A może tak Karkonoszman 2014 ??

Mięśnie palą żywym ogniem. Staram się złapać oddech zwalniając tempo. Moja głowa nie przyjmuje do widomości sygnałów z nóg które tak bardzo pragną odpoczynku. Na domiar wszystkiego postanowiła tłoczyć do mięśni kolejne bodźce motywujące mnie do dalszej walki…walki z samym sobą. Bo w końcu to start zerowy. Nie będzie medalu, nie ma oficjalnego pomiaru czasu, ani mojego nazwiska na liście startowej. Więc po co to wszystko.

Nawet nie wiecie ile razy podczas ostatnich500 metrówsię nad tym zastanawiałem… A jednak idę dalej. To już nie bieg w wspinaczka bo wąskiej górskiej ścieżce.

24 godziny wcześniej

Sezon już za mną. Mógłbym powiedzieć że już około 2 tygodni temu rozpocząłem roztrenowanie które skutkowało znaczącym zmniejszeniem ilości treningów a te które zostały w planie były wykonywane na małej intensywności. Nareszcie jest trochę czasu na MTB, sprzątanie i prace w garaży. Może też jakoś ślub uda się zorganizować.

Jadąc na zapowiadano już dawno imprezę co chwile uświadamiałem sobie jaką „ciapą” byłem pakując się tym razem… pompka została w piwnicy , kluczy do roweru nie zabrałem , czepek … gdzieś tam sobie jest , pas na bidony tez został…jadę jak na wycieczkę a nie poważne zawody… oj to roztrenowanie potraktowałem chyba zbyt poważnie : )

Klimat następnych kilkunastu godzin poczułem po dotarciu pod zamek Czocha. Do godziny 18:00 dojechali wszyscy uczestnicy startu zerowego. Mimo iż nie znaliśmy się wcześniej nie brakowało wspólnych tematów. Każdy z nas był Ironman-em, każdy z nas miał ta samą pasje. A pasja nie zna granic…nie ważne ile ma się lat, jak się jest wysportowanym i jakie ma się czasy na zawodach. Wszyscy podchodzą do siebie z szacunkiem. Dodatkowo bardzo miło jest poznać innych pozytywnie zakręconych ludzi…człowiek zyskuje poczucie że nie jest sam, i bieganie w pampersie odrazy zaczyna być czymś normalnym J

 

Jak przed każdym startem, tak i tym razem miała miejsce odprawa techniczna. Kilka cennych uwag organizatora i mogliśmy spokojnie przystąpić do kolacji.

 Idąc rano do polowej kuchni zastanawiałem się jak ja trafie do jeziora…było ciemno…ciemno nad Zamkiem Chodzą to nie to samo ciemno co we Wrocławiu. Nie było łuny znad miasta, nie było latarni. Tylko światła w oknach przyczep wskazywały nad drogę.

Na szczęście, zanim na moim ciele pojawiła się pianka pływacka, niebo powoli zaczęło się przejaśniać… świta.

Przyczepy znajdowały się w odległości około200 metrówod jeziora, jeziora które tego poranka przykryte było mglistą kołderką.

O nawigacji na oddalony Zamek czy tez zakręt można było zapomnieć. Kajak – i to nie zawsze, oraz poprzedzająca Cię osoba były jedynymi punktami nawigacyjnymi.

Mimo kilkudziesięciu sekundowego postoju wyrównawczego ( aby grupa płynęła blisko siebie) i tak udało mi się zrobić bardzo dobry czas – tylko o 2 min gorszy od mojego rekordu.

 1,9 kmza nami

 T1 to raczej spokojne przebieranie się niż strefa z zawodów którą pokonuje się ekspresowym tempie. Może nie było czas na kawę i rogalik. Ale łyk ciepłej herbaty i  toaleta były do zaakceptowania.

 Kiedy ten zjazd.

Zaczęliśmy kręcić, i od razu na kasecie miękkie przełożenie. Na początki odważni zrywali się pod kolejne podjazdy. Tylko Ci co znali trasę wiedzieli że lepiej oszczędzać siły na ostatnie20 km. Charakterystykę trasy można porównać do streszczenia „Władcy Pierścieni” – Przez trzy części chłopaki idą, idą i idą aby na końcu zniszczyć pierścień. W naszym przypadku te90 kmmożna streścić następująco.

Wjeżdżamy, zjeżdżamy, wjeżdżamy, zjeżdżamy, wjeżdżamy, zjeżdżamy i na końcu wjeżdżamy aby zjechać do Karpacza.

Było ciężko…kilka odcinków na których mój każdy zmysł pracował na pełnych obrotach. Zakręty na których czuć było palone klocki i podjazdy gdzie brakowało przełożeń.

 T2 – czy aby na pewno chcemy tam biec

Nie każdy był przekonany iż ten pomysł jest słuszny, w końcu termy w Gołębiewskim były na wyciagnięcie ręki a Śnieżka…na wyciągnięcie ręki już nie była L a wręcz przeciwnie – obserwatorium wydawało się bardzo odległym miejscem.

 W bólach ale bardzo skoncentrowani ruszyliśmy wspólnie pod górę. Ci co byli tam chodź raz wiedzą iż zbiegów nie ma tam zbyt wiele … i może dobrze, gdyż moje kolana preferują jednak podbiegi.

Z każdym kolejnym metrem nasza grupa coraz bardziej się rozciągała. Do tego stopnia iż w pewnym momencie zgubiliśmy niektórych z oczu. W towarzystwie profesjonalnych górskich biegaczy czyłem się jak płotka wśród rekinów… o pewnie tez tak wyglądałem.

Po 1:15 dotarliśmy na szczety Śnieżki… niby była to tylko beczka na trasie biegowej, jednak po znalezieniu się na szczycie wszyscy poczuli radość z ukończenia zawodów J tak to już działa szczyt na zawodnika… jak wymarzona linia mety.

 Może nie za rok … bo w głowie mam już inne cele, ale na pewno wezmę udział w tym naprawdę ekstremalnym wyzwaniu.

 

roz – TRENOWANIE

W każdym planie  treningowym znajdziemy jednostkę taką jak „odpoczynek” lub „regeneracja”.  Najczęstszym błędem triathlonisty – amatora jest nie przykładanie do niej odpowiedniej wagi… bo gdy zaczyna się ćwiczyć i wpada się w „ciąg” treningowy… nie sposób się zatrzymać – choćby na jeden dzień:)!

I to jest błąd, gdyż każdy organizm, aby się rozwijać musi być wypoczęty. Ma to swoje przełożenie nie tylko w miesięcznym cyklu treningowym, ale również w rocznym.

Dla mnie był to najcięższy sezon w życiu… w końcu pierwszy raz przyszło mi startować w Ironman-ie , ½ Ironman-a oraz dwóch olimpijkach. Dla niektórych, szczególnie  dla tych, którzy na co tydzień startują w maratonach MTB, pewnie ta liczba nie powala. Jednak triathlon to nie ilość to jakość:). Trenuje się przez  cały rok, aby na koniec wystartować w jednych zawodach, a ilość treningów w tygodniu nieraz przekracza kilkanaście godzin.. Uwierzcie mi – można się zmęczyć;).

Zatem po całorocznej ciężkiej orce, przyszedł czas na regenerację. Nie musiałem zmuszać się, aby zmniejszyć intensywność treningową, gdyż mój organizm sam wzdrygał się na samą myśl o rowerze, a  buty biegowe musiałem schować naprawdę głęboko, aby nie denerwowały moich oczu.

Do tego doszedł jeszcze niefortunny wypadek w Chodzieży. Czytając regulamin zawodów, wpadłem w studzienkę, której brakowało zasadniczej części – pokrywy. Ufff jakie szczęście, że nie miałem opłaconego startu… gdyż następnego dnia moja noga nie nadawał się do moczenia…

To był znak.. czas odpocząć.

Na nogach odrastają włosy, mięśnie bolą – od nie trenowania, siodełkowe rany już prawie się zagoiły, a na mojej twarzy znów pojawił się uśmiech na myśl o rowerowej wyprawie…może dziś nasmaruje łańcuch, albo zrobię małe rozbieganie : )

Na brak wolnego czas i ruchu nie narzekałem, bo w końcu  już  niedługo czeka mnie triathlonowy ślub…  To dopiero będą zawody!!!  Całe szczęście, że Ironman przygotował mnie na 12 godzinny wysiłek:).

Muszę też przyznać, przydały  mi się treningi w strefie zmian. Przymierzenie garniturów zajmuje mi tylko kilka minut… Najgorsze, że czasem w odruchu bezwarunkowym zakładam sportowe buty i wybiegam ze sklepu… Hola hola to nie zawody – a poza tym może najpierw warto zapłacić ;) !

Triathlon Rawa Mazowiecka – Puchar Polski na dystansie Olimpijskim.

W  dniach 27-29 lipca obdyła się 4 edycja Triathlonu w Rawie Mazowieckiej. Finałem tej kilkudniowej imprezy był  Puchar Polski na dystansie Olimpijskim. Udział w zawodach zadeklarowało ponad 250 osób. Na liście startowej  znalazły się sławy polskiego triathlonu. Przyjechała także mocna ekipa z Ukrainy. Co dawało  nam szansę pościgać się z najlepszymi :) .

Pływanie odbywało sie w Zalewie Tatar, trasa rowerowa wiodła okolicznymi drogami, aby następnie powrócić nad zalew i ostatnią z konkurencji rozegrać praktycznie w centrum miasta.
Ze względu na panujące upały organizator zakazał użycia pianek pływackich. Temperatura wody przekraczała  tego dnia 23 stopnie, a start w samo południe dodatkowo mógł spowodować przegrzanie zawodników oczekujących na start.

Tutaj rozpoczął się dramat. Nie posiadając jednoczęściowych strojów, zostalibyśmy zmuszeni do przebierania sie w strefie. Po doświadczeniach w Czechamnie dobrze wiedzieliśmy czym kończy sie zakładanie koszulki na mokre ciało.

Olimpii udało się znaleźć nieco przestarzały strój jednoczęściowy, ja na pływanie przyszedłem w samych spodenkach zostawiając w strefie koszulkę.

Start z wody…wody, która już nie wydawała się tak ciepła, gdy przyszło w niej czekać około 7 minut zanim wszyscy zawodnicy zostaną policzeni i dopłyną do wyznaczonej linii – wniosek z tego taki, iż nie zawsze dobrze jest być pierwszym.

 

Kilka sprintów, parę wolnych pociągnięć i słychać gwizdek nakazujacy ustawienie sie zawodników… chwila ciszy i do naszych uszu dobiega dźwięk syreny… Ruszyliśmy.

W przypadku Triathlonu w Rawie organizator również nie wystrzegł sie kilku wpadek. Na pływaniu były to bojki – jeśli ich wielkość była naprawdę wystarczająca to kolor brązowy zlewał się z tłem.

Pływanie składało się z dwóch kółek. Po pierszym należało wyjść na brzeg, przebiec przez matę i ponownie wskoczyć do wody… Dla kibiców zapewne było to wspaniałe widowisko. Zawodnicy przeskakiwali nad sobą prezentując kolejne wersje skoków na główkę : )  Ten manewr  pozwolił mi wyprzedzić kilka osób ;) . Tak jak i w Mietkowie, tak i w Rawie z wody wyszedłem tuż przed Olimpią. Nasza taktyka na wspólną jazdę mogła zdać egzamin…

Zdjęcia

T1 to  był koszmar. Walczyłem z koszulką przez dobre 2 minuty Sędzia nie zezwolił na pomoc z zewnątrz, a tym bardziej zakazał mi kontynuacji wyścigu bez koszulki… Tym właśnie sposobem Olimpia wyrobiła sobie kilkanaście sekund przewagi, z czasem tworząc trzy osobową grupkę, którą samotnie goniłem przez ponad 25 km – bez skutecznie : ) Nie muszę chyba pisać, kiedy grupa Olimpii jechała najszybciej… :)  W połowie drugiego okrążenia odwracając się dostrzegłem w oddali  dużą grupę kolarzy. Zwolniłem do przysłowiowego minimum i czekałem, aż mnie dojdą. Już po chwili usłysząłem za sobą krzyk „ Kręć, kręć, bo sie nie złapiesz!!!” Grupa utrzymywała prędkość przeszło 43 km/h, czyli o ponad 6 km/h więcej niż miałem do tej pory. Dołączenie do nich i wspólna praca, umożliwiła mi złapanie Olimpii już po kilku kilometrach – na początku 3 pętli. Od tego momentu jechaliśmy już obok siebie – wszystko szło jak po maśle. Aż do chwili, gdy po zejściu ze zmiany znalazłem się na ostatnij pozycji ( Olimpia była wtedy trzecia ). Wtedy usłyszałem przed soba znajomy rumor. Sterta rowerów, zapach palonych klocków i Olimpia, która wykorzystujac całe pokłady kobiecej gracji robiła przepiękne koziołki w stronę  przydrożnego rowu … a to wszystko na jedyne 3 km przed metą…

Na hamowanie nie było szans. Rower pędzący ponad 46 km/h, potrzebuje czasu, aby się zatrzymać. Przejeżdzając po kołach i nogach zawodników starałem sie tylko nie upaść i nie zmiażdzyć czyjejś głowy lub dłoni. Szczeście w nieszczęściu…udało nam się wyjść z tej kraksy tylko z kilkoma bolesnymi zadrapaniami i w większości ma je Olimpia. Bardziej ucierpiał sprzęt – uszkodzone tylne koło, zniszczona klamkomanetka i owijka do wymiany. Mimo wszystko, jak na taki wypadek to i tak niewielkie straty.

Dobre miejsce po wyjściu z wody, dobry czas na rowerze… i wypadek, który wszystko zaprzepaścił. Strata 7 min była nie do odrobienia. Kolejne grupy  mijały nas bez przeszkód, kiedy mozolnie wlekliśmy sie do strefy zmian.

Bieg był już czystym treningiem, nie było sensu męczyć organizmu, gdy czołówka była poza zasięgiem, a słońce prażyło jak na pustyni. Spokojna strefa zmian, kilka słów zamienionych z tatą i ruszyliśmy  na spotkanie z rawską patelnią, jaką okazała sie ścieżka wzdłuż zalewu.

Jeden bufet , jedna kurtyna wodna – to było wciąż za mało. Ambulans na dobre zaparkował przy trasie biegowej, pomagając odwodnionym zawodnikom… bo to nie zmęczenie, a upał zdziesiątkował startujących.

Ostatni kilometr to pogoń za zawodniczką,która była na 7 miejscu w klasyfikacji Open. Siódemka bardzo spodobała sie Olimpii… podobno ta cyfra przynosi szczęście. Po ciężkich  pertraktacjach przyśpieszyłem o ponad minutę na kilometrze i na 800 metrów przed metą mijaliśmy zmęczony numer 7.

Olimpia wykazała sie niezwykłą siłą walki i mimo wypadku i cieżkich warunków nie poddała się. Nie udało się pobić życiówki z Mietkowa. Na mecie stawiliśmy się z czasem 2:40 min, lecz mimo to Oli była  pierwszą zawodniczą z grona amatorek – olbrzymie GRATULACJE …

 ++++++++++++++

– wpaniała trasa rowerowa, poprowadzona badzo dobrymi drogami

– dobrze przygotowana strefa zmian i dobieg z pływania do T1

– wszystko zgonie z harmonogramem

– trasa rowerowa bardzo dobrze zabezpieczona

—————————

– brak expo na którym można by było zakupić żele lub izotoniki

– tylko jeden bufet na trasie biegowej i jedna kurtyna wodna

– brak pryszniców ( gdzieś niby były, ale nikt nie wiedział gdzie )

– brak informacji dla kibiców ( gdzie i o której spodziewać sie zawodników , gdzie stanać itp. )

– brak ambulansu na mecie

– całkowicie pozbawiona drzew trasa biegowa

– boje kierunkowe i nawrotowe w kolorze brązowym

Strona z wynikami :

http://sts-timing.pl/index.php?option=com_wrapper&view=wrapper&Itemid=7

I dodatkowo krótki filmik :) gdzieś tam jestem , a raczej moje nogi

http://erawa.pl/walczyli-nie-tylko-z-dystansem-ale-rowniez-z-pogoda-to-byl-wyjatowo-upalny-triathlon-w-rawie-mazowieckiej/

I Otwarty Trening RAT

 

 I Otwarty Trening RAT na dystansie Standard

Dnia 04.08.2013 chcielibyśmy wszystkich zapalonych triathlonistów zaprosić na I Otwarty Trening RAT .

Miejsce spotkania :

Szutrowy parking w okolicach żwirowni w Maniowie

Godzina:

Wejście do wody 7:00 ( warto być kilka minut wcześniej)

Dystans:

Pływanie – 1500-1800m

 Rower – 40 km

Maniów–PunktB-Maniów-PukntA-Maniów

 Bieg

Wariant A

6km

Wariant B

10 km

 UWAGA !!!!!!!

Jest to otwarty trening a nie zawody… celem nie jest rywalizacja a dobry trening we wspaniałej atmosferze.

-Dla osób obawiających się otwartego akwenu dostępne będą trzy bojki asekuracyjne.

-Jedzenie i picie należy zapewnić sobie we własnym zakresie.

-Istnieje możliwość transportu z Wrocławia – konieczny kontakt na priv. ( wiadomość na FB RAT)

-Wyjazd z Wrocławia około godziny 6:15 z kilku różnych miejsc, dla osób nie znających drogi jest to możliwość na „drafting” :) – konieczny kontakt na priv ( wiadomość na FB RAT)

-Zapowiada się ładna pogoda…aż za ładna. Przypominamy o konieczności posiadania czapeczki oraz picia na bieg, najlepiej pasa z bidonami, lub zapasu gotówki (po drodze jest jeden sklep)

-Osoba bez kasku nie będzie mogła uczestniczyć w treningu.

– Pływanie odbywa się w otwartym zbiorniku bez opieki ratownika – masz wątpliwości do co swoich umiejętności – lepiej nie wchodzić do wody.

-Każdy bierze udział w otwartym treningu na własną odpowiedzialność.

– RAT nie jest organizatorem a pomysłodawcą

– Planowany czas trwania treningu od 3:00h do 3:30h

 Dodatkowe inforamcje i aktualności na profilu RAT

Rawa Mazowiecka – Weekendowe atrakcje

Ilość imprez triathlonowych w Polsce wzrasta z każdym rokiem. Obecnie ciężko jest znaleźć w wakacyjnym kalendarzu weekend podczas którego nie jest rozgrywany traithlon, chociażby na dystansie super sprint.

Dla nas jako zawodników,  jest to szansa na ciekawy weekend i odskocznia od realizowania długich niedzielnych treningów. Zabieramy rodzinę lub znajomych i ruszamy na spotkanie przygody.

Wiem, wiem, ja jestem w tej dobrej sytuacji, że nie muszę przekonywać Olimpi do startu w zawodach – to Ona raczej przekonuje mnie:)

Zawody triathlonowe rozgrywane są zawsze przy jakimś otwartym zbiorniku wodnym, gdzie niezainteresowana zmaganiami partnerka (lub w partner) może powygrzewać się na słońu, rozpalić grila, poczytać książkę czy raczyć sie zimnym napojem i czekać na Twoje przybycie. Bo bądźmy szczerzy – nie każdy rozumie, dlaczego pływamy w takim stadzie a potem jedziemy jak szaleni i biegniemy przy 35 stopniach…
Tego nie zrozumie nikt, kto nie spróbuje – dlatego często tłumaczenia są bezowocne a więc i bezsensowne :)

W ten weekend zapowiada sie prawdziwy upał.  37 stopni na plusie to temperatura przed którą przestrzegają nas wszystkie stacje telewizyjne od kilku dni. I pewnie mają rację. W takiej teperaturze bardzo łatwo o odwodnienie, nawet przy normalnym funkcjonowaniu, a co dopiero gdy bierze się udział w zawodach.

Właśnie taki plan mamy na ten weekend. Niedzielny trening po raz kolejny przewidywał 2,5 godziny jazdy połączonej z biegiem. Dodając do tego pływanie, mamy triathlon na dystansie ¼ IM.

Zawody, w których weźmiemy udział, odbędą się w Rawie Mazowieckiej – moich rodzinnych stronach. Trasa kolarska (w dużym przybliżeniu) prowadzi obok domu moich rodziców. W taki sposób połączymy przyjemne z pożytecznym. Oczywiście tym pożytecznym jest wizyta u rodziców, gdzie może załapię się na naturalną siłownię przy żniwach.

Rawa to małe miasteczko, ale dysponujące niesamowitym zapleczem sportowym. Tereny do jazdy na rowerze, nowy basen, zalew… to tylko niektóre z przyczyn, dla których postanowion na sport. Własnie tam odbędzie się 4 edycja Triathlonu w Rawie Mazowieckiej którą rozpocznie Finał Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży w Triathlonie. Ten weekend dla Rawy to nie tylko jeden start – to kilkudniowe swięto dla całego miasta.
Organizator „Triathlon Rawa” zaskoczył mnie jednym faktem. Do samego końca opłata starotwa pozostała niezmieniona. W przypadku innych organizatorów opłaty wzrastają wraz z malejącą ilością dni, jakie pozostały do startu. Czyżby jednak dało się zorganizować takie zawody za mniej niż 250 PLN?  Z personalizowanym numerem startowym? : )
Start w Mietowie pokazał, iż na pełną regenerację po starcie w IM trzeba trochę więcej czasu niż 3 tygodnie. Dlatego właśnie Triathlon Rawa zostanie potraktowany przez nas bardziej jak impreza a nie jak zawody. Chcemy się cieszyć atmosferą, korzystać z bufetów i miło spędzić dzień.
Jeśli jeszcze nie wiecie co robić w weekend – Rawa Mazowiecka zaprasza : )

16 miesięcy w liczbach

 

W sporcie jak w życiu. Wszystko ma swój początek i koniec. W moim przypadku 30-tego czerwca zakończyłem jedne z bardzo ważnych etapów – przygotowania do startu w Ironman.

Plan był bardzo prosty – dać z siebie wszystko, aby w przeciągu 16 miesięcy przygotować się do starty w jak najlepszy sposób.

Nieocenioną pomocą okazały się plany treningowe, które otrzymywaliśmy od naszego trenera Dariusza Sidora. Każdy kolejny miesiąc, z wyjątkiem jesiennego roztrenowania i okresu przed samym starem, zwiększał ilość jednostek i ich intensywność. To wszystko przełożyło się na liczby, które chciałbym wam dzisiaj przedstawić. W moim podsumowaniu skupiłem się tylko na trzech dyscyplinach występujących w triathlonie : pływaniu , jeździe na rowerze oraz bieganiu. Proszę mieć jednak na uwagę, że przez te 16 miesięcy każdy z nas wykonywał niezliczoną ilość dodatkowych aktywności : zajęcia fitness, streching, Power bar, siłowania itp.

 Pływanie

Odległość –340 km

Czas – 140 godzin

 Kalorie – 90 000 kcal


Rower

Odległość –10 000 km

 Czas – 310 godzin

 Kalorie – 250 000 kcal


Bieg

Odległość –2 000 km

 Czas – 170 godzin

 Kalorie – 140 000 kcal

Razem

Odległość –12 340 km

 Czas – 620 godzin

 Kalorie – 480 000 kcal

Czy te liczby robią na was wrażenie ???– na mnie tak !!!

Trylogia – Klagenfurt 2013

Wszystko ma swój początek i koniec. Zwieńczeniem traithlonu na dystansie Ironman jest maraton… Tak, tak – pełen maraton.

Jednak, aby przystąpić do morderczego wysiłku należ najpierw przejść przez T2, a raczej przebiec nie tracąc zbyt wiele czasu.

Biała linia przed strefą T2 oznaczała koniec części rowerowej. Teraz należało jak najszybciej odstawić rower i pobiec po czerwony worek biegowy.  Na160 kmmój pęcherz dał  mi do zrozumienia, iż czas na chwile przerwy. Był to moment kiedy na trasie kolarskiej rozpoczynały się zjazdy. Nie chcąc w tym momencie zatrzymywać się i wypadać z rytmu postanowiłem powtórzyć manewr z T1 zatrzymując się na chwile w lawendowym pałacu.

Ta chwila odpoczynku pozwoliła mi uspokoić organizm po rowerowej walce i z mniejszym impetem wkroczyć na maratońską trasę.

Tak samo jak z niebieskim workiem, również czerwony został zlokalizowany bez większych problemów. W namiocie panował znacznie mniejszy tłok niż podczas T1, widać było jak bardzo trasa kolarska rozciągnął grupę 3000 tysięcy zawodników.
Czerwony worek zawiera tylko kilka podstawowych rzeczy. Dodatkowy numer – w razie jakbym podstawowy stracił na trasie kolarskiej, skarpety , buty – aż lub tylko tyle.

Po chwili witały mnie tłumy. Od tego momentu aż do końca biegu ciągle towarzyszyli mi kibice. Atmosfera nie pozwoliła zwolnić, dodatkowo źle ustawione znaczniki kilometrów, rozładowująca się bateria w czujniku tępa….i granica wytrzymałości została przekroczona. Przyszło mi się o tym boleśnie przekonać na38 kilometrze– ale o tym za chwile.

Kolejne mijane beczki i czas między mną a goniącym mnie kolegą pozostawał niezmieniony. A nawet delikatnie się powiększał. Szybkie obliczenia i na około połowie dystansu poinformowałem rodzinę iż na mecie bedę za około 100 minut. Oj jak bardzo sie wtedy myliłem : )

Temperatura mnie dopadła i już wiedziałem, że 100 minut o których tak niedawno wspominałem rodzicom staje się nierealne do osiągnięcia. Na 30 kilometrze moje uda złapał kryzys. Przypomniały mi się słowa Marcina Koniecznego, który w Konie ratował się kostkami lodu. Ta taktyka pomogła i mi. Do momentu kiedy lód był w nogawkach biegło mi się nadzwyczaj dobrze… gdy lód stopniał znów czułem ból.Zdjęcia

Ostania pętla na rynku to zaliczony dzwon – 1 EUR przekazane dla dzieciaków, oraz walka z nieposkromioną chęcią rzucenia się na mijane stoliki, w celu zjedzenia kawałka pizzy i wypicia kufla zimnego piwa…dodatkowo kibice, którzy częstowali mnie owymi smakołykami bardzo kusili :) a tu zakaz nad głową i możliwość dyskwalifikacji…

38 kilometr moje nogi strasznie bolały.39 kilometri ostatni bufet na drodze do mety, a na bufecie pyszne słone krakersy, których wcześniej jakoś nie zauważyłem.

Trenera nie dogonię : ) , Marcin nie dogoni mnie, a na mecie złamię 10h30min – po co więc się tak spieszyć. Stanąłem i zacząłem jeść, tak po prostu…krakers za krakersem 5…10…15…20 krakersów, a czas leciał nieubłaganie i co najgorsze przestałem ten mijający czas kontrolować.

Nagle ktoś klepnął mnie w ramię, informując, że meta jest za 3 km a na niej czeka PIZZA… dużo, dużo pizzy : ) Te kilka słów włączyło we mnie turbodoładowanie. Porzuciłem pyszne ciastka i pogoniłem za oddalającym się Polakiem – dziękuje – gdyby nie Ty pewnie nadal bym tam stał i jadł te krakersy.
Za mną już 42 km… przede mną kilkaset metrów na które czekałem od 10 godzin i 26 minut, nie wspominając 16 miesięcy przygotowań – chodź wtedy jeszcze nie wiedziałem w co się pakuję.

Na dobiegu do linii mety byłem sam – zupełnie sam, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Ci wszyscy ludzie patrzyli jak biegnę, krzyczeli, wiwatowali i bili brawo.

W moim oku po raz pierwszy tego dnia, ale nie ostatni pojawiła się łezka. Przed samą metą znów widzę rodzinę… czekali trochę dłużej niż deklarowane 100 minut – jednak czy miało to wtedy jakiekolwiek znaczenie.

 

Zrobiłem to …

Wiedziałem że tego dnia nie mogłem mieć do siebie pretensji. Walczyłem do samego końca dając z siebie wszystko.

Po 10h27min07s zostałem IRONMAN-em

Jeśli ktoś na swojej liście celów do zrealizowania posiada „dokonanie czegoś wzniosłego”… przekroczenie linii mety Ironman – jest właśnie czymś takim.

Meta Ironman-a jest jak uwielbiane danie z dzieciństwa…mimo, że mijaj czas jego smaku nic nie jest w stanie nam zastąpić, nawet najbardziej wykwintne dania podawane w najdroższych restauracjach…a tak naprawdę chyba nie da się jej porównać do niczego innego- to po prostu trzeba przeżyć samemu.

 

 

 

 

Do namiotu regeneracyjnego powoli docierali kolejni RAT-owcy. Nasze czasy pozwoliły nam praktycznie bez kolejki skorzystać z prysznica, masażu i pysznego jedzenia – to jest kolejny plus szybszego docierania na metę.

Poza namiotem czekali nasi bliscy, którym za tak wspaniałe kibicowanie należą się olbrzymie podziękowania.

Gdy my leżeliśmy pod drzewem, zapychaliśmy się kolejnymi porcjami węglowodanów na trasie maratony panował jeszcze tłok. Z każdą minutą biegaczy było coraz mniej… jednak nadal byli.

Zrobiło się ciemno. Meta wyglądała jeszcze bardziej olśniewająco, dla nas był to znak, iż zbliża się północ, więc mamy niewiele czasu,  aby zabrać swoje rzeczy ze strefy zmian.

Cała grupa wspólnie powędrowała odebrać swój dobytek. Idąc opustoszałą już trasą biegową na której jeszcze kilka godzin temu wylewaliśmy ostatnie poty minęło nas kilku biegaczy. Nie biegli już sami, biegli z rodzinami, znajomymi lub też zupełnie obcymi ludźmi, którzy chcieli ich wspomóc na tych ostatnich metrach. Nie było już sędziów nie było kar, a mimo wszystko żaden z biegaczy nie skracał sobie drogi. Cześć z nich wiedziała o tym iż linie mety będzie przekraczała po zgaśnięciu ostatniego światła i na liście końcowej przy ich nazwisku będzie widniał napis – DNF – nadal biegli.
To właśnie Ci ostatni zawodnicy pokazali prawdziwego ducha walki. Dla mnie ten dzień trwał 10h27min07s dla nich 17h lub nawet więcej…Może przy ich nazwiskach nie będzie czasu ukończenia – jednak dla swoich rodzin i bliskich będą prawdziwymi bohaterami.

 

 

 

 

 

Nikt z nas się już nie spieszył, może ze zmęczenia, może z powodu napuchniętych stóp, a może po prostu adrenalina powoli zaczęła nas opuszczać. Ostania już wizyta w strefie zmian wiązała się z zabraniem roweru,  worków z rzeczami oraz zweryfikowaniem przez organizatora (na podstawie zdjęcia zrobionego podczas wstawiania roweru do strefy) czy aby na pewno nie zabieramy czyjegoś roweru, lub nie pożyczyliśmy sobie kół (rama była dodatkowo oznaczona czipem).

To był długi dzień…

Zrobiliśmy TO : ) Jesteśmy IRONMAN-ami, a dokładniej IRONMAN-em i IRONMAN-ką

 

Chciałbym wszystkich bardzo serdecznie podziękować za te 16 miesięcy.

Olimpii – wytrzymała  ze mną – za to powinna dostać złoty medal, podnosiła mnie na duchu i motywowała, kiedy miałem słabsze dni i trening wydawał mi się czymś niemożliwym. Jesteś wyjątkową osobą, bez której na pewno bym tego nie dokonał. Przed nami już niedługo kolejny ważny, jak nie najważniejszy start – tym razem po wspólne nazwisko. Wspólna pasja  łączy.

Trenerowi – tak samo jak ja nie jest łatwą osobą, jednak tak jak wszystkie współczesne urządzenia zalazłem do niego odpowiedni kabel i połączenie zostało nawiązane. Mimo początkowego braku sterowników, oba urządzenia po pewnym czasie zaczęły działać prawidłowo. Uwierzył we mnie, co przyniosło niesamowite rezultaty. Mam wrażenie, że zna mnie lepiej niż ja sam.

Grupie RAT-owców – dzięki nim mam nowych kompanów niedoli. Nauczyliśmy się tolerancji : ) Byliśmy grupą „odmieńców” wybranych nie ze względu na wspólne relacje, a klucz trenera. Mimo wszystko po kilku miesiącach chodziliśmy jak szwajcarski zegarek, a wspólne treningi zaczęły być niesamowitą frajdą.

Rodzinie – nie tylko mojej, a wszystkim RAT-owym rodziną i osobą które był z nami blisko od samego początku do chwil kiedy przekraczaliśmy linie mety. Wasza obecność była nieoceniona. To co zrobiłem dedykuje mojej mamie : )  mam nadziej, że rozpiera ją duma tak samo jak i mnie.

Radiu Wrocław – dzięki wam moje życie się zmieniło. Mam nadzieje, że na lepsze bo jeśli nie to jeszcze się do was wybiorę.

Blogowym czytaczom – to dla Was pisaliśmy, a dzięki wam to my będziemy mieli teraz wspaniałą pamiątkę, bo co raz trafi do Internetu, nigdy z niego nie zniknie…i chce abyście mieli świadomość, że to właśnie wasze komentarze napędzały nas do pisania jeszcze ciekawszych tekstów. Tutaj specjalne podziękowania dla „Tomka” – dzięki niemu mój poziom interpunkcji i ortografii wzniósł się na wyżyny moich możliwości.

Dolnośląskiemu Centrum Rowerowemu – zawsze mogłem liczyć na dobrą radę, dobrą cenę i fachową pomoc. Zwieńczeniem był rower, na którym wystartowałem – pełne zaskoczenie.

Mam nadzieję, iż udało mi się zarazić sportem przynajmniej kilkoro z Was.

I nie myślcie sobie, że jest to mój ostatni wpis… w końcu nie zrobiłem jeszcze podsumowania liczbowego  : )

Struś pędziwiatr – Klagenfurt 2013 Ironman

Doczekałem się… przede mną chodnik wyłożony dywanem. Może nie był to czerwony dywan ale za to stąpałem po logo Ironman. Tak właśnie wyglądał dobieg do T1. Nie było mowy o skaleczeniach, nie było mowy o braku komfortu – jeśli można mówić o komforcie po ukończeniu prawie4 kmpływania i biegnąc w piance.

Worek który dzień wcześniej tak skrupulatnie pakowałem udało mi się znaleźć bez problemu. W namiocie szybko zlokalizowałem wolne miejsce, wysypałem zawartość worka i zapoczątkowałem tok myślowy…Kurtka odpada, ocieplacze odpadają, wazelina – może się przyda, dętka – a niech tam sobie będzie ( miałem już 2 przy rowerze), kask na głowę, buty na nogi, numer na plecy, okularki na oczy – jestem gotowy. Nie tak szybko, pozostało jeszcze wrzucenie pianki do worka i pozbieranie pozostałości – w końcu nikt za mnie tego nie zrobi. Wolontariusze odebrali spakowany worek, a ja biegusiem do rowerku.

Biegusiem, biegusiem ale z małym pit-stopem w toi-toi – była to versja deLux o zapachu lawendy.

Nie jedno ćwiczyliśmy na treningach, wiedziałem jednak, że początek będzie szybki. Dlatego postanowiłem stracić te kilkanaście sekund teraz niż potem nie wykorzystać wszystkich zjazdów w 110% – jak potem się okazało była to bardzo dobra decyzja.

Chwile przed startem trapiło nas pytanie – biegniemy w butach czy z butami w ręku i zakładamy je przy rowerze. Problem niby nijaki – jednak dla osoby która musi przebiec do swojego roweru około 300-400m staje się to nie lada wyzwaniem. A dodatkowo wzrasta ryzyko uszkodzenia bloków.

Postanowiłem założyć buty, i stylem oszczędzania bloków – czyli na pięcie – podreptać do mojej machiny czasu roweru – wspaniałego czasowego Felt-a, którego udostępniło mi Dolnośląskie Centrum Rowerowe

W strefie panował niesamowity spokój, mimo że wszyscy przemieszczali się bardzo zorganizowanie i szybko to strefa wydawała się bardzo senna. Fala hałasu uderzyła mnie zaraz po przekroczeniu bramek.300 metrówdo startu była „beczka” przy której zebrały się tłumy kibiców – tutaj po prostu nie dało się wolno jechać.

Kilka minut później kolejna (tylko w pierwszej rundzie) „beczka” i można ruszać na pierwszą pętle. Na mijance zauważyłem Olimpie która była za mną nie całe 3 minuty.

No to jedziemy.

Zaczęło się pięknymi i szybkimi zjazdami, pierwsze 20km to ciasne przeciskanie się między innymi zawodnikami. Sędziowie zwracali uwagę jednak na starcie ciężko było pilnować 10 metrowej odległości narzuconej przez przepisy. Jednak jeśli ktoś perfidnie przez dłuższą chwilę jechał na kole… nie było ostrzeżenia – kartka wędrowała w jego stronę.

Cała trasa usiana była grupkami, grupami, oraz tabunami kibiców. Każde bardziej ciekawe miejsce słychać było już z daleka. Olbrzymie dzwony, orkiestry i krzyk był jak zakazany doping, prędkość rosła, tętno skakało i człowiek pędził przed siebie. Bardzo łatwo można było dać się ponieść – dlatego co kilkanaście sekund spoglądałem na zegarek – szczególnie na podjazdach.

Jadło, jadło i zdechło.

Tymi słowami mogę opisać to co się stało. Złapałem gumę, a raczej moja opona zaprzyjaźniał się z kawałkiem stalowej linki.

Zaryzykowałem, nie zdejmując koła, ściągnąłem oponę w miejscu w którym wystawała z niej linka (nie były to metry linki a mikrometry wyczuwalne pod palcem), znalazłem dziurkę na dętce, przykleiłem zieloną magiczną łatkę, założyłem oponę i użyłem CO2. Wszystko trwało mniej niż minutę.

Mimo tak małej straty czasu nie byłem w stanie złapać rytmu…prędkość średnia spadała. Spadła do tego stopnia że na początku drugiego okrążenia minął mnie Wojtek.

Wojtek… Co on tu robi. Wierzyłem w jego możliwości ale tym nie zaskoczył.

Drugie kółko pojechałem znacznie wolniej niż pierwsze. Z perspektywy czasu wiem, że była to bardzo dobra decyzja – wtedy walczyłem ze swoją głową aby się do tego przekonać.

(Opis podjazdów znajdziecie w blogu Olimpi – ja nie potrafię tego tak pięknie )

Wysokie budynki, piękny stadion i tłumy ludzi zwiastowały zbliżający się koniec drugiej konkurencji. Chwilę później słyszę gwizdek, widzę białą linię i zeskakuję z roweru. Zaczyna się T2.

Wodnik Szuwarek – Klagenfurt 2013

  Grupa PRO wystartowała, teraz czas na nas. Powoli otworzono braki aby pozostałe setki osób mogły rozlać się po plaży jak stado mrówek. Już dzień wcześniej upatrzyłem sobie dogodne miejsce do startu. Ustawiłem się w miejscu najdalej odsuniętym od boi kierunkowych. Nauczony po Czechmanie , iż nie zawsze najkrótsza droga jest tą najlepszą postanowiłem nadrobić kilkadziesiąt metrów licząc na komfort pływacki.   Przed startem na twarzach wszystkich otaczających mnie ludzi, w każdej sekundzie ich przybywało, widać było pełne skupienie. Co chwilę ktoś głośniej zażartował, ktoś rozpoczynał dyskusje z sędzią w sprawie zalania pianki (każda kończyła się tak samo – NIE i koniec), ktoś inny machał do swojej rodziny i pozował do zdjęcia. Spoglądając w tłum nieznajomych mi twarzy, stało się coś, co ciężko wytłumaczyć mi do tej pory. Po chwili obok mnie stanęła Olimpia – A jednak znaleźliśmy się przed samym startem i mimo tego, że już przed chwilą rozstawaliśmy się na następne kilka godzin, to przyznam że nie ma nic bardziej budującego i uspokajającego niż wspólny start.  Wisienkę na trocie dołożył Maciek, który również postanowił wystartować z tamtej części plaży i przez chwilę się koło nas krzątał.  Woda była dziwnie hipnotyczna, nie pozwalała oderwać od siebie wzroku. Dopiero na zdjęciach zdałem sobie sprawę jak wiele osób stało jeszcze ze nami. Jak wiele osób mogło po mnie przepłynąć. Może to i lepiej, że o tym nie wiedziałem bo pewnie przesunął bym się na koniec – a tak.

Huk armaty – i ruszyliśmy

      Pierwsze 25m to płycizna z miękkim piaskiem, niczym pingwiny wpadające do oceanu co jakiś czas ktoś się potykał, inni próbowali start delfinem wbijając się rękoma w dno, inni rezygnowali z pogoni i spokojnie szli. Nie wiedziałem jak długie jest molo. Wiedziałem tylko że do jego końca muszę płynąć bardzo szybko, następnie odbić delikatnie w prawo albo płynąć prosto i trzymać się zdalna do tłumu. Moja taktyka była prosta. Nie liczę na draft, liczę tylko na siebie, zapewniając sobie w wodzie olbrzymi komfort. Płynę, Płynę … i płynę Przede mną nikogo, po mojej lewej widzę boje i olbrzymią ilość rąk pieniących wodę. – Oj jak ja sobie zazdroszczę – Pomyślałem- Brak siniaków, brak przeszkód, a woda czysta jak na basenie… tylko gdzie te kafelki. Po chwili pode mną przemknął startowy czepek. – Co on robi pode mną, może ktoś tonie, ale nie widać ciała, więc pewnie zgubił, ale strata taki fajny pamiątkowy czepek. Zrozumiałem, że moje myśli trochę za bardzo odbiegają od zawodów, oddech jest zbyt spokojny a ciało zupełnie nie zmęczone. Przecież to nie miałbyś „kraul dla odpoczynku”.   Od tego momentu – czyli 500m od startu- wyprzedałem wszystkich. Nie wiem czy adrenalina, czy też znajomość własnego ciała. Udało się zmusić mięśnie do pracy w dyscyplinie której najbardziej nie lubię.   3000m za mną, przede mną już tylko kanał. U wejścia do kanały połączyłem się z olbrzymią grupą pływaków którzy bardzo zaciekle walczyli o swoje miejsca. Utrzymując tępo mogłem zyskać dwie rzeczy , lepszy czas i niezliczoną ilość kopniaków. Szybkie przejście na plecy…a za mną 100m wolnej przestrzeni. 1+1=2 Zatrzymałem się na 30 sekund Grupa oddaliła się na tyle, iż spokojnie mogłem płynąć w kanale. Za wyjątkiem kilku mijanych zawodników czułem się bardzo, naprawdę bardzo komfortowo. Na ostatnich 200m moje ręce zaczęły odczuwać dystans. Powoli opadały z sił. Ostatni zakręt w zatoczkę (ręce utknęły w mule na dnie) i prosta do męty.                     Nie podnosiłem głowy aż do samego końca, aż moje ręce poczuły podest. Ten sprytny manewr oraz wybranie skrajnego boku do wyjścia pozwoliły mi minąć kilkanaście osób tłoczących się przy rampie ( większość z tych których kila minut wcześniej puszczałem u wejścia do kanału).     Jestem na lądzie, suchym lądzie. Teraz wiem jak szczęśliwi są rozbitkowie stając na piaszczystej plaży. Mimo komfortu jestem zmęczony i odwodniony, mój błędnik pomiata moim ciałem a nogi nie bardzo chcą współpracować. Zegarek złapał sygnał z pulsometru – tętno 170 – dla mnie to stan zawałowy.   Biegnę do strefy i naglę widzę ręce, słyszę znajome głosy…czeka na mnie cała moja rodzina. To jest ten moment kiedy zrozumiałem, że dam radę… pierwsza z trzech dyscyplin zakończona, zegarek pokazuje czas T1 a ja pędzę po niebieski worek i czekający na mnie rower….Teraz nawet na czworaka –  ale zdobędę to metę…..jak nie dla siebie to dla nich.

 

Metoda na głoda

Piękna plaża, błękitna woda i nieustające cykanie cykad (najchętniej przeniósł bym te cykady na  inną planetę ) przerywały co chwile dramatyczne odgłosy dochodzące z mojego brzucha.

– Głodny , znów jestem głody.

Jeszcze kilka dni wcześniej zwracałem uwagę na każdą zjedzoną „białą” bułeczkę. Teraz chorwacki chleb starczał na jedno śniadanie a obiad wydawał sie nieprzerwanym taśmociągiem pokarmu,  który wpadał do mojego gardła nie mogąc zapełnić ciągle pustego brzucha.

 Klagenfurcki „Finisz” rozpoczął się w czwartek  o 5 rano. Założenie opasek kompresyjnych i zabranie zegarka  było ostatnią rzeczą, jaka pozostała mi przed rozpoczęciem podróży. Droga jak to droga, czasem kręta, czasem prosta, w zasadzie cały czas asfaltowa.

 

Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Okazało się, że jako pierwsi dotarliśmy do naszego hotelu. Już na pierwszy rzut oka miasto wydawało się inne od wcześniej mi znanych. Wszędzie ścieżki biegowe, rowerowe, wspinaczkowe, treningowe, MTB, XC… i wszystko co jest w stanie doprowadzić miłośnika sportów do prawdziwego orgazmu.

 Przed nami ostanie 2 treningi. Rozpływanie oraz objazd trasy który mieliśmy zrobić w piątek wraz z całą grupą.

 Pierwszy raz w tym roku nie potrafiłem oprzeć się przed wskoczeniem do wody… to co ukazało się naszym oczom nie było zwykłym jeziorem. Był to zbiornik wypełniony krystalicznie czystą cieczą, która nijak nie przypominała zbiornika w Jelczu, a smak…. nie jedna woda mineralna z butelki smakuje gorzej :) odwodnienie podczas zawodów mi nie grozi… będę pił prosto z jeziora.

Mieliśmy odpoczywać… ale kto by odpoczywał gdy4 km dalej znajduje się triathlonowe expo!

 

Rejestracja przeszła bez najmniejszych problemów. Zdziwiło mnie tylko konieczność zakupienia dodatkowej licencji za 6 EUR , przy takiej wysokiej opłacie startowej organizator powinien już sobie darować dodatkowe opłaty lub wprost dodać te 6 EUR do opłaty startowej.

W pakiecie startowym znajdowały dwa numery startowe, pasek na numer, mapy i niezbędne informatory, kolekcja naklejek na kask i rower, żel pod prysznic i antyperspirant ( czyżbym miał użyć tego przed startem) oraz co najważniejsze wspaniały pamiątkowy plecak.

 – Jesteśmy zarejestrowani – czyli teraz nie ma już odwrotu – za 3 dni startujemy

Zgodnie z zasłyszanymi historiami na 3 dni przed zawodami miałem już nie spać. Coś mi się zdaje, że mój organizm o tym nie widział, bo usypiałem jak tylko moja głowa dotykała poduszki.  Tak działo się już tydzień przez startem… byłem wiecznie śpiący i zmęczony – mimo iż ilość treningów znacząco zmalała – czyżbym miał przespać start ??

Aby mnie dodatkowo uspokoić Olimpia cały czas powtarza, że czytając jedną ze sportowych książek natrafiła na wypowiedź trenera który powtarzał, że senność przychodzi wraz ze szczytem formy – oj naiwny uwierzyłem jej :D

Objazd trasy, który miał miejsce w piątek okazał się bardzo potrzebnym elementem przedstartowej gorączki. Po pokonaniu dwóch wzniesień i rozmowie z Trenerem, jeszcze w trakcie treningu zatrzymałem się przy sklepie rowerowym, których w Austrii jak marketów w Polsce, i zakupiłem mniejszą tarczę, której w ferworze pakowania nie zabrałem z Polski.

Sobota to czas na ostanie prace przy sprzęcie, zmiana tarczy, sprawdzenie opon, smarowanie, naciąganie linek, mocowanie bidonów – a to wszystko na wspaniałym triathlonowym rowerze udostępnionym nam przez Dolnośląskie Centrum Rowerowe

Idąc do strefy zmian aby odstawić rowery i pozostawić worki z rzeczami czułem się jak prawdziwy PRO.

Od przyjazdu do Klagenfurtu na wszystko brakowało mi czasu, zawsze sprawy zdawały się zajmować więcej czasu niż zaplanowano. Może z uwagi iż wszędzie było dużo ludzi, a może też dlatego, że robiłem to po raz pierwszy i cieczko jest przewidzieć wszystko…

Odstawienie roweru do strefy zmian, które w Czechach trwało 10 min tu zajęło mi 40min.

Sprawdzenie chipu na rowerze, przypisanie do chipu na ręku do tego zdjęcie ( jak z kartoteki policyjnej ) i można wejść do strefy. Najpierw odstawienie roweru, upewnienie się że wiem jak do niego dobiec od namiotu gdzie będę się przebierał i mogłem ruszać do odwieszania worków.

Jak to zrobić, aby rano się nie zagubić… najlepiej zachować spokój lub oznaczyć sobie worek – nie pomyślałem o tym wcześniej dlatego pozostało mi tylko zachowanie spokoju :)

Kolacyjna we włoskiej knajpce  i można powoli udać się do hotelu.  Wieczorem dojechała moja rodzina. Starałem się im wytłumaczyć gdzie będę biegł, w jakich czasach będę chciał się zmieścić jednak chyba sam nie wierzyłem, że przy takiej ilości ludzi i tak olbrzymiej trasie będą w stanie mnie zlokalizować.

Noc wydawała mi się bardzo krótka, mimo iż większość czasu przespałem. Śniadanie o 4 rano nie należało do najprzyjemniejszych. Coś trzeba jednak zjeść. Dwie pszenne bułeczki z dżemem, ciemna kawa – to było wszystko co dałem rade przełknąć i co tak naprawdę planowałem zjeść tego dnia. Moja dieta zmieniła się już na 2 tygodnie przed startem. Nadal starałem się trzymać wagę jednak zrezygnowałem z białka na rzecz węglowodanów. Na kilka dni przez startem z diety znikły również produkty z wysokim poziomem błonnika. Nareszcie mogłem się oddać jedzeniu dawno zapomnianych, a bardzo kochanych – bułeczek :D . Śniadanie przed startem miało być lekkie. Energia która będzie mi potrzeba już jest w mięśniach a to co teraz trafi do brzucha może jedynie wydłużyć czas jaki spędzę w toalecie.

Nawet tak ułożonemu i zaplanowanemu człowiekowi jak ja zdarzają się wpadki. Musieliśmy wracać po izotoniki, które zostały w pokoju… całe szczęście, że przypomniałem sobie o tym kilometr od hotelu, a nie w strefie zmian.

Po dojechaniu do strefy poczułem się jak na studiach przed egzaminem… aby zająć „lepsze” miejsce potrafiłem być przed salą kilka godzin wcześniej. Tak samo jak w Klagenfurcie – aby uniknąć niepotrzebnego stresu przed strefą byliśmy jedni z pierwszych.

To co zajmowało wam 10 min, tutaj zajmie wam 30 – słowa trenera jak mantra chodziły mi po głowie. I znów miał racje. Wielkość strefy, sprawdzanie kilkukrotnie czy wszystko jest ok, patrzę na zegarek i mija 30 min od mojego wejścia. Ostanie sprawdzenie toreb i powoli całą grupą udajemy się na start. Jak do tej pory udaje się nam trzymać razem.

Mijana toaleta wyglądała tak kusząca. Mimo braku potrzeby, wolałem zająć kolejkę niż w ostatnim momencie szukać wolnego TOI TOI-a. Moim błędem nie było oczekiwanie w kolejce, tylko wybranie najbardziej obleganej toalety :)

W strefie oddawanie worka z rzeczami w których przyszliśmy spotkałem Olimpie, która skoncentrowana już na starcie wysmarowała moją szuję wazelinopodobnym środkiem, aby zminimalizować ilość otarć, które powoduje pianka.

Tłum ludzi ciągnął już tylko w jednym kierunku… Na miejską plaże z której obywał się start. Gdy tam dotarliśmy udało nam się zauważyć start grupy PRO i już po chwili to my staliśmy na piaszczystej plaży dreptając jak pingwiny. Nie wiem jak to się stało ale obok mnie w trzy tysięcznym tłumie znalazła się Olimpia – przeznaczenie :D i Maciek :)

Padł strzał…