W poszukiwaniu czasu

Dziś kolejny sprawdzian na mojej drodze do Swissman.

Tym razem podczas „VIIIPółmaraton Ślężański

image

Na poważną analizę biegu przyjdzie jeszcze pora – co mogę powiedzieć
na gorąco :

– organizacja jest naprawdę na bardzo wysokim poziomie
– izotonik na bufetach – kwestia gustu ale dla mnie był nie
do przełknięcia
– pogoda dopisała i to aż za bardzo bo tam gdzie nie było
wiatru robiło się naprawdę gorąco.
– pierwszy raz nie stałem w kolejce do depozytu !!!!

 A teraz może coś bardziej o sobie.

Po ostatniej dyszce mój prawy płaszczkowaty zupełnie się spłaszczył
i jakoś nie chce ze mną współpracować, za zgodą osobistego fizjoterapeuty
postanowiłem wystartować. Nie ukrywam że jeszcze 2 tygodnie temu chciałem „podzidować”
dając z siebie tyle ile można dać będąc w cyklu treningowym – jednak ostatnie
treningi zmusiły mnie do zejścia na ziemie – jeśli startować to dla ukończenia
!!!

 Mimo powracającego co jakiś czas bólu który wywoływał pewien
dyskomfort do 7 km
biegło mi się naprawdę dobrze (trochę dyskutowałem z głową które co jakiś czas
chciała się poddać).  Do 7 km ponieważ po Tąpadłach do
akcji wkroczyło moje wnętrze, które chcąc nie chcąc postanowiło się uzewnętrznić.  

 Dalej już nie było sensu walczyć o czas, a przede wszystkim nadwyrężać
mięśni – bo niby po co – treningi zrealizowany na 110% a wymarzonego wyniku i
tak nie będzie.

 Co by było gdyby nie było …

A pewnie wyło by lepiej bo z wykresy wynika, że straciłem
dobre 6 min i motywacje 🙂

image

Najważniejszy z najważniejszych jest fakt, że jako grupa
triathlonistów a nie tylko biegaczy zajęliśmy bardzo wysokie 10 miejsce w
klasyfikacji drużynowej !!!!

image

I znów wyglądaliśmy zabójczo : ) czyli jak to podczas
rozgrzewki padło – jeśli już nie robimy wyników to przynajmniej mamy wyglądać.

Tak zaczyna się sezon

Ciężko określić kiedy zaczyna się sezon , dla jednych trwa on cały rok , inni zaczynają go w listopadzie zaraz po roztrenowaniu… a dla mnie początek sezonu to właśnie marzec i pierwsze starty kontrolne.

O tych kilku zimowych miesiącach staram się jak najszybciej zapomnieć. Jeśli w tym czasie czegoś nie zrobiłem, to przepadło – straconego czasu nie da się nadrobić.

Gdy tylko pierwsze promienie słońca zmieniły noc w dzień ( o 7:00 ) zmieniło się moje podejście do treningów. Lubiąc pospać nie bardzo lubiłem wstawać, szczególnie w styczniu. Obecnie bieganie o 6 rano bywa nawet przyjemne.

Ale dość wzruszeń, czas brać się do pracy i sprawdzić co udało się wypracować przez ostatnie kilka miesięcy.

Na pierwszy ogień poszło bieganie. Dziesiątka WroActiv, która rozgrywana jest we Wrocławiu miała być dla mnie idealnym sprawdzianem jak zachowuje się moje tętno. Miało mi to również pozwolić zaktualizować moje strefy przed kolejnym cyklem treningowym.

Ten start sam w sobie był inny niż każdy poprzednie. Przypadł na środek mojego cyklu treningowego – dlatego nie było mowy o kilku dniach ( nawet jednym ) odpoczynku i regeneracji. Gdy w planie przed zawodami znalazł się 3 godzinny rower zastanawiałem się czy to nie błąd ( jak się okazało nie tylko ja miałem taką nadzieje) – niestety nie było w tym pomyłki trenera.

No nic – trzeba kręcić , a że pogoda nadawała się tylko na trenażer trochę zmodyfikowałem Ten trening dzieląc go na dwa –  1,5h przed  oraz 2,5h po zawodach – taki rozjazd .

O dziwo na 30 min przed startem byłem jeszcze spokojny , co w ubiegłym roku było nie do pomyślenia. Po części wpływ na to miały pewnie nowe stroje GT RAT – zajęty dystrybucją wdzianek zapomniałem o zbliżającym się starcie

Śniadanie wypaliłem na rowerze, w trakcie jazdy zadbałem jedynie o nawodnienie oraz konsumpcje jednego banana. Po treningu jak Adam Małysz wciągnąłem jedną bułeczkę z dżemem oraz żel na 10 min przed startem – i to tyle. Wydaje mi się że poranne spalanie uratowało mnie przed nerwowym poszukiwaniem toalet.

Plan na start był jeden :

1 kilometr – tak szybko jak to możliwe ale w startowym tętnie

2 kilometr – złapać własny rytm i ustabilizować tętno

3-8 kilometr – utrzymać tempo za wszelką cenę ( trzymając się tętna)

9-10 kilometr – jeśli się do przyspieszyć ale w kontrolowany sposób

Gdyby nie Pawał „Kat” prawie udało mi się zrealizować plan , jednak ostanie 300 metrów to była nieudana pogoń za cieniem Pawła – czyli gwałtowny sprint i skurcze na ostatnich metrach – i po co Ci to chłopie było 🙂

Tempo :

Tętno :

Jak widać przygotowania nie poszły na marne. W stosunku do ubiegłego roku gdzie przed zawodami byłem wypoczęty i nastawiony na wynik , poprawiłem się o ponad 2 min. 

Jaka szkoda, że nie da się pomnożyć tego razy dwa w stosunku do półmaratonu 🙂

Do zobaczenia na Półmaratonie Ślężańskim.