Miękinia jak bumerang.

Jeszcze pięć lat temu po założeniu garmina każdy trening kończył się rekordem.
– pierwszy kilometr poniżej 6min/km
– pierwsze 10 km ( ooo to po kilku tygodniach )
– pierwsze 21 km ( to nawet po roku )

Obecnie wracając z treningu cieżko jest zaskoczyć samego siebie, nie wspominając już  o olbrzymiej bazie danych garmin connect – bo kto jak nie garmin i google wie o mnie najwięcej.

Coraz częściej do głowy przychodzą mi najdziwniejsze pomysły realizowania treningów ( trochę za sprawą trenara – a jak wiadomo trener ma zawsze racje 🙂 ) , trochę chcąc urozmaicić rutynę codziennego trenowania na tych samych trasach.
W ten weekend okazji ku urozmaiceniom było aż nadto. Najpierw Bike Maraton Miękinia przenoszący mnie z asfaltu  do krainy błota, a dzień póżniej zakładka w której główną cześć miał odegrać półmaraton rozgrywany również w Miękini.

Wraz z Mario – kolegą od upodleń – umówiliśmy się na poranny trening rowerowy tak aby prosto po zrobieniu pętli podjechać na start , zrobić szybkie T2 i ruszyć na 21 kilometrową trasę biegową.

Rower jak wiadomo to mój konik – jednak po starcie w maratonie MTB z tego konika wyszła raczej szkapa. Kręciło się bardzo ciężko a do tego te liczby na garminie –  załamywały !!!. Moc jak sprzed kilku lat ( nie wiem z jaką mocą wtedy jeździłem ale zapewne był to taki poziom) i bardzo wysokie tętno

to będzie ciężki dzień

Jaka szkoda, że nie wpadłem na pomysł aby skalibrować moc po wymianie baterii – zapewne nie załamywał bym się tak bardzo – tu człowiek uczy się całe życie.

Po 60 km w nogach przyszedł czas na szybkie T2, z tym szybkie to bym nie

przesadzał, ja byłem w totalnej rozsypce , gdy Mario już biegł na start ja sznurowałem nowe buty, w końcu na to w domu nigdy nie było czasu.

Na starcie spędziliśmy 30 sekund, udało mi się spotkać Olimpie , pomachać do Stacha i strzał.

Taka zakładka to zupełnie nowe doświadczenie, jeśli na rowerze tętno trzymałem w ryzach, tak teraz poszybowało ono w kosmos, a musiało bo trzeba było łapać Mateusza który wyrwał jak poparzony.
Od 2 kilometra – bo tyle zajęła mi pogoń za tym hartem, pracowaliśmy jak zgrany duet, częste zmiany, podciąganie się i motywacja a do tego równe trzymanie tempa.
Na 18 km spotkałem go , siedział sobie w rowie i czekał, tylko dlaczego właśnie na mnie  – Kryzys Kowalski.

Chwile z nim podyskutowałem o sensie dalszego biegu – każdy z nas miał inne zdanie na ten temat dlatego po kilkuset metrach rozstaliśmy się w gniewie…a niech sobie z kim innym pogada.

Te kilka chwil wystarczyło aby Mateusz odskoczył na 200 metrów. I znów czekała mnie mordercza pogoń. Jeśli ktoś uważa że 200 metrów to nic wielkiego , niech postara się po 19 kilometrach przyspieszyć o 15 sekund.

Tylko  dzięki uprzejmości Mateusza na 300 metrów przed metą biegliśmy już razem. Metry uciekały,  a my rozpoczęliśmy dyskusje jak przekroczyć metę. Pomysłów było kilka , każdy chciał być dżentelmen przepuszczając tego drugiego, ktoś ( dobrze wiemy kto ) krzykiem zasugerował aby złapać się za rączki.

Zamiast tego postawiliśmy na los – los szczęści – starając się przekroczyć metę razem. Tu szczęście uśmiechało się do mnie – do biegu wystartowałem sekundę za Mateuszem i to właśnie ta sekunda zaważyła – chodź i tak uważam że tego dnia pierwszeństwo należało się właśnie jemu 🙂

Po takiej zakładce nie mogę mieć sobie nic do zarzucenia.
Tempo biegu w granicach 3:50 daje dużo nadziei przed zbliżającym się startem w Ironamn Nicea. Dodatkowo nowa życiówka na półmaratonie – może tylko kilka sekund ale to zawsze coś 🙂 ( trasa o wiele łatwiejsza niż Ślężańska jednak w tym wypadku zmęczenie po zawodach i porannym rowerze nie pozwoliło na więcej mimo że głowa już widziała na zegarku te 1:19:59)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *