.

– Michał potrzebujesz czegoś w punkcie kontrolny, jakieś żele , cola ?
– Załatwicie mi kanapkę, taką jak na wycieczki z serem.

Wokół punktu kontrolnego tłoczyło sie dziesiątki osób. Przypadkowi turyści, organizatorzy , ale przede wszystkim rodziny i znajomi uczestników.  Z daleka widziałem powiewającą flagę GT RAT – był mój support , dojechał też Wojtek – wszyscy na miejscu.

Organizator bierze mnie do namiotu, uścisk dłoni, kilka kontrolnych pytań – czy aby na pewno wiem co robię-  i dostaje  zielone światło na dalszą drogę.

No to zaczynamy ostatnie 10 km . Jeszcze 10 godzin wcześniej cel był jeden – być w pierwszej 20stce. Już wiedziałem że zrealizowałem go w 100%   – więc czemu nie spróbować zrobić 200 %. Spojrzałem na Kubę , szybka analiza sytuacji i zmiana planów. Dajemy z siebie wszystko. Staramy się utrzymać pozycją przy okazji kończąc trasę biegową w maksimum 5h.

Czułem  się jak Frodo który szedł , szedł i szedł a ta jego góra ciągle była daleko. W każdym możliwym momencie starałem się biec, takich momentów nie było jednak zbyt wiele. Szybki marsz zdawał się  być bardziej efektywną formą pokonywania tej trasy. Na 4 km podbiegu spadam o jedną lokatę w dół.

– Kuba nie oddam już nawet jednego miejsca, nawet jakbym miął tu na czworaka zasuwać.

Jeszcze kilka zakrętów , na szczycie widać już flagi Swissman-a , teraz nogi niosą same. Nie czuć zmęczenia , głodu , pragnienia – całe ciało przepełnia radość a do oczu cisną się łzy.
Nie myślę o tym, że jestem piąty na mecie , jestem szczęśliwy bo dotarłem, spełniłem swoje marzenie, które kilka miesięcy wcześniej wydawało być się nie osiągalne. Niemożliwym jest opisanie emocji, które w tym czasie mi towarzyszyły, nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś podobnego.
Euforia po chwili zaczyna ustępować miejsca uczuciu zimna i zmęczenie. Mimo mojej chęci pozostania w tym miejscu trener szybko sprowadza mnie do kolejki.

  Hostel znajduje się tuż obok dolnej stacji kolejki oraz miejsca gdzie rozpoczyna się ostatnie 10 km trasy biegowej.  Z tego miejsca mogę obserwować kolejnych zawodników rozpoczynających ostatni etap zmagań  – tak naprawdę to oni, idąc z łapkami sa prawdziwymi bohaterami tych zawodów.

Rozładowany do tej pory telefon dostaje w końcu dawkę prądu. Po chwili zmuszony jestem go wyłączyć aby móc iść spać 🙂 Dziesiątki maili , postów , telefonów –  chyba dopiero w tym momencie dociera do mnie co tak naprawdę się tego dnia stało.
Przynajmniej na rok 🙂 bo mam nadzieje, że jakiś Polak wygra te zawody, jestem najszybszym Polakiem w historii zawodów Xtreme.

Ten sukces nie jest sukcesem jednej osoby.
Szczególne podziękowania dla Olimpii za wsparcie na każdym etapie przygotowań, Kuba Adama za bycie moim trenerem do ostatniego metra :), Rafałowi za spokój na trasie i przygotowanie godne najlepszego pilota WRC , Michałowi Kuczyńskiemy za relacje foto. Wojtkowi za poświęcenie swojego prywatnego czasu i wspieranie mnie na trasie zawodów. No i przede wszystkim Wam , patrzącym godzinami w niebieską kropkę przesuwającą się po mapie. Nie raz dawaliście mi motywacyjnego kopa.

Nie martwcie się to jeszcze nie koniec.
Czekam tylko na pomysły o czym chcielibyście przeczytać, co was interesuje i nurtuje. Z przyjemnością podzielę się z Wami zdobytym doświadczeniem.

Swissman 2015 – RatRide

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu, w którym możliwe będzie spotkanie.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami. Mimo moich obaw wynikających z lęku przed źle oznakowaną trasą  na każdym skrzyżowaniu stał policjant wskazujący drogę oraz dający mi pierwszeństwo przejazdu.

Skupiony na kadencji i mocy nawet nie zauważam pierwszego punktu, na który dosłownie sekundy przed moim przejazdem przyjechał mój support car. Całe szczęście, że był to dopiero 30 km trasy więc wody i jedzenia miałem jeszcze pod dostatkiem.

Zgodnie z profilem trasa przez pierwsze 50 km powinna być bardzo prosta , z dosłownie 2%-4% średnim wzniesieniem na całej długości – okazało się jednak że na profilu nie było widać dziesiątek hopek, które wypączkowały dosłownie  znikąd – ale jak miało być je widać skoro tyż obok nich na papierze  znajdował sie 40 km podjazd . Przy takim kolosie te hopki wydawały się być jedynie małymi zmarszczkami –na pierwszych kilometrach to  nie wysokość ale ilość dała się we znaki.

Na takich zawodach zawsze musi wiać – ale dlaczego zawsze w twarz ?

Do 30 km trasa rowerowa wiodła u południowego podnóża Alp – mimo czołowego wiatru temperatura była wprost idealna na poranne ściganie – szczególnie, że miałem na sobie suchy strój rowerowy co dawało mi dodatkowy komfort termiczny.

Wystarczył jeden zakręt aby ta sielanka dobiegła końca. Zimne podmuch wiatru, krople wody dosłownie znikąd a do tego ciemne niebo w oddali uświadamiało mi że już niebawem czeka mnie mocna wspinaczka.

Po 50 km zapala mi się rezerwa – w bidonach widać dno a ostatni baton zostaje właśnie pochłonięty. To wszystko należało przewidzieć kilka dni wcześniej. Na szczęście to wszystko było częścią naszego planu . Po kilku minutach widzę w oddali setki ludzi czekających na swoje zespoły – a wśród nich mój support team. Poczułem się jak zawodnik F1. Bez zbędnych słów oraz mojego zaangażowania bidony zostały wymienione, batony wylądowały w kieszeniach a od trenera otrzymałem niezbędne uwagi.

Jeszcze klocki hamulcowe nie wystygły a ja już mogłem pędzić dalej.

Jak ważny był ten punkt świadczyć może fakt , że od tego momentu praktycznie aż do szczytu pierwszej przełęczy byłem zdany sam na siebie.

Z każdym pokonywanym kilometrem spadała temperatura , słońce powoli ustępowało miejsca chmurom a przypadkowe do tej pory krople deszczu przeradzały się w deszcz. Na domiar złego gdy wjechałem na 5 kilometrowy odcinek z kostki brukowej o średnim nachyleniu 13% silny  wiatr postanowił utrudnić mi zadanie.

Do szczytu jeszcze około 40 min, mimo mocnego kręcenia moje ciało coraz szybciej się wychładza, chwilami deszcze przechodzi w śnieg z deszczem oraz grad.  W tym momencie w moje głowie była pustka przestałem odczuwać przeszywający chłód, przestałem zastanawiać się ile jeszcze mam do pokonania, przestałem dodawać czas i liczyć minuty, cały cukier trafiał do pieca aby zasilić moje nogi – głowa została wyłączona.

Wiedziałem jedno , gdzieś tam na 2200m są oni – gdzieś tam w chmurach. 

Przełęcz to nic innego jak strefa zmian  która była mistrzostwem w wykonaniu   Kuby i Rafała. Nim się obejrzałem jedzenie i picie było na miejscu ja dopinałem ostatni zamek mogąc  ruszać w drogę.
Na zjeździe we mgle i padającym deszczu ze śniegiem doceniłem mój nowy nabytek – kask Casco z Olimpius.PL z pomarańczową szybką – przyznaje ze dał mi on olbrzymią przewagę na zjazdach nad osobami używającymi standardowych okularów. Teraz już widziałem jak czują się kierowcy F1 jadący w deszczu 🙂 Szybka nie parowała , idealnie odprowadzała wodę, zwiększała widoczność a dodatkowo dawała mi ochronę przed gradem, którego uderzenia były bardzo odczuwalne.

Strach na szybkim zjeździe szybko ustąpił miejsca uczucie przeszywającego zimna, to właśnie zimno pchało mnie aby nie zwalniać jechać jeszcze szybciej wypatrując kolejnego podjazdy na którym będę mógł się choć trochę ugrzać.

Kolejna przełęcz to dodatkowe 300m wysokości i 3 stopnie mniej na termometrze. Chciałbym napisać jak piękne były widoki , jak wspaniale się czułem i jak bardzo polecam to miejsce – i pewnie bym tak napisał gdyby nie brak widoczności , bolące nogi i własne palce na  które  musiałem patrzeć hamując bo nie do końca byłem pewien czy klamki się zaciskają czy nie.

Trzecia a zarazem ostania przełęcz mimo swojego stromego podjazdu wyryła się w mojej pamięci jako ta najlżejsza. Może świadomość zbliżającego się końca części rowerowej, 30 kilometrowego zjazdu, albo co ważniejsze wysokiej 25 stopniowej temperatury jaka czekała na mnie w T2 zmazała wszystkie negatywne myśli.

Support GT RAT i TriathlonCamp jak zawsze w pełnej gotowości czekał nam nie na górze. I tak samo szybko jak ostatnio byłem znów na rowerze.

To uczycie gdy wchodzi się przemarzniętym do domu , wkładając ręce do letniej wody a one szczypią – tak strasznie szczypią. Dla mnie to szczypanie oznaczało tylko jedno – robi się cieplej.  Po około 20 min, zjeżdżając ubrany na cebulkę zaczynam rozpinać kolejne warstwy. Na 5 km przed T2 wyglądam jak powiewająca flaga – zatrzymanie się nie wchodzi w grę – a nawet jeśli, to co ja bym zrobił z taka ilością ubrań : )

T2 to strefa jakich mało – jedna toaleta , mały namiot oraz parking dla support …

 

Foto:

Michał Kuczyński

Swissman 2015 – swim time

Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Mimo buforu czasu który sobie przyjęliśmy, praktycznie wszystko obywało się na „styk”. Człowiek wciśnięty o 3:00 nad ranem w strój triathlonowy i piankę  przestaje logicznie myśleć. Wszystkie czynności zabierają mu dwa razy więcej czasu, najprostsze decyzje wydają się być nie do rozwiązania a rozmowy ograniczają się do prostych zwrotów.

– Gdzie kask ?
– Nie wiem
– Chcesz batona ?
– Może
– Zimno Ci ?
– Hyyyyy…

T1 inne niż wszystkie na których do tej pory byłem, chodź pierwsze miejsce zawsze należeć będzie do Karkonoszman-a. Wszystko jak w zwolnionym tempie, nikt się nie spieszy , nikt nie goni. Garstka zawodników rozstawia sprzęt. Wiedząc o temperaturze jaka czeka na zawodników na pierwszej przełęczy nikomu nie przychodzi do głowy aby jechać w mokrym stroju. Wszyscy przygotowani są na przebieranie – jak się okazało pierwsze ale nie ostatnie tego dnia.

Kilometrowy spacer do przystani podnosi spokojne do tej pory tętno.  Gdy ostatni zawodnik wsiada na prom, a kapitan rozpoczyna odcumowywanie zapada cisza. Wszyscy wpatrzeni w mrok dopijają resztki izotoników zjadając przy tym energetyczne przekąski.

– Czy my naprawdę będziemy tak daleko płynąć?

Cztery kilometry z pokładu promy wydają się nie lada wyzwaniem. Mimo świadomości ile czasu powinno mi to zająć ogarnia mnie coraz większy strach. Pierwszy raz będę startował w kompletnych ciemnościach!

Nie ma odliczania do startu ani tłumu kibiców. Wchodzimy do wody i BBBOOOOOMMMMM!!!!!

Olbrzymia raca rozpoczyna ten długi dzień.

Pierwsze 200 metrów to walka o dobrą pozycję i typowa”pralka”. Po kilku minutach wypływamy za wyspę i sytuacja diametralnie się zmienia. Z każdą chwilą ilość osób wokół mnie maleje, aż po kilkudziesięciu metrach jestem zupełnie sam.

– Czy to ja tak źle nawiguje , czy może ludzie tak się rozpłynęli ?

Strach, strach i jeszcze raz strach – tylko po co tu się bać. Płynąłem, z każdym pociągnięciem ręki zbliżałem się do brzegu. Trzeba było zacząc myśleć o jednym – machać rękoma i płynąć jak najszybciej się da – a nawet jeśli z nawigacją mi nie pójdzie, stracę kilka minut – ale co to jest w stosunku do 16 godzin które planowałem zrobić. W oddali szczyty powoli rozświetlane są przez wschodzące słońce. Ten widok zmienia  strach w euforie. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że naprawdę się zaczęło…

Na horyzoncie powoli zarysowuje się czekający na nas tłum. Ostatnia korekta kierunku i po chwili moje stopy dotykają piasku. Wokół mnie nie ma nikogo. Kilka czepków zbliża się z lewej strony ale nadal mają ponad 200 metrów do brzegu. Już po plaży biegnie za mną Kuba, który w T1 pomaga mi się przebrać a następnie pakuje moje rzeczy i rusza do punktu na 30 km .

Nie mija 5 minut i wsiadam na rower.

Od tego momentu te z pozoru samodzielne zawody – stają się grą zespołową. W T1 pozostawiam za sobą Kubę oraz wszystko co nie przyda mi się na rowerze. To na jego głowie jest szybkie spakowanie wszystkich rzeczy i udanie się do pierwszego punktu w którym możliwe będzie spotkanie się ze mną.

Pierwsze kilometry trasy prowadzą krętymi, miejskimi uliczkami …

cdn.

Michał Kuczyński


Grupa Triathlonowa RAT

TriathlonCAMP

Swissman 2015 – How stories began

Ostatnie metry  postanowiłem spokojnie iść , za mną nie było widać nikogo, przede mną ostatnie 100 metrów podejścia do linie mety

– Lecimy dawaj Michał!
– Jeśli mam na ta metę wbiec to teraz muszę iść.

Jeszcze nigdy zadowolenie nie narastało we mnie tak szybko. Każdy krok w stronę mety rozszerzał mój uśmiech – te mięśnie muszą być jakoś połączone.  Po chwili nastąpił niesamowity przypływ energii. Z marszu przeszedłem w równy bieg, który nie sprawiał mi najmniejszego problemu. W tej jednej chwili , w tej jednej sekundzie czułem, że byłbym w stanie przenosić góry.

Nim organizator zdążył do mnie podejść byłem otoczony przez mój support. Chłopaki chyba tak samo jak ja nie do końca wierzyli w to co się stało.

– Michał coś ty narobił!
– Człowieku ale urwałeś!
– Przecież nikt nam nie uwierzy! – przekrzykiwali się nawzajem.
– Panowie przestańcie, to chyba nic takiego… Jestem na mecie, udało się ukończyć – to najważniejsze.

7 miesięcy wcześniej.

W dniu moich urodzin opublikowano listę uczestników Swissman Extreme Triathlon 2015. Marzenie, które do tej pory wydawało się być bardzo odległe a nawet nieosiągalne stało się celem, który przy pomocy ciężkiej pracy może uda mi się zrealizować.

Po rozmowie z trenerem postanowiliśmy, iż przez większość czasu będę  realizował plan przewidziany dla grupy zaawansowanej GT RAT i dopiero na kilka tygodni przed startem zwiększę objętość aby przyzwyczaić organizm do specyfikacji zawodów.

Decyzja ta szybko przyniosła pozytywny rezultat w postaci nieocenionej motywacji! Na treningach nie byłem sam! Za każdym razem towarzyszyli mi przyjaciele z grupy.

Swissman to kosztowna przyjemność dlatego inwestycja w sprzęt nie wchodziła w grę. Na szczęście dzięki pomocy Olimpius.pl dotarła paczka z Garmin VectorS.

Pomiar mocy napisał nowy rozdział w moich treningach pokazując ułomność treningów opierających się na tętnie. Oczywiście na pewnym poziomie tętno jest równie dobre a nawet w 100% wystarczające, jednak balansując na granicy możliwości pomiar mocy pozwala ją delikatnie przesunąć.

Przygotowanie fizyczne to jedna strona medalu. Seria AllXtri charakteryzuje się tym, iż każdy zawodnik w dniu zawodów musi sam zadbać o zorganizowanie sobie transportu rzeczy z T1 do T2 , bufetów oraz supportu który obowiązkowo towarzyszy mu podczas ostatnich 10 km biegu.

Decyzja kto jedzie była dokładnie przemyślana. Każdy z czteroosobowej ekipy miał inne cele do zrealizowania.

Rafał był odpowiedzialny za logistykę.
Olimpia i Kuba jako główny support to odżywianie i motywacja
Michał przygotowanie relacji foto i rozładowywanie atmosfery.

Jeśli ktokolwiek z Was będzie startował w jednej z imprez  Xtri– życzę abyście mieli tak zgrany i profesjonalnie przygotowany support jak mój :).

W listopadzie dokonałem rezerwacji noclegów. Od tego czasu można było skoncentrować się już tylko na trenowaniu.

Tygodnie mijały jak dni, długie weekendowe treningi dodatkowo je przyśpieszały. Nim się obejrzałem nadszedł testowy start w Sierakowie a zaraz po nim wyjazd do Szwajcarii.

Już nie było odwrotu. Na dwa dni przed startem o 4:00 nad ranem ruszyliśmy w drogę. 10 godzin później byliśmy w Szwajcarii. Mijając ostatnią przełęcz pogoda diametralnie się zmieniła. Z padającego całą drogę deszczu wjechaliśmy w 30 stopniowy upał. Ascona to piękne miasteczko z klimatem bardziej śródziemnomorskim niż alpejskim – na skwerach rosną palmy, a w przydomowych ogródkach bananowce i mandarynki.  Wakacje(!) – tylko ta myśl przychodziła mi do głowy – właśnie tak się czułem.

Na kilka godzin przed startem wszyscy uczestnicy zawodów oraz ich support stawili się na obowiązkowej odprawie . W małej sali gimnastycznej poddenerwowanie sięgnęło zenitu z chwilą gdy organizator pokazał nam slajd z pogodą.  Całodniowe opady deszczu , silny wiatr, a na przełęczach możliwy śnieg i minusowa temperatura. To zupełnie nie pasowało do naszych wyobrażeń.

21:00 ostatni posiłek i znów pizza –  chyba dziesiąta w tym tygodniu 😉

Zanim dotarliśmy do campingu prognoza pogody powoli zaczynała się sprawdzać. W dolinie ciężko o temperatury oscylujące w okolicach zera, ale silny i porywisty wiatr oraz wzburzone jezioro zwiększały i tak już wysoki poziom stresu.

Cztery godziny snu musiały wystarczyć. Mimo buforu …

cdn.

https://www.facebook.com/pages/Love-What-You-Do

https://www.facebook.com/GrupaTriathlonowaRAT