Woda… gdzie jest woda

Miało być testowo… miało być sprawdzenie przed Vichy a wyszło jak wyszło.

Challenge Poznań bo o tych zawodach mowa – nie chce rozpisywać się na temat organizacji, każdy kto brał udział musi takiej oceny dokonać samodzielnie. Dla mnie nie są to pierwsze ani ostatnie zawody, dlatego wydaje mi się, że szkoda energii i nerwów – lepieje poświęcić ją na trening.

Start o 12:00 – to dla mnie coś nowego , co zjeść ? jak się nawadniać ? kiedy iść spaść ? – to wszystko przetestowałem w ten weekend. Wnioski – Dobrze że nie był to mój start docelowy 🙂

Malta położona w niecce nagrzała się do iście hawajskich temperatur – mimo że jeszcze tam nie byłem to właśnie tak wyobrażam sobie start na Konie.
W połowie dystansu pływackiego miałem już przeczucia że nie jest dobrze, płynęło się wolno, jak w zupie, co jakiś czas docierała do twarzy fala zimnej – no nie przesadzajmy – chłodnej wody, jednak to było za mało aby ochłodzić przegrzany organizm.
Pianka do torby, kaska na głowę i po rower. Tak wygląda T1… a przynajmniej tak powinno wyglądać. Po raz pierwszy trudność sprawiło mi sprawne zdjęcie a może nawet spakowanie pianki. Byłem jak w amoku albo po dobrej imprezie w akademiku. Wszystko wydawało dziać się w zwolnionym tempie.

To nie dało mi jeszcze do myślenia … a powinno 🙂

Plan na te zawody był jeden. Nie ma Michał Podsiadłowskiego – to jest szansa aby spróbować mieć najszybszy czas rowerowy wśród amatorów. Niestety taki sam plan mieli również inni 🙂

90 kilometrów przez mękę … inaczej bym tego nie nazwał. Odżywianie i nawadnianie położyłem po całości. Na tak pięknej trasie mój wykres mocy przypomina raczej morze podczas sztormu a nie idealną linie prostą ( co w konsekwencji odbiło sie na moich średnich watach które były mniejsze aż o 20 od planowanych). To wszystko przyćmiewa moje wejście do T2, tu oficjalnie otrzymałem odznakę “Janusza części rowerowej”. Na belce zaczepiłem nogą o bidon, zrobiłem uślizg na blokach a następnie wywaliłem się na niebieskim dywanie  – BRAWO dla tego Pana.

Bawimy się dalej ?

Trochę czasu zajęła mi odpowiedz na to pytanie. Z obitym biodrem i  odwodnieniem nie było mowy na bieg w granicach planowanego 4:15, na początku nie było nawet mowy o 6:00  🙂
Skoro już nie mogę potrenować mięśni nóg, to może warto sprawdzić jak działa moja głowa w obliczy nieubłaganej porażki.
“Poczuj ten luz i baw się tym sportem”  – czasem warto przypomnieć sobie kilka trenerskich rad.

Po drodze spotkałem wielu znajomych, przybiłem niezliczoną ilość łapek i nareszcie wypiłem kilkanaście butelek wody.
Czas na mecie nie powala, miejsce też dalekie od założonego – to po prostu nie był mój dzień. Za to był to dzień dla wielu lepszych ode mnie.

Gratulacje należą się wszystkim którzy tego dnia startowali bo warunki nie rozpieszczały. Po raz pierwszy w grupie spadłem na drugie miejsce więc nie pozostaje mi nic innego jak wyczyścić rower nowemu liderowi – Mateusz gratulacje występu.
Ten start dał mi wiele cennych lekcji, miejmy tylko nadzieję, że wyciągnę poprawne wnioski.

Więcej na stronie  Grupa Triathlonowa RAT oraz na profilu FB

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *