Kona dla każdego ?

Pisanie tego bloga przychodzi mi chyba najciężej ze wszystkich dotychczasowych wpisów. Zawsze gdy robię podsumowanie jakiegoś okresu lub startu kończę je słowami – “przechodzi do historii”.

W tym wypadku wypowiedzenie tej sentencji nie jest takie proste. Niby walczymy o realizację marzeń jednak gdy do tego dochodzi zaczynamy czuć ogromne zakłopotanie – w końcu co tu teraz robić.

 

Tak jest właśnie w moim przypadku. Zrealizowałem jak do tej pory moje najśmielsze marzenie. Po 7 latach od rozpoczęcia przygody z jakimkolwiek sportem, po zrzuceniu 20 kilogramów, założeniu rodziny, powiększeniu jej o Stacha – wystartowałem i ukończyłem Mistrzostwa Świata Ironman, a gdy tego było mało to zrobiliśmy to wspólnie z Olimpią.

Był to jeden z moich najdłuższych projektów które przyszło mi prowadzić – ciekawe czy mogę dopisać to do swojego CV ? 🙂

Jeśli udało Ci się przebrnąć przez ten filozoficzny początek to teraz będzie już z górki, czyli kilka faktów i danych jak na mnie przystało. Oczywiście nie wszystko uda mi się zawrzeć w jednym wpisie dlatego jeśli tym razem nie znajdziesz tego czego szukałeś … to może lepiej będzie za tydzień 🙂

Czy każdy może wystartować na Konie ? Przekornie powiem – że NIE.

Mimo iż flagowym hasłem Ironmana jest Anything is Possible to osobiście się z tym nie zgadzam. Według mnie  nie wszystko, nie zawsze i nie każdy – co wcale nie zmienia w bohaterów czy też Bogów tych którzy pojechali na Kone. Po prostu w przypadku tych 2600 zawodników rocznie wszystkie uwarunkowania zostały spełnione. Za pewne jest ich znacznie więcej niż te o których przeczytacie poniżej jednak to już start na Mistrzostwach Świata to coś więcej niż Bike Maraton.

Praca czy Talent – uważam, że bez ciężkiej pracy nikt na Konę się nie dostanie, ale tak samo bez talentu. Te dwie rzecz idą z sobą w parze. Znam osoby które mogą poświęcić całe życie, zwolnić się z pracy, wydać majątek na treningi i starty a i tak nigdy nie zakwalifikują się na Kone – powodem nie jest brak zaangażowania czy chęci – powodem jest brak talentu do sportu.  To tak jakbyście wystawili mnie do Tańca z Gwiazdami – możecie dać mi najlepszych nauczycieli, nauczę się kroków, będę rozróżniać gatunki i style …. a i tak nie zatańczę w takt. To czy ma się talent na “Kone” widać bardzo szybko trzeba tylko popatrzeć na siebie z boku lub oczami trenera.

Pieniądze – to zawsze temat tabu. W Polsce nikt nie wie ile kto zarabia a powiedzenie ile kosztują zawody spotyka się z falą ogromnej krytyki szczególnie tych którzy dwa razy takie kwoty wydają rocznie na papierosy. Ale do rzeczy – Kona tania nie jest. Najpierw kwalifikacje czyli statystycznie kilka startów w Ironman , a przepraszam najpierw rok dwa treningu i wydatki na sprzęt, obiekty, trenera dopiero później starty w zawodach i wymarzona kwalifikacja. Kwalifikacja zdobyta i co dalej – trzeba za nią zapłacić a to dopiero początek wydatków 🙂 bo dostanie się na miejsce i pobyt tam do najtańszych nie należą.
Dlatego jeśli jesteś w stanie poświęcić dobrej klasy samochód aby wystartować na Konie to znaczy, że jesteś o krok bliżej startu. ( oczywiście rozłożone jest to w czasie, można zrezygnować z wakacji przez ostatnie 7 lat, wymiany samochodu, telewizji kablowej itp.)

Praca – nieliczni mogą pozwolić sobie aby trenować i nie pracować, większa grupa może pracować około 4h dziennie i trenować jednak największą grupą są ludzie na pełnym etacie którzy muszą połączyć 40h tydzień pracy z 15h tygodniem treningowym. Czy to jest normalne – oczywiście że nie ale w triathlonowym świecie to jedne z wielu przykładów tego jak bardzo potrafimy się zatracić w dążeniu do celu. I teraz bolesna prawda – jeśli pracujesz na pełen etat, dojeżdżając do pracy spędzasz w samochodzie 2 godziny dziennie, a do tego twój plan to około 12h tygodniowo, chcesz normalnie się wysypać 7h dziennie ( i błagam was nie komentujcie ze 6h wam wystarczy – przy takich obciążeniach treningowych regeneracja to podstawa, jeśli tego nie robicie to coś ucierpi a do wyboru macie cztery rzeczy – rodzina , praca , trening i zdrowie) to na życie rodzinne, zakupy i sprawy około egzystencjalne pozostaje Ci 3 godzinny dziennie , w weekendy bywa lepiej ale po ciężkich i długich sesjach treningowych jest się tak zmęczonym, że czas szybciej leci 🙂 Tylko pamiętaj, szanuj pracę bo dzięki niej stać Cię na tą zabawę 🙂

Czas – to coś czego zawsze brakuje i czego kupić się nie da, dlatego jeśli chcesz robić progress musisz nauczyć się go szukać. Czy potrafisz zrezygnować z części znajomych? Czy potrafisz zrezygnować z innych zainteresowań na rzecz twoje nowej i od teraz jedynej słusznej pasji? Czy pozbywając się telewizora przeżyjesz bez Klanu i Złotopolskich? Jeśli TAK – to znaczy, że masz kolejny element układanki

Rodzina –  jest darem o który należy dbać i go pielęgnować. Zaniedbanie jej nie tylko prowadzi do domowych konfliktów zbrojnych ale też w bardzo negatywny sposób wpływa na efekty twojej sportowej pracy. I to nie żart, nie da się zastąpić swojej rodziny rodziną Ironman-a – chodź przypominając sobie  zawodników na Konie którzy M-ke mieli wytatuowaną prawie na czole zaczynam chyba wątpić w to stwierdzenie. Dlatego zanim zaczniesz walkę o Mistrzostwa, zanim zrobisz pierwszy treningowy kilometr przedstaw swój plan najbliższym – oni nie tylko muszą go zrozumieć ale też zaakceptować – To nie Korea Północna i wrażenie tak olbrzymiej życiowej zmiany na siłę na pewno spotka się z dużą dezaprobatą – nawet jeśli do tej pory twoja połówka była bardzo potulna i spokojna.
Dodatkowo to właśnie rodziny będziesz potrzebował w tych najcięższych okresach przygotowania kiedy wracając z treningu dobrze mieć przygotowany zdrowy obiad a idąc spać nikt nie będzie Ci suszył głowy o nie wymyte podłogi..  Masz pieniądze, pracę , czas i rodzinę , no to jedziemy dalej.

Zdrowie – Ostatnim elementem układanki jest zdrowie. Najczęściej myślimy o nim dopiero jak się posypie. Ale to właśnie od niego zależy to czy uda nam się przetrwać ten morderczy okres walki o slota i przygotowań do Mistrzostw. NIe jestem od tego aby wam pisać jak się badać, co badać i na co zwracać uwagę bo akurat żaden ze mnie autorytet w tym temacie – po prostu zadbajcie o nie.

Szczęście – po co mi szczęście jak ciężko pracuję , mam talent , stać mnie na starty, praca mi na to pozwala a rodzina mnie wspiera ? Szczęście według mnie potrzebne  jest po to aby zgarnąć slota. Bo mimo super przygotowanej formy życia , na zawodach może zdarzyć się wszystko – począwszy od pojawienia się czarnego konia, który Cię pokona skończywszy na złapaniu gumy. Dlatego jeśli ktoś mówi że szczęście nie ma znaczenia to znaczy że nigdy na zawodach nie miał pecha.

Zapoznaliście się z częścią moich elementów układanki – oczywiście jest ich znacznie więcej ale coś muszę zostawić dla siebie 😀 lub po prostu was nie zanudzić….

W kolejnej odsłonie przygotowania i podróż, bo te elementy okazały się cięższe niż sam start.

Triathlon Karkonoski – czyli wycieczka po górach

Historia „Nowy Domek w Karkonoszach” wielokrotnie obiegła internety, i muszę przyznać , że ilekroć ja słyszę wprawia mnie ona w dobry nastrój – w końcu takie to prawdziwe.

Triathlon Karkonoski jest jak ten Nowy Domek,  z tej imprezy są takie fajne zdjęcia, każdy rozpisuje się, jak dobrze by było na niej wystartować, jest loteria … uuuu to na pewno musi być coś bardzo prestiżowego – wchodzę w to, najpierw się zapisze a później będę się martwił.

Cała euforia mija gdy po znalezieniu się na liście startowej i opłaceniu startu sprawdzasz profil trasy, albo i nie bo w końcu czym różni się ten start od innych, ma być trochę po górach to poćwiczę podjazdy na estakadzie nieopodal, a bieganie w parku bo podobno tam tylko kawałek jest po asfalcie.
Jeśli takie jest twoje podejście do tych zawodów – to już wiesz, że nie są one dla Ciebie.
Karkonoszman  to ciężka przeprawa która potrafi zająć od 5 do nawet 9 godzin !!! a jeśli treningi odbywały się tylko na estakadzie i w parku to bądź pewien, że raczej bliżej 9 godzin a szansa na DNF jest znacznie większa niż na ukończenie.

Jednak jeśli należysz do tej drugiej grupy, mającej świadomość z czym przyjdzie się im zmierzyć, trenującej w górach lub przynajmniej raz wcześniej pokonującej tą trasę ,  to ostrzegam – ten start jest niebezpieczny – niebezpiecznie uzależniający.
Żaden inny triathlon nie dostarczy Ci tylu emocji. Na Śnieżce jeszcze nogi będą czuły ostatnie metry podejścia a w Twoje głowie zacznie kiełkować ten szalony pomysł kolejnej edycji.
Będąc w Śląskim będziesz już planował i analizował co zrobiłeś nie tak i gdzie w przyszłym roku urwiesz kolejne minuty – tak – to jest właśnie esencja  Karkonoszmana

Tyle wstępu , teraz czas na moją krótką analizę.

Po raz pierwszy wchodząc do wody nie czułem zimna, mógłbym powiedzieć, że było mi nawet przyjemnie ciepło, jak w Poznaniu w ubiegłym sezonie – dlaczego wspominam ten start – bo właśnie wtedy po raz pierwszy odwodniłem się w wodzie – brzmi to irracjonalnie a jednak. Mocne pływanie jak na mnie , gruba pianka, ciepła woda – to idealny przepis aby po 30 minutach wiedzieć że na tych zawodach to powalczyć będę mógł – ale tylko o ukończenie.
Popełniłem pierwszy ale najważniejszy błąd – nie wyciągnąłem wniosków i nie słuchałem organizmu. Po okrążeniu bojko-łodzi rozpocząłem próby wychłodzenia się nabierając pod piankę wodę. Spowalniała mnie to znacząco jednak to był jedyny pomysł który przyszedł mi do głowy – a może trzeba było pić więcej wody z jeziora ?  Pomagało na chwile jednak nie rozwiązało problemu.

Po wyjściu na rower moje tętno szalało przez przeszło 30 km.  Na liczniku marne waty jak na rozjeździe a tętno jak na teście FTP – ależ ja byłem ugotowany. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego jak starać się jechać wolniej i nadrabiać deficyt płynów, co patrząc na temperaturę i zbliżające się podjazdy wydawało się niemal niemożliwe.
Mimo fatalnych jak na mnie watów melduje się drugi w T2 – przynajmniej tu obroniłem pozycje z ubiegłego roku. Teraz  jednak nie dysponuję taką przewagą czasową.  Rozsądek wygrywa i zakazuje dalszej rywalizacji w walce o podium . Nie abym się poddał – to do mnie nie podobne – nadal próbowałem biec ale już spokojnie w drugiej strefie bez szarpania.

Z łezką w oku patrzyłem jak mijają mnie kolejni zawodnicy, moja głowa została zmiażdżona gdy na zbiegu przy tempie 3:50 wymija mnie zawodnik lecąc jak kozica 3:10,  aby na końcu przeskoczyć leśny szlaban tak jakby to był kij na wysokości 5 centymetrów a nie metalowa rura na wysokości 1 metra –  ale spokojnie spisałem sobie wszystkie nazwiska i za rok się odkuję 🙂

Na mecie melduje się na 6 pozycji. Po raz pierwszy nikt nie musi mnie łapać, na mojej twarzy zamiast bólu jest uśmiech. Do podium straciłem około 10 minut – czy mógłbym powalczyć – oczywiście, że tak – walczyć zawsze można, jednak nie zawsze warto w końcu jesteśmy tylko amatorami.

Wnioski wyciągnięte – czas pomyśleć o cienkiej piance ze środkowej półki 🙂 chyba zbliża się kolejny wydatek.

Sieraków powraca

Sieraków to kultowe miejsce do którego wracam już od kilku lat. Ta trasa, jest jedyną w sowim rodzaju – piękne i czyste jezioro , pagórkowata trasa rowerowa oraz bardzo ciężka leśna trasa biegowa – to tworzy klimat tego miejsca i tych zawodów. Może właśnie z tego powodu wielu zawodników wybiera to miejsce na swój debiut – i wcale im się nie dziwie.

Dla mnie to był dosłownie start z doskoku. W czwartek otrzymałem nowy rower, na którym będę startował w tym sezonie Kross Vento TR , więc skoro jest sprzęt to czemu by go tak nie przetestować w boju – uwaga jeśli to jest wasz pierwszy start i macie wobec niego oczekiwania i plany czasowe –  nie róbcie tak, jest to bardzo nieodpowiedzialne :).

Dzięki uprzejmości organizatora w ostatniej chwili udało mi się wpisać na listę startową i już w sobotę stanąć na linii startu dystansu 1/2 Ironman.

Przeniesienie startu 1/2 na sobotę to chyba jedna z najlepszych zmian jaką wprowadził organizator (po takim dystansie połówkowicze mieli  jeden dodatkowy dzień na regenerację przed powrotem do pracy), no może zaraz po wprowadzeniu rolowanego startu (rolowanego nie tylko sektorami startowymi ustawionymi według przewidywanego czasu ukończenia ale również ilością zawodników, których wpuszczano w odstępach co też w konsekwencji praktycznie wyeliminowało drafting – przynajmniej na moim dystansie.

W całych zawodach największą niewiadomą był rower – składany na dzień przed startem, pozycja ustawiana jeszcze w strefie zmian w sobotę rano,   nowe siodełko i łączna ilość kilometrów które na nim przejechałem to 3 ( słownie trzy) – to nie mogło zadziałać.
I tu największe zaskoczenie – zadziałało  – to był mój najszybszy Sieraków. Mogło by być chyba jeszcze lepiej ale z w tej całej euforii położyłem po całości odżywianie i mój SiS szejk nie został dopity do końca.
Zbyt wcześniej aby doszukać się sukcesu w nowej maszynie bo tu warto przejeździć jeszcze trochę aby zbudować sobie opinie ale chyba jesteśmy na dobrej drodze aby zostać przyjaciółmi :)) Na razie z cyferek wynika że przy 260W utrzymałem średnią prędkość 39,4 km/h – jak na mnie i brak dysku to bardzo ale to bardzo przyzwoicie.

Bieganie jak to bieganie – nigdy go nie polubię, ale tylko w ten sposób mogę znaleźć się na mecie. Było gorąco i nie chcąc doprowadzić do odwodnienia – bo miłośnikiem kroplówek nie jest – biegłem bardzo zapobiegawczo.  Niestety ta taktyka pozbawiła mnie podium bo do 3 miejsca straciłem tylko 20 sekund – jednak cel wyższy osiągnięty – odwodnienia nie było 🙂

Teraz czas na prawdziwe górskie ściganie podczas Triathlon Karkonoski, który już w ten weekend – trzymajcie kciuki.

P.S.
Maratomania dziękuje za wspaniałe fotograficzne wspomnienia

Uwaga Usterka

Tydzień temu w moich planach startowych nie było mowy o kolarstwie. Nie minęło kilka dni a na moim koncie już dwa wyścigi.  Po dobrym występie w Miękini na dystansie 50 km przyszła pora na Sobótkę i kolejny etap Via Dolny Śląsk. Tym razem trasa nie była płaska a na kolarzy czekała jednak naprawdę stroma niespodzianka – bo nawet Ci którzy Sobótkę znają bardzo dobrze byli zaskoczeni tegoroczną trasą wyścigu.

Do wyboru dystans 34 i 86 km. Pierwsza decyzja pada na 34 w końcu triathloniści to nie kolarze. Tu wystarczyło spojrzenie Bartka Huzarskiego w biurze zawodów abyśmy zrozumieli, że jednak czeka nas rywalizacja na dystansie 86 km 🙂

Pierwsze 20 min to średnie tempo 39km/h i w moim przypadku 295 NP.  Na kilku pokonanych podjazdach widać przepaść jaka dzieli mnie i prowadzącą grupę.  Takiego tempa na wzniesieniach na pewno nie utrzymałbym przez 5 pętli.

Dla mnie właśnie na 20 minucie wyścig się kończy, awaria sprzętu wyklucza mnie z rywalizacji o dobrą pozycje na mecie.  4 km , do punktu w którym znajdują się serwisanci grup PRO, pokonuje pedałując jedną nogą. Po kolejnych kilku minutach usterka naprawiona i mogę ruszać dalej na trasę.

Teraz poznaję wyścig kolarski z zupełnie innej strony – spokojny i bezpieczny 🙂 . Przez przeszło 70 km jadę praktycznie sam mijając kilku kolarzy, którzy odpadli od swoich grup. Status zmieniam z wyścigu na trening patrząc już nie na czas a na waty. Cały dystans kończę po 2:37:05 z mocą 284 NP  ( w tym z przerwą na naprawę)

Mimo, że udało mi się utrzymać podobną moc jak podczas jazdy w peletonie to na każdej pętli do grupy traciłem od 5 do 6 min – to jest właśnie przewaga stada 🙂

Na metę wpadamy z Olimpią ( 5 OPEN ) praktycznie razem i jak to prawdziwi triathloniści – idziemy się rozbiegać 🙂 aby dobić do tych 3 godzin 🙂

Po takich zawodach zmieniłem zupełnie zdanie o kolarstwie – jednak może być ono bezpieczne a to jak pokonamy  trasę zależy tylko i wyłącznie od nas – musimy jedynie pamiętać aby dobrze ocenić swoje predyspozycje i ustawić się w dobrej poziomem grupie.

 

 

 

 

Rower nie zawsze znaczy to samo.

Dwa koła , łańcuch, kierownica … i ta sama zasada działania. To chyba jedyne elementy jakie łączą rowerową część triathlonu z kolarstwem szosowym.

W miniony weekend startowałem na dystansie FUN ( 50km) podczas wyścigu kolarskiego w Miękini który jest elementem cyklu Via Dolny Śląsk – który osobiście uważam za strzał w dziesiątkę bo właśnie takich zawodów bardzo brakowało.

„Zaraz będą mnie zbierać z asfaltu” – to była pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy i to już po niecałych kilkuset metrach, gdzie doszło do pierwszego karambolu.
Startując kilka sezonów tylko w triathlonie, dodatkowo w wersji bez draftingu zapomniałem jak to jest jechać przez 50 km ze średnia prędkością 40km/h w grupie 50 osób przeciskając się przez ostre i wąskie zakręty , łapiąc pobocza, co chwile skacząc w ucieczce lub goniąc ucieczkę aby następnie znów wpaść w kocioł w którym raz z prawej raz z lewej czujesz na sobie łokieć innych kolarzy.

Tak właśnie wygląda peleton w amatorskim wyścigu kolarskim – to nie Tour De France, który ogląda się w telewizji – tu nikt ze sobą nie współpracuje, każdy pracuje na siebie, kombinuje od pierwszych metrów aby strzelić na końcu jak z procy. Osoby bez doświadczenia jazdy w grupie znajdują się w pędzącym peletonie ( bo utrzymanie się na ogonie takiego peletony jest możliwe) a następnie doprowadzają do sytuacji których konsekwencją bardzo często są wypadki.

Czy to jednak odstrasza mnie od kolejnego startu – oczywiście że nie, bo to jaki poziom bezpieczeństwa chce się mieć zależy tylko od nas samych. Jeśli grupa jest za silna, ma zbyt wielu nieprzewidywalnych kolarzy – wystarczy poczekać chwile, zwolnić a zaraz za plecami pojawi się kolejny peleton. Może tym razem bardziej ludzki  ( a ta minuta którą stracimy jest niczym w stosunku do szlifu który może nas pozbawić przyjemności z jazdy na kilka miesięcy i dodatkowo uszkodzić sprzęt)

Ja pojechałem tam z nastawieniem dobrej zabawy i walki w pierwszej grupie – dlatego robiłem wszystko aby pracować w niej od początku do końca. Doświadczenie jakie zdobyłem jest nieocenione. Teraz już jestem pewien , że kolarstwo to nie triathlon – ty BBS się do niczego nie przyda , patrzenie na waty mija się z celem bo jeśli jest ucieczka to gonisz ich za wszelką cenę, planowanie jedzenia – jakie planowanie – jesz i pijesz wtedy ja pije i je cały peleton. Całe moje poukładane triathlonowe  ściganie starło się z kolarskim chaosem.

W ten weekend pora no kolejne starcie podczas wyścigu w Sobótce podczas Visegrad V4 Race

Sprawdzimy czy jestem pojętnym uczniem.

PS. Dodatkowo przetestowany w boju nowy produkt #dashrade – więcej informacji niebawem

Foto:
Kasia Rokosz Fotografia

Sportowa emerytura

Wyniki nie pozostawiają wątpliwości – czas na sportową emeryturę.
Półmaraton Ślężański nie jest dla mnie must have – ale zawsze cieszę się gdy staje na jego starcie – w końcu to chyba jedyne zawodu na których startowałem tak wiele razy.

Po sobotnim biegu Strava uświadomiła mi, że już najwyższy czas na sportową emeryturę. Moje wyniki z roku na rok są coraz gorsze, najwyższa pora skończyć z bieganiem.
( startu z 2012 roku brakuje – czas 1:58 – jak na debiut byłem bardziej niż zadowolony )

Ostatnio bardzo często spotykam się z sytuacją, w której zawodnicy amatorzy porównują swoje wyniki bazując na „stravie” bądź innych przypominajkach. Do czego to prowadzi? Jeśli wynik jest lepszy, to mamy dodatkowy bodziec motywacyjny do treningów, jesteśmy dumni z siebie i chwalimy się na FB swoim nowym medalem …. i dobrze –  chwalić się powinniśmy bo dla większości naszych znajomych i tak jesteśmy robotami.

Co jeśli nasz wynik jest gorszy niż rok temu ?
– łapiesz doła
– chcesz zapomnieć o tym starcie
– najlepiej chciałbyś go wykasować z  inernetów aby znajomi nie widzieli wyników
– a co jeśli ktoś spyta co działo się w weekend – jaki weekend? Nic nie wiem nic nie pamiętam

Czy nasze wyniki muszą poprawiać się z roku na rok ? – oczywiście że nie.
Nigdy nie znajdziemy się dwa razy na takim samym etapie przygotowań .
W jednym roku mógł być to wasz start główny, poprzedzony odpowiednią regeneracją, w innym natomiast podeszliśmy do niego z marszu bo takie było zalecenie trenera.
Nie wspominając o okresie przygotowawczym, który mógł rozpocząć się w październiku bądź listopadzie – a ten miesiąc różnicy to dodatkowe 4 tygodnie treningów.
Może zmieniła się ilość godzin treningowych, bo twoje życie rodzinne lub zawodowe tego wymagało?

Jeśli macie ochotę pobawić się w analizę która da wam pewien punkt odniesienia to najlepiej cofnąć się o rok, a nie tylko do dnia startu. Gwarantuje wam, że nie jest tak źle jak by się mogło wydawać 🙂

Każdy start to dodatkowa porcja doświadczeń, która powinna wylądować w naszym sportowym plecaku. Czasem bywa lepiej, czasem bywa gorzej ….a  w tym wszystkim najważniejsza jest przecież dobra zabawa i ludzie którzy nas otaczają.

 

Legalny doping

„Jak jechać aby dać z siebie wszystko na rowerze  a na bieganie pozostawić odpowiednią ilość sił ?”  – to  odwieczne pytanie każdego triathlonisty.
Czy to jest w ogóle możliwe ?
Oczywiście, że tak – dowodem na to są czasy biegowe zawodników PRO – wielu z nas chciało by mięć takie życiówki na zawodach biegowych – Maraton w 2:40 !!!!

Schemat moich pierwszych startów zawsze był taki sam :
– pływanie na przeżycie
– rower w trupa
– biegnę ile mogę, potem idę, starając się stracić jak najmniej czasu z tego co wypracowałem na rowerze.
Oczywiście jest to jakieś rozwiązanie , założony efekt może uda się nam osiągnąć.
Wydaje mi się, że stosując ten schemat najbardziej ucierpi nasza regeneracja,  która zajmie dużo więcej czasu. Nie wspominając o odczuciach po przekroczaniu linii mety w stanie agonalnym.

Po kilku sezonach przyszła pora na zmianę. 3 lata temu do moich treningów zawitał pomiar mocy (Garmin Vector). Nie ukrywam, że nauka jazdy na mocy, szczególnie podczas zawodów zajęła mi dobre kilka miesięcy, jednak już po pierwszych startach widać było zmianę schematu:
– pływanie na przeżycie
– rower z pilnowaniem watów
– mocny bieg do samego końca.
co najważniejsze moje czasy, oraz samopoczucie po starcie zaczęły się poprawiać.

Jak pilnować watów

Sprawa wydaje się prosta – jedziesz patrząc na cyferki która powinny utrzymywać się w założonych widełkach – banalne.  Jednak w rzeczywistości wahania mocy mogą doprowadzić Cie do szału. Raz 150 raz 400W – i jak tu jechać równo. A dodatkowo skąd mam wiedzieć jaką mocą jechać podjazd , a jaką zjazd.  Jechanie równą mocą w terenie zaczyna wydawać się niemożliwe – i właśnie takie jest .
A jeśli coś jest niemożliwe lub ciężkie to na pewno znajdzie się ktoś kto napisze aplikacje ,która z niemożliwego zrobi możliwe i jeszcze na tym zarobi.

Tak pewnie powstał BestBikeSplit – aplikacja która pozwala nam zaplanować rozłożenie mocy na trasie kolarskiej a dodatkowo przy wykorzystaniu odpowiednich urządzeń możemy widzieć live jaką mocą powinniśmy jechać.

Czy stosowałem ten sposób – oczywiście, że tak – jednak tylko na długim dystansie . Nie jest to doping a pomaga prawie równie dobrze 🙂

Na Ironman pilnowałem się do tego stopnia, że różnica pomiędzy założoną a osiągniętą mocą wynosiła +/- 2% a czas na zawodach praktycznie pokrywała się z czasem jaki wyliczyła mi aplikacja co w walce o slota wydaje się naprawdę istotną rzeczą. Bo schodząc na bieganie dobrze wiesz jakie są Twoje rezerwy i jak bardzo możesz podkręcić swoje tempo.

Można tez nie wybierać drogi na skróty i po prostu jeździć, jeździć i jeździć… po jakimś czasie nasze ciało samo wie kiedy można przycisnąć a kiedy należy odpuścić i do pełni szczęścia potrzebne są tylko 3 liczby których powinniśmy się trzymać – moc na podjeździe , zjeździe i płaskim odcinku – w końcu każda trasa kolarska składa się tylko z tych trzech elementów 🙂

Pomiar mocy moim zdaniem jest jedną z najlepszych inwestycji w rower. Przekonacie się o tym już po pierwszym treningu.

 

 

 

 

Kona counter – 222 dni

Kolejny tydzień „prawie zgodnie z planem”
11h i IF na poziomie 0,72  to akceptowalny wynik . Oczywiście chciałbym te kilka godzin więcej – jednak w naszym związku żonglujemy 20 godzinnym tygodniem treningowym – jeśli ktoś z nas robi więcej druga osoba musi robić mnie 🙂

 

Rozdział zamknięty

Czas definitywnie zakończyć poprzedni sezon. Dość wspominania. Przede mną jeden z najważniejszych startów w moim życiu.

Pierwsze Mistrzostwa Świata zawsze pozostaną w pamięci – niezależnie od miejsca i czasu z jakim wrócę, dla mnie będzie to olbrzymi zaszczyt ścigać się na tej wyspie, o której tyle czytałem i którą tyle razy widziałem na motywacyjnych filmach z serii – „Anything is Possible”

Wielokrotnie zabierałem się za podsumowanie sezonu,  jednak liczby które miałbym zaprezentować nijak mają się do osiągnięć Michała Podsiadłowskiego czy też Marcina Koniecznego – ale w końcu może nie muszą. Panowie to nadal nie moja liga i  teraz raczej walką będzie o pozostanie w ich pobliżu niż o triumfalne wyprzedzenie ich na jakiś zawodach.
Moim głównym celem na Kone jest przede wszystkim dobrze się bawić … no i  jak najbardziej zbliżyć się do czasu Michała –  nie mogę oprzeć się tej odrobiny męskiej rywalizacji;).

Wracajmy do faktów :
W 2017 miałem dwa starty główne :
– Karkonoszman
– Ironman Wisconsin
Tak też planowane były moje szczyty ( a raczej pagórki) formy. Tu  muszę przyznać, że mimo iż bardzo często przestawiałem sobie cześć treningów – co doprowadzało trenera do szewskiej pasji-  to i tak udało się Kubie osiągnąć zamierzony cel. Chodź  przez moje zmiany raz za razem wdrażał plan naprawczy do planu naprawczego poprzedzony planem ostatniej szansy i planem ratunkowym – wniosek na ten sezon  – nie mieszać samemu w planie przygotowanym przez trenera ( a jeśli już mam taki zamiar –  to warto to z nim ustalić przed a nie po fakcie 🙂

Kolejnym największym błędem jaki popełniłem było skupienie się na dyscyplinie która i tak szła mi najlepiej – kolarstwie. Ta nieprzemyślana decyzja kosztowała mnie dobre kila pozycji na Ironman ( tempo pływackiego spadło o około 10s na 100m – a to już są cenne minuty jeśli macie zamiar walczyć o miejsce)

W skali roku tylko kilkukrotnie osiągnąłem poziom 1000 TSS tygodniowo – co dla zwykłego śmiertelnika znaczyć może tylko jedno : w tym okresie trenowałem około 20h  tygodniowo. Patrząc na piki TSS bardzo łatwo wywnioskować kiedy byłem na obozie oraz kiedy był Karkonoszman i IM Wisconsin ( tygodnie poprzedzające starty to piki TSS)

Sam byłem zaskoczony ilościami godzin spędzonymi na treningach … więc pewnie was też to zaskoczy . Średnio w ciągu roku to 11h tygodniowo.
Jedyny wniosek jaki przychodzi mi do głowy to fakt, iż był to już mój 6 sezon ( przy naprawdę mocno przepracowanych poprzednich pięciu). To zapewne pozwoliło mi utrzymać, a nawet podnieść formę przy zmniejszeniu ilości treningów .

Zapewne też (z uwagi na Stacha i mniejszą ilość dostępnego czasu) moje treningi stały się  dużo bardziej efektywne i większość była realizowana na poziomie 0,75 -0,8 IF – co znaczyło by, że zmądrzałem 😉 – czyżby to było możliwe :)?!

W tym roku moje roztrenowanie było najdłuższe w całej mojej sportowej historii.
Ponad 3 miesiące praktycznie nic nie robienia – psychicznie bolało, ale fizycznie było bardzo potrzebne. W końcu trenowanie przez 6 lat nie pozostaje bez pływu na zmęczenie organizmu, zmęczenie  które potrafi kumulować się miesiącami a moim zdaniem nawet latami.
Nadal czuje się dużo słabszy niż w tym samym okresie w roku ubiegłym , chodź liczby pokazują że rok temu byłem na tym samym poziomie.
Moje techniczne wykształcenie karze wierzyć liczbom 🙂


Różnicą która w ubiegłym roku wyniosła mnie na zupełnie inny poziom a w tym roku jej zabraknie był Triathloncamp Majorka … domowymi sposobami przy naszym klimacie nie da się osiągnąć takiego poziomu w tak krótkim czasie ( chyba że jest się Sandersem i kocha się trenażer i bieżnie)

Nie składam jednak broni. Na horyzoncie Kona , a czas ucieka nieubłaganie.

 

Sinusoidalne wahania formy

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło że to roczny wykres wahań formy . W końcu nie zawsze można mieć szczyt 🙂

I nie miałbym  nic przeciwko temu gdyby nie fakt iż jest to wykres z ostaniach 2 miesięcy podczas których co rusz nękają nasz dom egipskie plagi. Człowiek się dwoi i troi aby się zabezpieczyć i uodpornić ( na tyle na ile to możliwe) , a te zarazki i tak znają sposób aby się do nas wprowadzić.

Takowym to sposobem właśnie odbębniam chyba już trzecią infekcje.  Moja forma to raczej krzywa spadkowa a motywacja już puka w dno od spodu.

Dodatkowo aby jeszcze skuteczniej się załamać w TrainingPeaks codziennie pokazuje mi stosunek mojej obecnej formy do tej sprzed roku – chyba wyłączę ta opcje 🙂

Nie popełniajcie tego samego błędu, który mi przytrafia się po dziś dzień – zapominam, że w tej zabawie najważniejsza jest właśnie zabawa.

Do zobaczenia ( mam nadzieje ) już niebawem na treningu